K L U B   M I Ł O Ś N I K Ó W   F I L M U
(Strona główna)




Narzekanie na kino polskie jest modne. Można je do woli opluwać, szydzić z niego i jego twórców, jęczeć nad kondycją intelektualną i rozrywkową, po czym skojarzyć na zawsze naszą rodzimą kinematografię z permanentnym marazmem. Nie dziwota, bo twórcy zbyt często dostarczają tworów zarówno żałośnie kiepskich, jak i szalenie popularnych, nie dostarczając jednocześnie zbyt wielu kinematograficznych rodzynek, z których moglibyśmy, nie tylko w granicach naszego kraju, być dumni.

Pokusiłem się jednak o mały ranking - bardzo subiektywny - filmów polskich, który ma dowieść jednego: kino polskie w latach 1991-2000 było całkiem niezłe. Chciałbym uniknąć porównywań do zachodnich zgrabnych produkcji, nie chciałbym oglądać się na młodzieńcze sentymenty, tylko tak skromnie i patriotycznie skupię uwagę na naszym krajowym biednym poletku, z którego wyrosło w latach 90. całkiem pokaźne (średnia ok. 2 na rok) grono bardzo ciekawych produkcji. Niekoniecznie najlepszych, ale z pewnością intrygujących, ciekawych, istotnych z jakiegoś względu. Wyjątkowo odważna konstatacja, czyż nie?

Przedstawiam więc oto listę 19 artystycznych majstersztyków i gniotów, frekwencyjnych hitów i kitów. O jednych obrazach było bardzo głośno, o niektórych słychać było ledwie nieśmiały szept. Każdy z nich jest na tyle ważny w opisie kondycji polskiego kina, że zignorować go nie sposób. Każdy z tych obrazów był wydarzeniem w swojej skali, komercyjnej lub artystycznej. O każdym warto pamiętać, bo każdy z nich coś sobą reprezentuje i każdy wywołuje różnego typu emocje. A emocje w kinie są przecież najważniejsze.

Oto lektury obowiązkowe kina polskiego lat 90.

 



19. ZAWRÓCONY, czyli obywatel w potrzasku
Reżyseria: Kazimierz Kutz

Tak mimochodem, trochę przez przypadek i z powodu pustych kieszeni podczas realizacji "Śmierci jak kromka chleba" Kazimierz Kutz nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów. W minimalistycznej formie (trochę ponad godzina seansu) zawarł maksimum treści - o prostym człowieku, bezpiecznym konformiście, który niechcący spojrzał nie w tę stronę, co trzeba i przyniosło to konsekwencje złe, gorsze i najgorsze. Zdawać by się mogło, że mix Śląska i komunizmu musi prowadzić do filmowego odrętwienia i depresji, a tu figa, Kazimierz Kutz, owszem, zrobił film poważny, ale w wielu miejscach komiczny, groteskowy, czasem klasycznie komediowy. I Zbyszek Zamachowski zagrał świetnie (pośpiywołech se jak nigdy w życiu)

Główne nagrody: 3 nagrody na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni - dla Zamachowskiego, dla Kantego-Pawluśkiewicza za muzykę oraz Grand-Prix dla filmu
Ilość widzów: brak danych
Najlepsza scena: ucieczka Zamachowskiego przed milicyjnym pościgiem
Ciekawostka interpretacyjna: "Zawrócony" polityczną alegorią? W kilku komentarzach, w tym Tadeusza Lubelskiego, padały opinie, jakoby film opowiadał o nawróceniu pozornym, które nie doprowadziło do przemiany. Tym samym film Kutza dla niektórych krytyków filmowych stał się przyczynkiem do dyskusji o legendzie Solidarności...





18. KORCZAK, czyli hołd ku czci
Reżyseria:
Andrzej Wajda

Można mieć z tym filmem pewien kłopot, który będzie związany z pytaniem: czy "Korczak" jest o prawdziwym Korczaku? Bo mamy tutaj niepodważalną laurkę: film "ku czci", film "ku pamięci", grzeczny, delikatny, poetycki, bez negatywów i odbarwień. Z drugiej strony Andrzej Wajda pokazał postać z krwi i kości, bez zbędnych sentymentów i ukłonów w stronę banału. Z tego powodu widz odczuwać może dysonans i kwestia odbioru obrazu zależy wyłącznie od osobistej wrażliwości i wyczulenia na przypisywany Wajdzie romantyzm, czyli wszechobecną symbolikę, teatralność i ozdrowieńczą martyrologię. "Korczaka" warto chociażby porównać do powstałej kilka lat później "Listy Schindlera" - czerń i biel, Holocaust, poświęcenie jednostek dla sprawy ogólnoludzkiej. Niby podobnie, a skrajnie odmiennie, choć autorzy obu historii są tak samo ambitni w ukazywaniu tragedii. Poza tym to jedyny prawdziwie udany film Andrzeja Wajdy w latach 90. i najwybitniejsza w filmowej karierze rola Wojciecha Pszoniaka. Bardzo dobrze zrealizowane kino.

Główne nagrody: Ledwie specjalne wyróżnianie w Cannes, a poza tym nagród brak! Uznanie, uściski rąk i ogólne docenienie - tylko tyle.
Ilość widzów: brak danych
Najlepsza scena: zniknięcie we mgle
Ciekawostka krytyczna: Francuski dziennik "Le Monde" zarzucił Wajdzie, że film jest zrobiony z punktu widzenia Polaka i chrześcijanina, czyli nieobiektywnie, a ponadto film nie przedstawiał prawdy historycznej (odnośnie ostatniej sceny, która miała ponoć udowadniać, że nikt nie zginął w komorach gazowych...)








17. SZAMANKA, czyli zjedz mózg, a będziesz silny
Reżyseria:
Andrzej Żuławski

Tandeta - to właściwe słowo na określenie "Szamanki". Bo o tym pseudoartystycznym przedsięwzięciu nie można inaczej mówić, jak tylko w sposób dosadny i brutalny. Bo dlaczego nie, skoro widz jest traktowany jak idiota, któremu wciska się fekalia udające egzystencjalny traktat? Gniot to bowiem nieziemski - w roli głównej Bogusław Linda, wówczas gwiazda największa, wcielający się w gwałtownego naukowca uciekającego z uranem przed rosyjską mafią, oraz debiutantka, Iwona Petry, która występ w "Szamance" przypłaciła załamaniem nerwowym i regularnymi wizytami w klinice leczenia psychiatrycznego. Czy to przez zjadanie - dosłowne - mózgu Bogusia? Ekwilibrystykę erotyczną? Fizyczne wejście w rolę psychicznie zwichrowanej nimfomanki? Nikt nic nie wie, choć wiadomo jedno - Andrzej Żuławski popełnił film, o którym było głośno we wszystkich mediach, lecz nie tak, jakby życzył sobie tego autor. Niezrozumienie intencji twórcy - o to oskarżał krytyków i buczącą podczas seansów publiczność - nie usprawiedliwia intelektualnego bełkotu wylewającego się nie tylko z ekranu, ale i wypowiedzi samego twórcy tłumaczącego się ze swego dzieła. Ale skandal był, a że skandalów w polskim kinie jak na lekarstwo - warto "Szamankę" w przewrotny sposób docenić.

Główne nagrody: etykietka "skandaliczny" jest najważniejsza. Poza tym: brak nagród.
Ilość widzów: 162 tysiące
Najlepsza scena: każda scena z Iwoną Petry. Jej wejście w rolę "Włoszki" - aktorstwo ekstatyczne, na pograniczu transu - jest szalenie intrygujące.
Ciekawostka absencyjna: Na premierę filmu w warszawskim kinie "Wisła" nie przyszedł ani Linda, ani Petry, ani żaden z pozostałych bohaterów...








16. WOJACZEK, czyli poeta, którego nie było
Reżyseria:
Lech Majewski

Wojaczek był poetą wybitnym, choć wybitność towarzyszy w tym przypadku i jakości wierszy, i oddziaływaniu poety na pokolenie, które już się, niestety, lekko zestarzało. Natchniony Rafał W. z Poznania był kimś w rodzaju idola, którego kult rozrósł się dopiero po śmiertelnym przedawkowaniu antydepresantów w 1971 roku. A Lech Majewski, artysta nieprzeciętny, zrobił film-wiersz. Przepięknie opakowany obrazek od pierwszej sekundy utopiony w czerni i bieli, w brudzie zatęchłych kamienic, w kilku kieliszkach wódki, z niebanalnymi słowami o śmierci, kobiecości, chorobie, samotności i lęku w tle. Nie każdy polubi tego typu filmowe dziwadło, tak samo jak nie każdy lubi poezję. Śmiem twierdzić, że zdecydowana mniejszość tych, którzy w ogóle czytają, lubi poezję, a wśród i tych do autora "Którego nie było" nie każdy ma stosunek pozytywny. "Wojaczek" jest więc przeznaczony dla mniejszej mniejszości, choć hermetyczność i treści, i obrazu w tym przypadku nie ma nic wspólnego z bełkotliwą inscenizacją. Świetna reżyseria Majewskiego, świetna rola Krzysztofa Siwczyka i bardzo oryginalny, jak na polskie warunki, film.

Główne nagrody: Majewski uznany najlepszym reżyserem na FPFF w Gdyni w 1999r. Plus wiele nominacji dla reżysera, Siwczyka, Sikory (autora zdjęć)
Ilość widzów: 31 tysięcy
Najlepsza scena: Rafał Wojaczek spotyka żołnierzy
Ciekawostka poetycka: Krzysztof Siwczyk to absolutny debiutant filmowy, który nigdy więcej nie zdecydował się na wejście w aktorskie buty. W życiu prywatnym poeta mający na koncie spore sukcesy literackie. Wiersze są potrzebne przede wszystkim tym, którzy je piszą. A jeśli ktoś je czyta, to wtedy jest się cudownie zaskoczonym i tyle.






15. ŻE ŻYCIE MA SENS, czyli że amatorstwo ma sens
Reżyseria:
Grzegorz Lipiec

Pierwszy polski film offowy, który wpadł na wielkie ekrany kinowe dzięki profesjonalnej dystrybucji. Sky Piastowskie z Zielonej Góry to była grupa znana, lubiana i - co najważniejsze - doceniania na festiwalach filmów amatorskich. Mniejsza o dzieła wcześniejsze - tych nie widziałem, bo nie miałem szansy i nie przepadam za kinem offowym. "Że życie ma sens" niemalże w glorii i chwale wkroczyło w 2001 roku (wyprodukowano w 2000, stąd miejsce na liście) i w związku z tym premierze towarzyszyły nadzieje duże, a przynajmniej większe niż zwykle, bo wiadomo: nie mógł to być przeciętnej jakości film offowy, ba! skoro zapadła decyzja o wpuszczeniu do regularnej dystrybucji, to rzecz musi być ponadprzeciętna na tle całej polskiej kinematografii. Kłopot w tym, że film jest zwyczajnie słabiutki - pretensjonalna historyjka z narkotykami w tle, z łopatologicznym morałem, słabymi dialogami i kiepskim aktorstwem. Jako film sam w sobie - amatorszczyzna na każdym kroku; jako zjawisko kinematograficzne - bezsprzecznie wydarzenie. Dlatego warto rozejrzeć się za tym sensownym życiem według Sky Piastowskie.

Główne nagrody: Grand Prix na festiwalu "Młodzi i film" w Koszalinie
Ilość widzów: brak danych
Najlepsza scena: wszystkie sceny z nieocenionym Kalibrem 44 w tle
Ciekawostka wypadkowa: w trakcie zdjęć operator połamał sobie dwa żebra, drugiemu operatorowi urodziło się dziecko, dźwiękowiec przeszedł udar słoneczny, jednego z aktorów pobito, kolejny dostał pozew rozwodowy od żony, a kierownik produkcji skręcił nogę pędząc na rowerze z akumulatorami do kamery...








14. MŁODE WILKI, czyli wypasione kino dresiarskie
Reżyseria:
Jarosław Żamojda

"Młode wilki" to słabizna w każdym momencie, ale mimo wszystko, doskonale sprzedana, obecnie gdzieniegdzie kultowa (sic!). Nowoczesne samochody, superszybkie motocykle, młodość, zabawa, pierwsze miłości i pierwsze rozstania. Innymi słowy - marzenia młodego dresiarza ekscytującego się gangsterami w skórzanych kurtkach. Wcześniej w polskim kinie obrazu sensacyjnego tej miary nie było, nie dziwi więc takie podniecenie wśród widzów na widok zachodnich bryk ze skórzanymi fotelami, kilku wyścigów, wybuchów i strzelanin, skądinąd dość nędznie zrealizowanych i godnych kina klasy co najwyżej B. W tle szalenie wtedy popularny Varius Manx, a za kamerą Jarek Żamojda, dla którego "Młode wilki" okazały się artystycznym opus magnum.

Główne nagrody: Nagroda za debiut na FPFF w Gdyni w 1995r.
Ilość widzów: 600 tysięcy
Najlepsza scena: Złapią Cię pijanego w samochodzie - mów, że nie piłeś. Znajdą Ci dolary w spodniach - mów, że to nie Twoje spodnie. Złapią Cię na kradzieży za rękę - mów, że to nie Twoja ręka. Nigdy do niczego się nie przyznawaj.
Ciekawostka nie z tego świata: w 2001 roku Jarosław Żamojda dołączył do Roberta Bernatowicza i jego Fundacji Nautilus badającej zjawiska paranormalne. Poza tym wciąż kręci. Niestety.







13. TATO, czyli ojciec w stylu amerykańskim
Reżyseria:
Maciej Ślesicki

Najbardziej udany debiut reżyserski od czasów "VaBank" Juliusza Machulskiego. Maciej Ślesicki zaproponował kino ze wszech miar komercyjne: historię obyczajową wyciskającą łzy, thriller psychologiczny, przejmujący dramat sądowy i komedię w jednym. Widać, że facet oglądał sporo filmów - i chwała mu za to! Nie boi się w związku z tym cytowania, naśladowania i kopiowania tego, co w kinie popularnym, szczególnie amerykańskim, najlepsze. Owszem, całość jest odtwórcza, ale co z tego? "Tato" stał się największym hitem roku, bo publiczność uznała film za zwyczajnie atrakcyjny - popularni aktorzy w rolach głównych, chwytliwy temat i poprawna realizacja to kryteria, które wyznaczyły credo Ślesickiego-reżysera. Tego typu produkcje nakręcone na jankeskiej ziemi lądują zazwyczaj w popołudniowym paśmie regionalnego kanału TV, niemniej na jałowej polskiej ziemi osiągają z miejsca duży sukces.

Główne nagrody: Złota Kaczka od "Filmu" za najlepszy film polski w 1995r. Ponadto: Ślesicki uznany za najlepszego reżysera, Linda za najlepszego aktora, Pazura i Dancewicz za drugi plan - wszystko na FPFF w Gdyni w 1995r.
Ilość widzów: 450 tysięcy
Najlepsza scena: wszystkie z Dorotą Segdą, która znakomicie gra stukniętą zdrowo, psychopatyczną żonę Lindy
Ciekawostka reklamowa: w filmie próbowano po raz pierwszy i tak bezpośrednio product placementu. - Mówiła pani, że nie nosi stanika - zagaduje Linda. Na to Dancewicz: - Ale ten jest od Triumpha. Nie mogłam się oprzeć, choć jest trochę za mały. Potem Linda wychodzi z córką przed dom i widzi billboard z reklamą biustonoszy Triumph, któremu przygląda się z zadumą dłuższą chwilę.





12. TAKIEGO PIĘKNEGO SYNA URODZIŁAM, czyli szanuj ojca swego i matkę swoją
Reżyseria:
Marcin Koszałka

Odsądzony od czci i wiary Marcin Koszałka stworzył 25-minutowy film niebagatelny. Chwila na przypomnienie intelektualnego tła sprzed paru lat: w telewizji pojawił się Big Brother i jego klony, które spowodowały wzmożony skurcz komórek mózgowych u antropologów kultury - według nich wszędobylskie media bezczelnie i coraz szybciej zagarniają prywatność i wywlekają na światło dzienne sceny intymne, co jest odruchem co najmniej niezdrowym i świadczącym o moralnej degrengoladzie środków masowego przekazu. Uff... Pojawia się Koszałka i pokazuje swój byt z punktu widzenia leniwego syna, którego matka jest synonimem najgorszej upierdliwości, a ojciec to życiowy kapitulant. Dom jest oczywiście autentyczny - to najprawdziwszy dokument! - nikt tu nie gra, nie wypowiada kwestii spisanych wcześniej na kartkę. I to boli - szczególnie matkę, która ujrzała siebie jakby w krzywym zwierciadle, czyli taką, jaką nie chciała zapewne być. Rzeczywistość bywa jednak okrutna. A Koszałce należy się albo lanie pasem w ospałe dupsko leżące na kanapie, albo gorące brawa za odwagę w ukazywaniu nie retuszowanej wegetacji w M-3. Ilu widzów, tyle opinii. Kontrowersja zawsze w cenie.

Główne nagrody: najlepszy dokument na festiwalu filmowym w Kazimierzu Dolnym
Ilość widzów: brak danych
Najlepsza scena: Marcin, co ty tak leżysz, co się tak rozkroczył, coś ty z tymi nogami zrobił, między kolanami masz krok... Jezus Maria, Marcin, okrągłe ci się robi! Jezu... Ta prawa łopatka jak pół bochenka chleba ci wystaje...
Ciekawostka sequelowa: w 2004 roku powstała swoista kontynuacja, "Jakoś to będzie". Tym razem Koszałka podglądał własną żonę i córkę. I ze smutkiem skonstatował, że choć fizycznie nie przebywa wśród toksycznych rodziców, to uwolnić się od nich nie może. W 2008 powstał dokument "Do bólu", niejako trzecia część, tym razem nie o sobie, a o pewnym znanym lekarzu, "niewolniku" własnej matki, która takiego pięknego syna urodziła. Podobno bardzo znakomita rzecz.




11. CHŁOPAKI NIE PŁACZĄ, czyli nie będziesz dzwoniła do byłych fagasów z mojej komóry, bejbe!
Reżyseria:
Olaf Lubaszenko
3 lata po świetnym debiucie ("Sztos") i kilka lat przed objęciem roli zdziadziałego męża rodziny w kolejnej polskiej telenoweli ("Barwy szczęścia") Olaf Lubaszenko dokonał artystycznej wolty i postanowił zabawić publiczność quasi-gangsterską cool-historyjką z bohaterami-debilami. Sporo wulgaryzmów, zapach blantów w powietrzu, humor sytuacyjny, słowny (dziesiątki one-linerów do zapamiętania!), poziom raz wysoki, raz niski, a w pewnych momentach wypełniony absurdami, z których mógłby być dumny sam Bareja. "Chłopaki nie płaczą" to zresztą bardzo zgrabnie zrobiony film - żywy, dynamiczny, sprawnie opowiedziany, dobrze zagrany. Nawet jeśli jest to tylko "Pulp fiction" dla ubogich, a Lubaszenko tylko udaje zajebistość mistrza Tarantino. W społeczności licealno-studenckiej skojarzenia wyłącznie pozytywne. Bardzo zasłużenie.

Główne nagrody: brak
Ilość widzów: 551 tysięcy
Najlepsza scena:
- Normalny czy ulgowy?
- Jestem znajomym Piaska
- Jakiego Piaska? a...a... a pan?
- A ja mam paszport Polsatu

I jeszcze:

- I co, są bunkry?
- Nie ma, ale też jest zajebiście
Ciekawostka obsadowa: Na moment na ekranie pojawili się m.in.: Władysław Żmuda i Janusz Wójcik (trenerzy polskiej reprezentacji piłkarskiej), Andrzej Mleczko, Kuba Sienkiewicz, Krzysztof Dmoszyński oraz Grupa MoCarta (jednak w filmie muzycy grają na innych instrumentach niż w rzeczywistości)


10. DUŻE ZWIERZĘ, czyli wielbłądofobia
Reżyseria:
Jerzy Stuhr

Przede wszystkim to mądra, poetycka historia, która korzeniami tkwi w kinie moralnego niepokoju. Muszę w tym momencie uprzedzić uprzedzonych - pomimo scenariusza napisanego przez przywódcę duchowego KMN, Krzysztofa Kieślowskiego, obraz jest pogodny i pozytywny, choć pełen przykrych doświadczeń przypadkowego posiadacza niewygodnego ssaka - wielbłąda. "Duże zwierzę" to przypowieść o zrozumieniu dla innego i towarzyszącej temu nietolerancji dla niedoskonałości. Sztuka to nie lada - smutek, przy pomocy mało natrętnych symboli, przekuć w refleksję, a tę potraktować jako motywator do lepszego życia, jakkolwiek sentymentalnie i banalnie to brzmi. Świetne, skromne, ciche kino z idealnie dobraną formą czyli czarno-białymi zdjęciami. Jeśli istnieje takie zjawisko, jak feel-good movie z gorzką, niezbyt optymistyczną, refleksją, to obraz Stuhra jest jego idealnym przedstawicielem.

Główne nagrody: nagroda publiczności dla najlepszego filmu na festiwalu w Kazimierzu Dolnym; nagroda za muzykę (Abel Korzeniowski) na FPFF w Gdyni; nagroda specjalna na festiwalu w Karlovych Varach
Ilość widzów: 71 tysięcy
Najlepsza scena: Stuhr z wielbłądem na spacerze ("No popatrz jak jest pięknie")
Ciekawostka historyczna: Napisany w 1973r. scenariusz miał być fabularnym debiutem Krzysztofa Kieślowskiego. Jednak z powodu niewygodnej alegorii ówczesne władze na realizację nie pozwoliły. Scenariusz zaginął, jednak w 1998r. odnalazł go Janusz Morgenstern, który zachęcił Stuhra do ekranizacji skryptu.






9. JAŃCIO WODNIK, czyli wiejskie czary-mary
Reżyseria:
Jan Jakub Kolski

Po pierwsze, film ma niezwykły klimat wyraźnie podpisany przez Jana Jakuba Kolskiego, twórcę nietuzinkowego. To spokojna, ludowa przypowieść z naiwnym w gruncie rzeczy morałem, który tutaj nie ma nic wspólnego z pustym etycznym frazesem - "Jańcio" to bajka o niezdrowej pysze, o zaprzepaszczeniu miłości, o grzechu. Czyli niebanalna treść. Po drugie, idealnie dobrana forma i wykonanie całości - oniryczne zdjęcia Lenara, muzyka Koniecznego i rola - niesamowita! - Pieczki. Kolski tym filmem przypieczętował istnienie swego własnego stylu: niepodrabialnego i nie nawiązującego do poetyk znanych wcześniej, wyjątkowej w skali... globalnej? Świat w filmach Kolskiego jest wypełniony świętymi, cudami, duchami, diabłami, strzygami. Folklor i baśń spotykają się z rzeczywistością - i gdyby nagle pojawił się obok Jańcia krasnoludek, to dlatego, że one przecież istnieją. Nawet w takich infantylnych momentach Kolski nie serwuje tandetnej cepelii. Czyżby nasz własny, polski Fellini?

Główne nagrody: Pieczka najlepszym aktorem na FPFF w Gdyni w 1993r. Plus nagroda specjalna Jury oraz nagroda dziennikarzy.
Ilość widzów: 49 tysięcy
Najlepsza scena: Długi sen Jańcia
Ciekawostka świrowata: Opinia frustrata Marka Koterskiego: "A Kolski?! "Jańcio Wodnik" - a jak to mnie wnerwia! Ten cały Jańcio Jakubcio. Waldemar Pawlak polskiego kina. Filmowy magister Nikifor. Czasem odnoszę wrażenie, że żeby mieć styl, to trzeba być trochę ograniczonym. Ale czy powtarzanie się, to już styl? I teraz tak będzie strugał w nieskończoność prostaczka Bożego. Za pieniądze. Jak ten jego Stygma. A ludzie będą cmokać, jaki to on świeży. I zachwycać się Pieczką grającym po raz enty "Żywot Mateusza". A JJK tymczasem jest już instytucją. Czy raczej przedsiębiorstwem, jak kiedyś Cepelia. Chłopskie cwaństwo. Swoją drogą --jakby też to chłopi oglądali ? Nurt wiejskiego kina, kurwa. Ale też mu zazdroszczę, że znalazł swe miejsce. Marek Koterski "Zapiski psychopaty" KINO nr 1/ 1994 s. 58


8. CZEŚĆ, TERESKA, czyli żegnaj dobry nastroju
Reżyseria:
Robert Gliński

Film brzydki i ponury. Szary, depresyjny, niewygodny. Historia z polskich blokowisk, pełna goryczy, ale i przenikliwości w obserwacji niewygodnej rzeczywistości. Robert Gliński zabawił się w rasowego socjologa i nakreślił portret nizin społecznych, który, z jednej strony, mocno niektórych może podniecać swą dokumentalną przenikliwością pozbawioną nawet odrobiny fałszu; z drugiej strony, może bardzo irytować swym czarnowidztwem i sensownością ukazywania przegranych ludzi żyjących na tle dołujących krajobrazów. Publiczność podzieliła się na dwa skrajne obozy i już samo to świadczy o dużym znaczeniu filmu Glińskiego. "Cześć Tereska" zdobyła uznanie głównie krytyków i tej części widzów, która nie unika obcowania z kinem odważnym, ambitnym i nietuzinkowym. Dla pozostałej części, zdecydowanej większości widzów, historia Tereski i i jej przyjaciółki, Renatki, stała się wzorem kina męczącego zmysły i emocje, nieatrakcyjnego, a nawet - wstydliwego.

Główne nagrody: Złote Lwy Gdańskie na FPFF w 2001 r. (przyznano tam również nagrody publiczności i dziennikarzy); Nagroda Specjalna na festiwalu w Karlovych Varach; Złota Kaczka od "Filmu" dla najlepszego filmu roku. Grającym główne role dziewczynom, 15-letniej Aleksandrze Gietner (tytułowa Tereska) i starszej o rok Karolinie Sobczak (Renata), przyznano wyróżnienia na festiwalu w Chicago, a także amerykańskie Nagrody Specjalne dla Najlepszych Młodych Aktorek w Filmie Zagranicznym. Plus wiele innych, mniej lub bardziej znaczących, nagród.
Ilość widzów: 107 tysięcy
Najlepsza scena: Tereska z Renatą piją na cmentarzu tanie wino i rozmawiają o miłości, życiu i śmierci.
Ciekawostka wprost z realu: Dwie dziewczyny w głównych rolach to nie są aktorki, ale wychowanki Domu Pomocy Społecznej (dlatego spora część scen to naturalna improwizacja), które grają niejako same siebie. Dziś, filmowa Renata, czyli Karolina Sobczak, podobno sobie dobrze radzi, natomiast o tytułowej Teresce, Oli Gietner, niewiele słychać, a jeśli już, to niestety nic dobrego...


7. DARMOZJAD POLSKI, czyli o Boże, jak tu jest strasznie nudno...
Reżyseria:
Łukasz Wylężałek

Niech podniosą rękę ci, którzy "Darmozjada" znają. Patrzę, patrzę i prawie nic nie widzę. Jeszcze bardziej wytężam wzrok i... wciąż nic. No właśnie. Jakby film nie istniał. Przykre, że ta znakomita, zabawna i inteligentna opowieść nie zajmuje w świadomości widzów takiego miejsca, na jakie zasługuje. A zasługuje na wiele, chociażby na porównania z wczesnym Milosem Formanem i w ogóle czeskim nowofalowym kinem sprzed lat kilkudziesięciu - w przypadku filmu Wylężałka jest to niewątpliwy komplement. Bo historia wariata powracającego na ruiny rodzinnego domu i wspominającego czasy już minione jest ciepła (sielski klimat), błyskotliwa (zabójcze dialogi) i mądra (małomiasteczkowy naród polski w krzywym zwierciadle). Całość została polana zdrowym, absurdalnym sosem, co czyni z "Darmozjada" film jeszcze bardziej wyjątkowy. Szkoda tylko, że dostać go na legalnym nośniku nie sposób. Na nielegalnym jest równie trudno, zostaje więc czyhanie na telewizyjne emisje, z pewnością wcześniej nie reklamowane.

Główne nagrody: Nagroda Specjalna Jury na ręce Wylężałka (FPFF w Gdyni)
Ilość widzów: brak danych
Najlepsza scena: "Nikt nie posuwa tak jak pan, towarzyszu sekretarzu... Dobra, dobra, do roboty"; "Z kobietą, synu, jak z trąbką, trzeba mocno chwycić i dmuchać..."; "-Co jest, kurde? -A nic, trzepak nam ukradli"
Ciekawostka pieniężna: "Darmozjad" kosztował tyle, ile realizacja dwóch spektakli teatru TV. Poza tym za realizacje odpowiadali prawie sami debiutanci.








6. PAN TADEUSZ, czyli uczniowska nienawiść
Reżyseria:
Andrzej Wajda

Ulubiony film licealistów, którzy nie muszą już więcej sięgać do trzynastozgłoskowego źródła, i ulubiony film polonistek, które nie muszą zmuszać licealistów do zanurzania się w pasjonującą lekturę spisaną przez narodowego wieszcza niemalże 200 lat temu. Nic to, że umizgi, dyplomatyka, łowy, kłótnie i bitwy to kawał naprawdę dobrej i wyjątkowej literatury - ważne, że od dziesiątków lat "Pan Tadeusz" wespół z "Nad Niemnem" są synonimami szkolnego sadyzmu. Zmierzyć się ze znienawidzoną lekturą postanowił Andrzej Wajda, dla którego miało to być spełnienie twórczych marzeń. I strzelił w dziesiątkę - powstała świetna ekranizacja: doskonale obsadzona, perfekcyjnie zagrana (trzynastozgłoskowcem!), mistrzowsko zrealizowana (polonez wg Kilara to studniówkowy hit). Do tego niesamowity sukces finansowy i jeden z najwiekszych rekordów frekwencyjnych od 1989 roku, do którego przyczynili się w największym stopniu niemalże wszyscy licealiści ściągani pokotem ze szkół. Kłopot w tym, że po chwili "Pan Tadeusz" stał się synonimem sadyzmu, tym razem kinowego, bo przepoczwarzył się w taką samą, jak epopeja Mickiewicza, lekturę obowiązkową.

Główne nagrody: Orzeł, Polska Nagroda Filmowa (pamięta ktoś jeszcze coś takiego?), powędrowała w ręce Wajdy, aktorów i innych twórców
Ilość widzów: 6,2 miliona
Najlepsza scena: piękne krajobrazy suwalszczyzny
Ciekawostka aktorska: Ponad dwa tysiące aktorek walczyło o rolę Zosi, m.in. Agata Buzek, Monika Kwiatkowska, Maria Seweryn, Agnieszka Włodarczyk oraz Aleksandra Woźniak. Ostatecznie Andrzej Wajda wybrał Alicję Bachledę-Curuś, która niedługo potem nagrała płytę bez hitów, zagrała kilka ról w niemieckich filmach młodzieżowych, a obecnie robi coraz większą karierę w USA (m.in. u samego Neila Jordana).





5. NIC ŚMIESZNEGO, czyli obolały palec
Reżyseria:
Marek Koterski

Tfu. Nie spotkało mnie w życiu nic śmiesznego - na te słowa Adasia Miauczyńskiego publiczność reagowała na dwa sposoby: albo łapiąc się za skroń z powodu egzystencjalnego bólu, albo masując szczękę również obolałą, tyle że od śmiechu. Obie te reakcje są tak samo właściwe, bo Koterskiemu udało się zrobić niebanalny film o malkontenctwie, przywarach, kompleksach, depresjach i marzeniach przeciętnego polskiego inteligenta z dużego miasta bez popadania w ton nazbyt poważny. "Nic śmiesznego" wywoływało niespodziewanie duże salwy śmiechu na sali kinowej, przed telewizorami, na imprezach towarzyskich i rodzinnych obiadkach. Błyskotliwy scenariusz (niektórzy widzieli w Miauczyńskim nowe wcielenie obywatela Piszczyka), świetne dialogi, genialny Pazura. Nie znać nie wypada, a błyskotliwym cytatem rozbawimy największych ponuraków.

Główne nagrody: raczej brak, choć niewątpliwa kultowość może być uznana za najlepszą nagrodę
Ilość widzów: 103 tysiące
Najlepsza scena: Dialog Adasia Miauczyńskiego i reżysera jednego z filmów:
- Jak to "to, ten"?! Chcesz powiedzieć, że ten obiekt znajduje się w zasięgu mojego wzroku? Pokaż no to palcem, bo chciałbym uwierzyć, że śnię.
- No to.
- To?! Co to jest?!
- Jak to co? Las.
- Możesz mi powiedzieć, po chuj mi las?
- Jak to po chuj? W scenopisie pisze, że las jest, napisane...
- W scenopisie? Znajdź mi to w scenopisie.
- Proszę: "Kiedy wjechali na wyniosłość drogi, oczom ich ukazał się las".
- Przewróć stronę.
- O, kurwa...
- Czytaj!
- "... oczom ich ukazał się las... krzyży".

Ciekawostka lingwistyczna: Specyficzny jest język Miauczyńskiego, charakteryzujący się powtórzeniami, neologizmami, synonimami, rozbitym szykiem, licznymi wulgaryzmami oraz poprawianiem samego siebie. Część cytatów wypowiadanych przez Adasia przeszła już do języka codziennego (np. "Ja pierdolę, kurwa mać!" czy "Dżizas kurwa ja pierdolę". A ponadto: "Stop kamera! Co jest, kurwa, z tym chujem kutasem się dzieje, przecież on się zachowuje jak dziurawa dętka!?!", "Boję się szczytowania, z powodu prykania. I tak oto prykanie trąca mi samotność.", "- Za dużo nóg masz, kurwa, cztery nogi?- Jakie cztery? Dwie mam.- Chyba, kurwa, jednak, kurwa, cztery skoro dwóch ci nie szkoda.)


4. KILER, czyli mój ty seryjny morderco na zlecenie jedyny
Reżyseria:
Juliusz Machulski

Udana komedia, jakich niewiele, a wówczas - prawie wcale. I w tym nieurodzaju doskonale odnalazł się najlepszy polski reżyser kina rozrywkowego. "Kiler" jest bezpretensjonalny, pozytywny, wzbudzający salwy śmiechu i w kinie, i - obecnie - przed telewizorami. Innymi słowy - filmowa uciecha w formie doskonałej. Juliusz Machulski jest mistrzem zjednywania sobie widowni bez względu na wiek, płeć, wykształcenie i przynależność do układu. Każdy w "Kilerze" znajdzie miejsce dla siebie - tanie (i skuteczne!) chwyty dramaturgiczne sąsiadują z błyskotliwymi uwagami natury obyczajowej, po czym całość nie unika chwil absurdu, by po chwili zamienić się w inteligentny dowcip mający uzasadnione pretensje do bycia kultowym. Cytować nie ma sensu, bo zajęłoby to zbyt dużo miejsca. O doskonałych rolach Pazury, Stuhra, Rewińskiego, Figury, Englerta, Kondrata i Kożuchowskiej powiedziano już wszystko i zawsze ich kreacje w "Kilerze" będzie się wymieniało pośród ich najlepszych ról. O rekordach kasowo-frekwencyjych również prawie każdy pamięta. Niektórzy być może przypominają sobie podniecenie wynikłe ze sprzedaży praw do scenariusza Amerykanom - miał być Jim Carrey w roli głównej, sam Machulski jako executive... Cała sprawa na szczęście się rozmyła i nie powstał kolejny jankeski gniot rimejkowy. Dwa lata później powstała za to kontynuacja o wdzięcznym tytule "Kiler-ów 2-óch", tak samo dobra, jak jedynka, a w pewnych elementach - jeszcze lepsza.

Główne nagrody: Złota Kaczka od miesięcznika "Film" dla najlepszego filmu 1998 roku.
Ilość widzów: 2,2 miliona
Najlepsza scena: Siara z Kilerem w jacuzzi. Przychodzi Rysia.
Rysia: Nie przedstawisz mnie swojemu gościowi?
Siara: Z przyjemnością, to jest moja żona lafirynda, a to mój przyjaciel, ale nie przejmuj się ona już se idzie.
Rysia: Może panu zrobić kanapki, albo usmażyć jajka?
Siara: Cycki se usmaż, ty wiesz kto to jest? Ty wiesz kto to jest, to jest Kiler...
Ciekawostka skryptowa: Jest to pierwszy film, przy którym po raz pierwszy w swojej karierze (nie licząc ekranizacji) Juliusz Machulski zdecydował się na nakręcenie filmu wg cudzego scenariusza (Piotra Wereśniaka).



3. OGNIEM I MIECZEM, czyli każdy chce mieć wąsy i szablę
Reżyseria:
Jerzy Hoffman

Jego jakość nie idzie w parze z zobowiązującą pozycją w rankingu, lecz powód obecności filmu Hoffmana jest bardzo prosty: to film-zjawisko i jedna z najbardziej oczekiwanych przez polski naród premier. Hoffman dopełnił swego dzieła i po wielu latach (i setkach emisji telewizyjnych "Potopu" i "Pana Wołodyjowskiego") powrócił do "swojego" Sienkiewicza, stwarzając tym samym wyjątkową, jak na polską skalę, trylogię filmową. Wielkie wydarzenie medialne, niesamowity sukces marketingowy, który został przekuty na rekordy kasowe idące wespół z niezwykłą kinową frekwencją. Co z tego, że montaż to teledyskowa sieczka nie mająca nic wspólnego ze zdrową dynamicznością; co z tego, że rozmach scen bitewnych przypomina podwórkową inscenizację bitwy pod Grunwaldem; co z tego, że słynne efekty specjalne cieszą się niesławą (pamiętne dymy nad zamkiem). To się świetnie w kinie oglądało: taki powiew mimo wszystko spektakularnej świeżości przeganiający rodzimy smrodek kina od zawsze zaściankowego. Michał Żebrowski, jeszcze wtedy nieopierzony aktor niedługo po szkole aktorskiej, stał się z dnia na dzień gwiazdą pierwszej wielkości. Ale to jednak do Domagarowa częściej wzdychała płeć piękna. Takie sytuacje - takie filmy! - nie zdarzają się nad Wisłą często.

Główne nagrody: Złota Kaczka od "Filmu" za najlepszy film polski 1999r. 10 nominacji do Orła, Polskiej Nagrody Filmowej (i w sumie tylko 2 nagrody, dla producentów i dla Ewy Wiśniewskiej z drugiego planu)
Ilość widzów: 7,2 miliona
Najlepsza scena: oblężenie Zbaraża i Podbipięta ścinający 3 tatarskie głowy
Ciekawostka sponsoringowa: to pierwszy polski film, który w głównej mierze powstał dzięki zaciągniętemu kredytowi w banku, a także olbrzymiej liczbie mniejszych i większych sponsorów m.in. browar Okocim, LOT, Ford, Oriflame, Agencja Własności Rolnej itd






2. DŁUG, czyli rzeczywistość potrafi być straszna
Reżyseria:
Krzysztof Krauze

Połączenie medialnej sensacji z przejmującym, bo autentycznym, dramatem. Do bólu realistyczna historia spotkania zwykłych i dość naiwnych obywateli z bezlitosnym gangsterem. Krzysztof Krauze dokonał realizacyjnego cudu - bardzo wyraźnie odszedł od typowo polskiej teatralności emocji, uczuć i sytuacji i w psychologicznie wiarygodny sposób zaproponował naturalistyczny obraz strachu przed nieobliczalnością drugiego człowieka. Tylko tyle i aż tyle! Surowe kadry, realizacja niemalże dokumentalna i Andrzej Chyra, najlepszy badguy w historii polskiego kina - to wszystko powoduje nie tyle zachwyt, co przerażenie sugestywnością obrazu. Takie uczucie to rzecz święta, bo z rzadka spotykana. Chyba najbardziej doceniony zarówno przez publiczność, jak i krytykę, film polski lat 90.

Główne nagrody: Złote Lwy w Gdańsku w 1999 roku dla najlepszego filmu i dla Andrzeja Chyry za najlepszą rolę męską, a także dla Michała Urbaniaka za muzykę. Plus liczne nagrody dziennikarzy, w tym Machiner i Paszport Polityki dla Krauzego
Ilość widzów: 188 tysięcy
Najlepsza scena: wizyta Gerarda w domu dłużnika i trzymanie niemowlaka za oknem.
Ciekawostka kryminalno-polityczna: Sławek Sikora (w tej roli Boruch), skazany na 25 lat pozbawienia wolności, przebywa obecnie na wolności ułaskawiony 5 grudnia 2005 roku przez Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego (mieszka na stałe w Islandii). Artur Bryliński (grał go Gonera) wciąż czeka na ułaskawienie i prowadzi stronę www.dlug.com.pl.





1. PSY, czyli twardziele i ich suki
Reżyseria:
Władysław Pasikowski

Film prawdziwie "kultowy", pewniak w pierwszej piątce najważniejszych filmów polskich wszystkich czasów. Nie na raz, nie na dwa, a na co najmniej 22 razy. Mógłbym nic nie pisać, tylko zacytować parę dialogów między milicyjnymi psami. Mógłbym nawet i ich nie cytować, a pozostawić jedynie tytuł. I powinno być wszystko jasne, to powinno wystarczyć za komentarz, bo środki, które zastosował Pasikowski, są proste, niekiedy prostackie i zawsze - błyskotliwe. Dywagacje udowadniające geniusz "Psów" są w tym momencie zbędne. To burzliwe połączenie dramatu polityczno-obyczajowego z klasycznym kinem sensacyjnym. Uczciwie wypowiedziane językowe "mięso" wypływa z ust, w których tkwi dopalony prawie do końca szlug. Szklanka wódki w ręku, dziwka u boku, pistolet w kaburze, permanentny brak perspektyw. Kończy się milicja - z definicji wszechwładna, skorumpowana i zideologizowana. W jej miejsce pojawia się policja - z definicji: nowoczesna, kompetentna i uczciwa. Jak to jednak bywa z teoriami - są o kant dupy rozbić. I Franz Maurer o tym wie. Jest cynikiem. Czasem chamem. Bywa przyzwoity. Wybitne kino tylko dla twardzieli.

Główne nagrody: dla reżysera (Pasikowski), dla aktora (Linda), dla aktorki (Jaskółka), za muzykę (Lorenc) i za montaż (Niciński) - wszystko Złote Lwy na FPFF 1992 w Gdyni.
Ilość widzów: 167 tysięcy
Najlepsza scena: drwiny z Solidarności i pijackie zawodzenie SB-ków Janek Wiśniewski padł.
A jeszcze, z przesłuchania Franza Maurera:
- Czy jest pan gotów stać na straży porządku prawnego, odnowionej, demokratycznej Rzeczpospolitej Polskiej?
- Bezapelacyjnie, do samego końca... mojego lub jej...

Ciekawostka wyznaniowa: Andrzej Wajda o Pasikowskim: on wie o publiczności coś, czego ja nie wiem i chyba nie chciałbym wiedzieć.

 

Czy powyższa lista miała na celu odkrycie słodkiej prawdy o kinie polskim? Absolutnie nie! Polskie współczesne kino nie jest wcale tak ciekawe, jak wspomniane 19 tytułów. Ale ciekawe bywa - bywa! - przynajmniej na poziomie filmowego zjawiska albo pojawiającego się trendu będącego przyczynkiem do dyskusji o kulturowej tężyźnie narodowej kinematografii. Dla niektórych to za mało i dlatego zewsząd słychać cyniczny śmiech domagający się olania - ale to już kwestia oczekiwań co do kina w ogóle. Dla niektórych, w tym mnie, intrygujące przebłyski filmowe, podobne do powyższych, wystarczają chociażby do tego, żeby kina polskiego definytywnie nie skreślać. No bo po co? No sami powiedzcie - po co?!

Wyślij e-mail
Autor artykułu: RAFAŁ desjudi OŚWIECIŃSKI

Czerwiec 2008

 

wykop.pl  Wykop ten artykuł

 

K L U B   M I Ł O Ś N I K Ó W   F I L M U
(Strona główna)