Film Mariny Zenovich, wbrew temu, na co mogłaby wskazywać data polskiej premiery, nie jest próbą żerowania na sensacji związanej z aresztowaniem Romana Polańskiego w
Szwajcarii, 26 września 2009. "Roman Polanski: Wanted and Desired" miał swoją prapremierę w styczniu 2008 roku na słynnym festiwalu filmów niezależnych w Sundance i
dopiero pod wpływem wrześniowych wydarzeń został do Polski sprowadzony przez Kino Świat. Pewnym paradoksem jest, że rzeczywistość sama zdecydowała się dopisać epilog
(wciąż trwający) do historii, którą Zenovich starała się opowiedzieć z dystansu dawanego przez czas, jaki minął od dramatycznych wydarzeń '77 roku. Osią dokumentu są
bowiem fakty, które doprowadziły reżysera do ucieczki ze Stanów Zjednoczonych.
|
 |
|
Często zapominamy o tym, kim był Polański, kiedy doszło do feralnych wydarzeń. Dla Polaków, pogrążonych w mrokach komunizmu, był on jeszcze jednym uciekinierem, któremu
udało się pozostać na Zachodzie. Tym się jednak różnił od pozostałych, że osiągnął sukces, rozmiarów którego, poza pewnymi kręgami nikt wówczas nie potrafił w pełni ocenić.
Tymczasem 15 lat po "Nożu w Wodzie", po "Wstręcie" i amerykańskich sukcesach "Dziecka Rosemary" i "Chinatown" nie był on nikomu nieznaną postacią z drugiego szeregu
europejskich twórców. 11 nominacji do Oscara za "Chinatown" dwa lata wcześniej, nominacja do Złotej Palmy za "Lokatora" w 1976 - Polański był u szczytu kariery zawodowej i
możliwości twórczych. Studia filmowe się o niego zabijały, mógł mieć na planie każdego aktora i dowolny dostępny wówczas budżet do dyspozycji. Jednym słowem, u jego stóp
leżał cały filmowy świat. Reżyserzy, nawet ci najwybitniejsi, niemal zawsze pozostawali w cieniu gwiazd, które pojawiały się w ich filmach. Ale nie Polański, nie od roku
'68, kiedy na ekrany weszło "Dziecko Rosemary". Został wówczas uznany za
enfant terrible hollywoodzkiego światka filmowego i stał się wrogiem publicznym numer jeden
konserwatywnych kręgów opiniotwórczych. Raz - był "mamroczącym karłem" zza Żelaznej Kurtyny, dwa - miał niespotykany nawet w Hollywood "apetyt na życie", jak to eufemistycznie
określali jego przyjaciele. Dodatkowo, po premierze "Rosemary's Baby" doszły oskarżenia o związki z satanizmem. W latach 60. szczyt swojej popularności w USA przeżywał Kościół
Szatana dowodzony przez słynnego czarnego papieża, piewcę wolności wszelakiej, Antona Szandora LaVeya. "Dziecko Rosemary" wywołało psychozę, którą z perspektywy czasu można
przyrównać chyba jedynie do słynnego słuchowiska Orsona Wellesa na podstawie "Wojny Światów" H. G. Wellsa. Polańskiego oskarżano o przynależność do Kościoła Szatana, zarzucano
mu, że do roli diabła w scenie gwałtu na bohaterce Mii Farrow zatrudnił czarnego papieża we własnej osobie. Stał się synonimem dekadencji i zepsucia Hollywood. Media "poznały"
go lepiej niż jakiegokolwiek innego reżysera również dzięki kolejnemu, tragicznemu tym razem, wydarzeniu z jego życia - śmierci Sharon Tate z rąk rodziny Charlesa Mansona.
Do tego też faktu odnosi się Zenovich zarysowując tło, na którym doszło do medialnego spektaklu. Prasa "z rozpędu" po "Dziecku Rosemary" pisała o tym makabrycznym wydarzeniu
w życiu Romana tak, jakby nie tylko on był tej masakrze winien, ale wręcz sam był jej sprawcą. Z goryczą wspomina o tym również sam reżyser w swojej bestsellerowej biografii
"Roman by Polanski". Na ten podatny, przygotowany przez lata działalności mediów grunt padło ziarno skandalu obyczajowego - oskarżenie o seks z trzynastolatką, który z definicji
uznawany jest w stanie Kalifornia za gwałt. Od tego momentu stał się on nie tylko bohaterem brukowców, ale ucieleśnieniem szatana we własnej osobie, na którego rzuciły się
wszystkie mass media: od felietonistów kolumn towarzyskich po reporterów New York Timesa. Zenovich przypomina, jak wielką sensację wzbudził wówczas ten skandal, jakie szaleństwo
opanowało media na długie tygodnie i pod jakim naciskiem domagającej się ukrzyżowania opinii publicznej działać musieli prawnicy trzech zaangażowanych stron (obok prokuratora i
adwokata Polańskiego, również reprezentant Samanthy Gailey) i sędzia Rittenband, któremu przypadło w udziale, niechlubne jak się wydaje z perspektywy czasu, rozstrzyganie w tej
sprawie. Medialne kulisy wydarzeń sprzed ponad 30 lat mają kluczowe znaczenie dla zrozumienia motywacji Polańskiego i decyzji, jaką ostatecznie podjął.
|
 |
|
Trudno jednak uznać, że wizja Zenovich jest doskonale bezstronna, że jest chłodną analizą faktów, po których przedstawieniu pozwala autorka zdecydować, czy staniemy po stronie
reżysera, czy przyłączymy się do chóru moralistów domagających się jego głowy. Wydaje się, że zgodnie ze sztuką dokumentu z jednej strony mamy dosłowne cytaty z przesłuchań,
listę zarzutów, które wysunięto przeciwko niemu w sądzie, szczegóły seksualnego zbliżenia z Samanthą Gailey, a z drugiej wielokrotnie pojawiające się odwołania do wojennych
przeżyć Romana, jego braku wzorców osobowych, życia w komunizmie, tragicznych doświadczeń późniejszego życia. Równowaga wydaje się być zachowana, a jednak drobnymi gestami
Zenovich daje widzowi do zrozumienia, że w życiu tak wybitnego twórcy, jakim jest Polański, sztuka, którą tworzy powinna mieć znaczenie pierwszoplanowe, że do pewnego stopnia
usprawiedliwia i równoważy jego naganne zachowania ze sfery prywatnej. Trudno też nie odnieść wrażenia, że wymowa dokumentu jako całości ukierunkowuje widza na rozwiązanie;
nienachalnie popycha go w kierunku zrozumienia i wybaczenia. Chcąc niechcąc (zważywszy na moment powstania filmu raczej to drugie) wpisuje się tym w dyskusję przetaczającą się
w tym dokładnie momencie przez nie tylko polskie media. Robi to jednak z dużym wyczuciem, nie manipuluje widzem, nie naciąga faktów; starając się pokazać racje obu stron konfliktu,
wskazuje na powody, dla których Polański musiał opuścić USA, ale jednocześnie w żaden sposób nie usprawiedliwia jego czynu. Bez ogródek posługuje się protokołami z przesłuchań,
które mogą wręcz razić obscenicznością. Z równym szacunkiem odnosi się Zenovich zarówno do ofiary, jak i podejrzanego. Tym zjednuje sobie widza, dystansując się od królującego od
pewnego czasu na niwie dokumentu hucpiarstwa Michaela Moore'a. Oddać przy tym należy autorce, że skrupulatnie przebrnęła zarówno przez fakty z prywatnego życia Polańskiego, jak i
szczegóły jego procesu. Na ekranie zobaczymy wypowiedzi ofiary, Samanthy Gailey, jej prawnika, zastępcy prokuratora okręgowego, Rogera Gunsona, który występował w roli oskarżyciela,
ale również przyjaciół Romana: Gene'a Gutowskiego, Andrew Braunsberga, Anathei Sylbert, Hansa Mollingera czy Mii Farrow oraz komentarze jego obrońcy, Douglasa Daltona. Nie zabrakło
również odwołań do twórczości Polańskiego: "Dziecka Rosemary", "Chinatown", "Lokatora", "Wstrętu", "Balu Wampirów" czy krótkometrażówki "Gruby i Chudy".
W filmie ani razu nie pojawia się wypowiedź reżysera, która zostałaby nagrana specjalnie na potrzeby tego dokumentu. Polański pozostając głównym bohaterem filmu, jednocześnie stoi
nieco z boku, funkcjonując trochę poza nawiasem jego w końcu historii; przenikając każdą minutę seansu, jednocześnie jest w nim nieobecny. Reżyserka posługuje się ogromną ilością
materiałów archiwalnych, wywiadów, które zrobili z nimi inni, fotografii, nawet rysunków z sali rozpraw, ale nie rozmawia z nim samym. Polański z jednej strony nie może (a może nie
chce) się bronić, z drugiej jednak pozwala przez to mówić faktom zgromadzonym w prawie stu minutach filmu. Zostawiając z boku wszystkie rozważania na temat tego, czy Roman był/jest
winny przestępstwa na tle seksualnym, czy Zenovich pozostała obiektywna w swoich rozważaniach, czy też dała się uwieść charyzmie reżysera lub jego sztuce, na pierwszy plan wysuwa
się wrażenie, że głównym bohaterem jej dokumentu w gruncie rzeczy nie jest Polański - reżyser, artysta czy dewiant, ale media, które nie pozwoliły sprawy ani jednoznacznie rozstrzygnąć,
ani nawet dokończyć, czyniąc dookoła niej tak absurdalną wrzawę, że w końcu wpłynęła nawet na sędziego, który z urzędu powinien pozostać obiektywny. Ich wpływ na karierę i prywatne
życia artysty, szczególnie od momentu jego przybycia do USA stał się tak przemożny, że bez wielkiego ryzyka można stwierdzić, że z jednej strony kształtując jego legendę, z drugiej
zaszczuły go, a nas widzów w pewnym stopniu pozbawiły talentu jednego z najwybitniejszych twórców kina.
|
 |
|
Nie sposób spekulować, w jakim miejscu dziś zawodowo byłby Polak, gdyby przez ostatnie 30 lat miał możliwość korzystania z zasobności kieszeni amerykańskich producentów,
ale sądząc z porównania jakości dwóch jedynych filmów, które tam nakręcił i tego, co zrobił później, jego talent przez długie lata po opuszczeniu USA nie znalazł porównywalnych
warunków do rozwoju w Europie. Trudno nie odbierać dokumentu Zenovich przez pryzmat wydarzeń z września 2009. Nieoczekiwany obrót sprawy sprzed ponad trzydziestu lat i to w
momencie, kiedy reżyser wciąż pracuje nad post-produkcją swojego najnowszego filmu ("Ghost") znów kładzie się cieniem na jego wielkim artystycznym powrocie zapoczątkowanym oscarowym
pochodem "Pianisty" i nagrodą za reżyserię. Pozostaje mieć nadzieję, że wydarzenia sprzed paru tygodni pozwolą ten rozdział w jego życiu, jakkolwiek traumatyczny i niejednoznaczny,
definitywnie zamknąć, i że on sam zadziwi nas jeszcze dokonaniami filmowymi, przy których zbledną nawet takie arcydzieła jak "Dziecko Rosemary" i "Chinatown".