STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY       


Ponoć Polaków można spotkać wszędzie, jak Ziemia długa i okrągła - wszyscy to wiemy. Wiemy też, jak widzą nas inne narodowości. Ja natomiast pokusiłem się o przyjrzenie się naszej ‘sytuacji’ w kinie. Wszak nie od dziś pojawiamy się i tam. Od razu jednak uprzedzam, że rzecz tyczy się tylko i wyłącznie kina zachodniego, i to takiego, które nie ma nic wspólnego z Polską. Nie uświadczycie tu więc osławionej „Listy Schindlera”, „Pianisty” czy ostatnich dokonań Stevena Seagala. Krótko mówiąc każdy film, który powstawał w naszym kraju bądź korzystał z polskiej produkcji i ekipy nie ma tu racji bytu (chyba że znalazło się w nim coś naprawdę wartego wzmianki). Faktem jest, że niektóre z poniższych filmów korzystają z polskich aktorów (na drugim planie) czy nawet za jeden z nich odpowiada reżyser polskiego pochodzenia, niech to jednak będzie dopuszczalne minimum. Przykłady, które wybrałem (bo samych filmów, w których ktoś klnie po polsku albo ma polskie imię jest od groma) są moim zdaniem najciekawsze, najbardziej wyraziste i zapadające w pamięć nam, jako Polakom. I choć nie wszystkie miałem okazję obejrzeć, to ich ‘sława’ sprawiła, że także pokusiłem się o krótki opis. Kilka z nich ma wydźwięk komediowy, kilka całkiem poważny, a nad innymi aż trzeba się zastanowić. Nie chciałbym jednak ich w żaden sposób oceniać (tym bardziej, że pod względem technicznym są raczej bez zarzutu), a po prostu zwrócić na nie uwagę przez spojrzenie czysto obiektywne. Starałem się wybrać takie pozycje, w których ‘polskość’ w taki czy inny sposób ma wpływ na to, co dzieje się na ekranie, bądź też dobitnie została zaznaczona. Kolejność filmów dla ułatwienia jest alfabetyczna (tytuły oryginalne).

Na pierwszy ogień idzie jeden z odcinków „30 Rock” („Rockefeller Plaza 30”), w którym główna bohaterka, Liz Lemmon (Tina Fey), wkurza pracowników hotelu, po czym stwierdza, że nauczyła się od nich trochę polskiego i rzuca jakieś kompletnie niezrozumiałe dla Polaka zdanie, które wg napisów znaczy „Proszę – zamknij się, kobieto!”. Całość brzmi trochę jak węgierski. Wcześniej, opowiadając o sobie jednemu z tych ludzi, mówi ze szczerym uśmiechem: „Mamy powiedzenie, że 'śmiech to najlepsze lekarstwo', więc... jestem trochę jak lekarz. Tak jak ty byłeś w Polsce.”. Wśród Polaków jest też kobieta o imieniu Nadia – trochę mało polskie imię, dlatego podejrzewam, że to część żartu i tak naprawdę to nie są Polacy, a Liz jest zwyczajnie mało rozgarnięta. Udowadnia to zresztą jeden z kolejnych odcinków, w którym Liz myli kobietę od sprzedaży mieszkań ze sprzątaczką i mówi do niej: „Please come back late. No Polish.”. Tudum.

Z kolei w komedii romantycznej z 2007 roku, „Watching the Detectives” („Uwaga Violet”) z Cillianem Murphy i Lucy Liu, główna bohaterka opowiada o swojej dawnej miłości – wielkim, łysym i uzdolnionym muzyku z Polski, który potrafi grać nawet palcami u stóp. Kiedy z nim zerwała – on ją wszędzie śledził. Po tej opowieści Neil (Murphy) robi się lekkim paranoikiem i pewnego dnia krzyczy na jednego gościa w kinie, nazywając go ‘Polakiem’.

Na co tamten odkrzykuje: „Sam jesteś Polakiem!”.

Wtedy jego kumpel pyta się go: „Jesteś Polakiem?”.

Ten na to: „A kto nie jest?”.

Ba!


Następnie „Aliens" („Obcy - decydujące starcie”) Jamesa Camerona. Tylko bowiem Cameron mógł wpaść na pomysł, aby jednego z Marines w filmie dziejącym się w dalekiej przyszłości ochrzcić nazwiskiem Wierzbowski. Co więcej, każe on wymawiać to nazwisko innym. I tak właśnie narodziła się scena, w której nie kto inny, jak Hicks (Michael Biehn) krzyczy: „Łezbowsky!! Łezbowsky!!” w czasie walki z obcymi w gnieździe. Samego Wierzbowskiego w filmie prawie nie widać. Jego facjata pokazana jest tylko w kilku scenach. Wspomnienie jednak pozostaje. Poza tym liczy się fakt, że w przyszłości nie odejdziemy do lamusa :). Wierzbowski posiada nawet własną witrynę internetową (http://wierzbowski.teradome.com/), gdzie obok innej mało znanej postaci tego filmu – Crowe’a – broni się jego dobrego imienia.

W nieco nowszym i nieco kontrowersyjnym „Angels & Demons” („Anioły i Demony”) też jest fajny polski motyw – jedną ze stacji telewizyjnych przed Watykanem okazuje się być TVN, a reporter tej stacji mówi (po polsku rzecz jasna) o wyborze na papieża kandydata z Europy środkowej. Reportera zagrał prawdziwy Polak, aktor mieszkający w Los Angeles - Kristof Konrad (naprawdę Krzysztof Wojsław).

Ciekawy polski wątek pojawił się też w jednym z odcinków "Animaniacs" („Animaniacy” 1993-1998). Bohaterką jednego z odcinków jest Kasia – dziewczynka ukrywająca się w Warszawie w czasie wojny – której pomagają główni bohaterowie: wielki psiak i sprytna kotka. Odcinek zaczyna się historycznym wprowadzeniem, w którym narrator opowiada o II Wojnie Światowej z punktu widzenia Polski. Ilustracją do tego jest mapa z animowanymi strzałkami, przedstawiającymi ruchy wojsk. I wszystko byłoby pięknie, tylko że na mapie przedstawiającej wybuch wojny, widnieje Polska... w granicach powojennych :)

Kolejnym smaczkiem jest Glenn – jeden z bohaterów „Arizona Junior” Braci Coen, który permanentnie opowiada 'dowcipy o Polaczkach', aż na końcu filmu trafia z jednym z takim kawałów na nieodpowiednią osobę – policjanta drogówki: sierżanta Kowalskiego ;).

Policyjną odznakę posiada również tytułowy „Bad Lieutenant” („Zły Porucznik”) w osobie Harveya Keitela, który ani dobrocią, ani wiarą, ani tym bardziej polskością nie grzeszy. Ale gdy w jednej ze scen widzimy go na miejscu zbrodni w jednym z wielu nowojorskich kościołów, to za jego plecami wyraźnie da się dostrzec Drogę Krzyżową z polskimi podpisami. I choć to tylko przypadek, to aż chce się rzec, że „nasi tu byli!”.

Innym „stróżem prawa” pochodzącym z kraju nad Wisłą jest niezapomniany Thomas Banacek z serialu „Banacek” (z zamierzchłych lat 1972-1974). Choć może stróż prawa to za mocne słowo, gdyż poczciwy Tomek jest jedynie prywatnym detektywem z Bostonu, borykającym się z najdziwniejszymi zagadkami. Nie zmienia to jednak faktu, że zależy mu takoż na prawości, jak i na swoich korzeniach, którym hołduje w bardzo oryginalny sposób – na końcu każdego śledztwa opowiada jakąś polską mądrość ludową, z reguły całkowicie abstrakcyjną i wyssaną z palca. Aha, żeby nie było, że zapomniałem: Tomasza zagrał sam śp. George Peppard – prywatnie syn matematyka z Warszawy. I ponoć bardzo mu się ta postać podobała.

Trzecie miejsce (alfabetycznie) przypada „The Battle of Britain” („Bitwa o Anglię”). W kilku scenach tegoż filmu pojawiają się polscy piloci – rozmawiają ze sobą po polsku („Nie widzę ich, nie widzę ich! – Są pod Tobą! – Pali się skurczysyn! – Skurczybyki strzelają do nas! – Palę się! Wyskakuję na spadochronie!” - itp.), a kiedy jeden z nich zostaje zestrzelony, angielscy chłopi biorą go za wroga, gdyż nawija do nich tylko i wyłącznie po naszemu. Potem widać, jak czyta on rozmówki polsko-angielskie :). Film ukazuje prawdziwe wydarzenia i mówi jak wiele Wielka Brytania powinna nam zawdzięczać. Nie idealizuje i w miarę dokładnie pokazuje ówczesne wydarzenia.

Tymczasem już na początku dziwacznego „Be Kind Rewind” (u nas wciąż bez dystrybucji) jakaś Polka kłóci się o auto, które ‘odpowiednio zmodyfikował’ jej Jerry (Jack Black). Dziewczyna, której twarzy nawet nie dane jest nam obejrzeć (choć tył prezentuje się odpowiednio intrygująco), używa angielskiego na przemian z polskim, który dodatkowo ubarwia konkretnymi epitetami. Potem Jerry z kolegą podsumowują zdarzenie: „Mówiłem ci, że nie będzie zainteresowana wielkimi rurami. Polka czy nie, to wciąż dziewczyna.”. Nie wiadomo jednak, jaka to dziewczyna, gdyż w filmie wystąpiła zarówno Karolina Wydra (jako Gabrielle Bochenski), jak i Basia Rosas (Andrea), a towarzyszy im także Tomasz Sołtys (Carl). Wszystko to jednak postaci dalekiego planu, które z samą Polską niewiele mają wspólnego, a na fabułę i postaci centralne w ogóle nie mają wpływu. Ich obecność pozostaje więc słodką tajemnicą Michela Gondry’ego.

Z zupełnie innej beczki wspomnę o „Big Lebowski”. Tutaj jeden z bohaterów – Walter Sobchak grany z werwą przez Johna Goodmana – to polski katolik, który został Żydem, kiedy się ożenił. Jest zresztą nawet dość zabawny dialog o wpływie takiego pochodzenia na świętowanie Szabasu, do którego Walter jest bardzo przywiązany. Ogółem nic wielkiego, ale sama świadomość, że mamy po ‘swojej stronie’ takiego człowieka robi swoje, tym bardziej, że Goodman zagrał w tym filmie naprawdę rewelacyjnie. No i poza tym, samo 'Lebowski' brzmi swojsko. A już Big Lebowski - brzmi dumnie ;).

W filmie „Blood of the Innocent” („Anioł Śmierci” kręcony po części w Polsce) z udziałem Rutgera Hauera (w obsadzie również Artur Żmijewski i Leon Niemczyk), bohater grany przez Thomasa Iana Griffitha: Frank Wusharsky, uspokaja atakujących go przeciwników mieszanką polskiego z angielskim: „Spokojnie! I sad spokojnie!” ;).

Tymczasem w komedii „The Break-Up” („Sztuka zrywania”) główny bohater, Gary Grobowski (zagrany z werwą przez Vince’a Vaughna), to Polak, który wręcz szczyci się swoim pochodzeniem, okazując to m.in. za pomocą swego stroju – ma dwie charakterystyczne koszulki: jedną z polskim godłem i napisem „Poland” (i będąc w niej obrywa w dziób ;), a drugą z napisem „Polish and proud” na tle biało-czerwonej flagi. Urocze.

A Bridge Too Far” („O jeden most za daleko”), czyli ponownie kino wojenne w starym stylu. Tutaj na uwagę zasługuje kreacja Gene'a Hackmana, który zagrał generała Sosabowkiego - jednego z dowódców polskiej armii na zachodzie, postać jak najbardziej autentyczną. Hackman jest bardzo nerwowy, kłótliwy i w ogóle nieco gburowaty, ale dający się lubić. W jednej ze scen wypowiada jedyne polskie słowo w całym filmie, czyli pamiętny „Sznur”. Sam film jest niestety o wiele bardziej przekłamany od „Bitwy o Anglię”, choć Polacy pokazani są raczej bez skazy.

Natomiast w „Bruce Almighty” („Bruce Wszechmogący”) główny bohater będący dziennikarzem telewizyjnym (Jim Carrey) przeprowadza raz wywiad z polską rodziną piekarzy - Kowolskich - w związku z ich niesamowitym wypiekiem. Co w tym takiego niezwykłego? Otóż na końcu filmu w scenach nieudanych i ogólnych gagach z planu, widzimy, jak w jednej z nich Mama Kowolski (Lillian Adams) uczy Bruce'a Carreya polskiego przekleństwa. No cóż... :)

W legendarnej „Casablance” barman z „Rick's Cafe Americain” jest widać polskiego pochodzenia, choć o rosyjskim imieniu, gdyż mówi do jednego gościa (który też zapewne jest Polakiem): „Na zdrowie! Pij do dna!”. Trudniej o bardziej klasyczny przykład nagminnego mylenia naszych rodaków z towarzyszami z Kraju Rad. Podobnym przykładem jest też „Leaving Las Vegas” („Zostawić Las Vegas”), gdzie grany (przez nagrodzonego za to Oscarem) Cage'a bohater słyszy na stacji benzynowej rozmowę po polsku, a następnie do swojej partnerki zwraca się z komentarzem: „Rosyjska mafia!”. Trudno rozsądzić, czy to celowa pomyłka, czy wspomniana dezynwoltura polsko-rosyjska.

W telewizyjnej produkcji „Cheaters” („Nieuczciwi”) Jeff Daniels gra nauczyciela pochodzenia polskiego (Dr. Gerald Plecki), który przygotowuje uczniów do corocznej olimpiady wiedzy. Całość dzieje się w college'u do którego uczęszczają głównie emigranci, w dużej mierze z Polski. Mamy więc Agnieszkę Maryniarczyk (graną przez Annę Raj) i Dominika Wesolowskiego (Dominik Podbielski) oraz kilka dialogów po polsku. Cała historia oparta jest zaś na prawdziwych wydarzeniach z roku 1994.

I słówko o „Children of Men” („Ludzkie Dzieci”) – tam w jednej ze scen pojawia się niejaki Tomasz, który zapytany o to, skąd pochodzi, odpowiada, że z Polski. A ponieważ akcja dzieje się w przyszłości, to można uznać, że to jeden z dzisiejszych młodych emigrantów szukających szczęścia na wyspach. Tomasza zagrał prawdziwy Polak, Jacek Koman, który już od lat przebywa za granicą. Natomiast ciekawe jest to, że w jednej ze scen pojawia się ksiądz, którego gra Simon...Poland. Może i tytuł powinni zmienić na Polskie Dzieci ;)

Następnie mamy chyba najbardziej wstrząsającą pozycję. W „City of Angels” („Miasto Aniołów”) w momencie gdy anioł Seth (Nicolas Cage) staje na dachu wieżowca, by po chwili skoczyć aby stać się człowiekiem, w tle słychać chóralną, narastającą modlitwę „Zdrowaś Maryjo”, mówioną jak najbardziej po polsku. Przez to scena robi chyba większe wrażenie na nas, niż na ‘zagraniczniakach’, dla których to po prostu niezrozumiały bełkot. Poza tą sceną, sam film nie ma nic wspólnego z naszym krajem (chociaż bodaj w jednym fragmencie widać miniaturową polską flagę, ale głowy nie dam). Bardziej wiąże się z Niemcami, jest bowiem remakiem filmu Wima Wendersa „Niebo nad Berlinem” z 1987 roku.

I zboczymy na chwilę w stronę dalekiego wschodu oraz naszego głównego towaru eksortowego. I tak w 13 odcinku "Cowboya Bebopa" bohaterowie piją wódkę. Nalepka pochodzi z naszej Żytniej, ale napis jest inny: „Specjalna”.

Z kolei w anime "Ah! My Goddess: Everyone Has Wings" („AA! Megami-sama - Sorezore no Tsubasa”) jedna z bohaterek ma zamiar upić inną dziewczynę za pomocą polskiego spirytusu, podczas ‘zawodów pijackich’.

Natomiast w chińskiej produkcji "Suzhou" ojciec głównej bohaterki sprowadza z Europy Żubrówkę, żeby nią handlować. Później ma ona spore znaczenie w tym filmie (nie napiszę jakie, żeby nie psuć filmu) – poświęcono jej nawet scenę, w której bohater dokładnie ogląda nowy nabytek.

Anime "FLCL" - w tym filmie wystąpił nasz polski Fiat 126p.


Za to Mamoru Oshii – który nakręcił w Polsce "Avalon" – musiał przywieźć chyba miłe wspomnienia z naszego kraju, ponieważ w "Ghost in the Shell: Innocence" („Duch w pancerzu 2: Niewinność”) przez chwilę widać paczkę Sobieskich, i to czerwonych :)

A czy „Matrix” posiada jakąś polską wzmiankę? No cóż, „Matrix” nie, ale jego ‘prekursor’ „Dark City” („Mroczne miasto”) zawiera w sobie postać zwariowanego detektywa o polskim nazwisku Walinski. Choć nijak nie wpływa to na fabułę...

Za to w legendarnym filmie ‘o facecie w łódce’, czyli „Death in Venice” („Śmierć w Wenecji"), główny bohater zakochuje się w chłopcu z polskiej rodziny i w związku z tym z ekranu pada sporo polskich kwestii. Choć filmowi to nie pomaga – i tak jest nudny ;)

Kolejne miejsce to znowu kino wojenne, albo raczej antywojenne. Mowa o słynnym „The Deer Hunter” („Łowca Jeleni”) Michaela Cimino. Chociaż o Polakach większej wzmianki nie ma, to jednak widać, że całość dzieje się częściowo pośród Łemków (ludność żyjąca na granicy polsko-ukraińskiej o wspólnych tradycjach obu krajów). Mamy więc kilka scen kojarzących się z Polską, a nawet i polskie wesele. Sam Robert De Niro aż 3 razy mówi w filmie „Na zdrowie”. Co ciekawe, film w Polsce był zakazany aż do lat 90.

Z nowszej historii kina warto też wspomnieć o „The Departed” („Infiltracja” z 2006 r.), gdzie w jednym z fragmentów Matt Damon mówi do kolegi: „Masz w domu jakiś garnitur, czy chcesz chodzić ubrany jakbyś chciał najechać Polskę?”. A skoro już przy cytatach jesteśmy, to w młodszym o dwa lata „Collateral” („Zakładnik”) Tom Cruise z przekąsem reaguje na widok zmasowanej akcji policji rzucając: „Jedyna rzecz, której nie rzucili do akcji to polska kawaleria”. Podobnież i Woody Allen wplata w swoje dialogi nieco polskości. W „Manhattan Murder Mystery” („Tajemnica morderstwa na Manhattanie”) grany przez niego bohater nerwowo wybiega z opery, co swojej partnerce obrazowo tłumaczy: „Już po wysłuchaniu kilku taktów Wagnera sam mam ochotę napaść na Polskę”. Z kolei w „Bananas” („Bananowy czubek”) podczas wybudzania ze snu, mamrocze: „Zabierzcie ode mnie te Polki!”. Ciekawe, co takiego mogło mu się śnić, biorąc pod uwagę urodę naszych rodaczek?

Tymczasem kina wojennego ciąg dalszy. Tym razem jest to jego bardziej przygodowa odmiana, choć niemniej słynna (a może i słynniejsza) od powyższych. W pamiętnej „Dirty Dozen” („Parszywa Dwunastka”) jeden ze skazańców ma na nazwisko Wladislav i pochodzi ze Śląska. Jest wyjęty spod prawa, bowiem zastrzelił swojego przełożonego, gdy ten zaczął uciekać z pola walki zostawiając oddział na pastwę losu. Wladislava zagrał Charles Bronson (naprawdę Charles Buchinsky, z korzeniami na Litwie, choć wiele osób wciąż myśli, że miał polskich przodków), a najlepsze jest to, że to jedyny człowiek z całego oddziału, któremu udaje się przeżyć. Pozycja z 1967 roku, to dziś klasyka, którą znają i lubią niemal wszyscy, także u nas.

The Eagle Has Landed” („Orzeł Wylądował”) kontunuuje listę tzw. war movies. Kolejny rozmach, kolejna gwiazdorska obsada (Michael Caine, Donald Pleasence, Donald Sutherland i Robert Duvall) i kolejni Polacy...no, nie do końca. Ten klasyk kina opowiada bowiem o planie zlikwidowania Winstona Churchilla przez Niemców podczas II W.Ś. Starannie opracowany plan uwględnia więc, aby w tym celu największe orły III Rzeszy założyły na siebie piórka polskich oddziałów współpracujących z Anglikami. I tyle w temacie – resztę można sobie dopisać, choć lepiej rzecz jasna obejrzeć sobie film.

Następny przykład to także wojna pełną gębą, choć bardziej współczesnie i niestety mało chlubnie odnosząca się do historii. „Enigma” Michaela Apteda wywołała zresztą swego czasu burzę, gdyż jednym z bohaterów jest Polak (pracujący w Bletchley Park nad Enigmą), który zdradza Aliantów za to, że ci nie reagują na zbrodnię katyńską. Całość zresztą wygląda podobnie – Polacy to tchórze i są podobni do faszystów, a całą zasługę odszyfrowania Enigmy przypisuje się Anglikom. Niemiły to więc akcent, choć trzeba było go wymienić.

Dalsze miejsce przypada Terry'emu Gilliamowi i jego „Fisher King”, za przewidzenie tendencji polskiego kina. W jednej ze scen tego, skądinąd bardzo udanego filmu, Parry (świetny Robin Williams) pokazuje Lydii film zatytułowany „Królewska piekarnia” w reżyserii niejakiego Speizaka, którego to akcja dzieje się w polskiej piekarni („No tak! Dlatego są napisy” ;). Na to Lydia odpowiada mu, że nie lubi polskich melodramatów, woli musicale :). Na dzień dzisiejszy muszę się zgodzić z tą niezamierzoną aluzją do polskiego kina.

A teraz pora na fragment kultowego serialu „Friends” („Przyjaciele”). Tu już w pierwszym odcinku Chandler odnosi się ironicznie do optymizmu Rachel, która twierdzi, że „jeśli mogę zrobić kawę, to mogę zrobić wszystko”. Chandler odparowuje wtedy: „Nie, to było inaczej. Jeśli mogę najechać na Polskę, to mogę zrobić wszystko.” Niech tylko spróbuje...;)

No i chyba jeden ze słynniejszych akcentów, choć jego specyfika także nie jest zbyt przyjemna, mimo iż fałszu w niej nie ma. „The Fugitive” („Ścigany”), bo o nim mowa, to doskonały thriller z Harrisonem Fordem w roli głównej. W jednej ze scen główny bohater, dr Richard Kimble, wynajmuje od Polki mieszkanie w Chicago. Bohaterka jest autentyczną Polką od lat mieszkającą w Stanach (Monika Chabrowski), a filmowe mieszkanie jest bardzo patriotyczne – na ścianie wiszą flagi i wizerunek Papieża. Pojawiają się też inne polskie akcenty. Podczas tych scen pada zresztą kilka polskich kwestii. Co więc jest takiego niemiłego w tym 'polskim akcencie'? Ano syn tejże pani, także Polak (choć grany przez aktora amerykańskiego), sprzedaje narkotyki małym dziewczynkom, a potem bez mrugnięcia okiem wydaje gliniarzom Kimble'a (choć ten okazuje się szybszy i znika). Niby nic wielkiego, ale też żaden pozytywny wizerunek Polaka; poza tym, że mieszkanie wygląda na zadbane i przytulne :). Amerykanom musiało się to spodobać, gdyż parę lat później ten sam reżyser (Andrew Davies) powrócił do tematu Polaków w Chicago. W jego „Chain Reaction” („Reakcja łańcuchowa”) występuje znany wszem i wobec dr Dr. Bruno Walicki (czyli Krzysztof Pieczyński) jako naukowiec Łukasz Screbneski, który...także zdradza – tym razem Keanu Reevesa. Normalnie polska mafia filmowa...;)

I trochę telewizji – w amerykańskim serialu „Gossip Girl” („Plotkara”) występuje w całkiem rozbudowanej roli, całkiem ‘rozbudowana’ służąca, Dorota (grana przez Zuzannę Szadkowski). W jednym z odcinków ostro opieprza ona po polsku jednego z bohaterów serialu, a i w innych ma spory wpływ na fabułę, choć z reguły stanowi drugoplanowe popychadło („What are you staring at? Go polish something!”). Ponoć Dorota tak się podoba, że planowany jest niewielki spin-off z jej osobą na tzw. mobisodes (czyli krótkich odcinkach serialu trafiających wprost na telefony komórkowe). Bierz ich, maleńka!

I pora na Eastwooda. Clinta Eastwooda. W swoim ostatnim (jak dotąd) aktorskim występie w „Gran Torino” gra niejakiego Walta Kowalskiego – zgryźliwego ‘tetryka’, który nikogo nie lubi. I choć samo nazwisko nie stanowi dla fabuły ważnego elementu, to nie jest wcale przypadkowe. Co chwila Walta ktoś nazywa „polaczkiem” i innymi przywarami dotyczącymi jego pochodzenia, choć wydźwięk tych słów nie jest wcale tak negatywny, jakby się mogło wydawać. Co prawda Clint jeden wie, czemu wybrał akurat polskie korzenie dla swojego bohatera, który jest przecież zatwardziałym, amerykańskim patriotą, ale nie nam negować jego wybór. W końcu to kolejna wielka legenda kina, która swoje dzieło zaprawia biało-czerwoną barwą. I kolejny, jakże ważny akcent do odnotowania.

The Great Escape” („Wielka ucieczka”) dołącza do tak popularnych w tym zestawieniu wojennych produkcji. Film opowiadający o ucieczce alianckich więźniów z obozu niemieckiego to już bez dwóch zdań klasyka. Jeden z bohaterów – raz jeszcze Charles Bronson – nazywa się Danny Velinski i stanowi chlubny przykład polskiego patriotyzmu i waleczności („Kiedy Warszawa padła, nie poddałeś sie, ale przedarłeś się do Anglii, aby dalej walczyć”). Tymczasem cała opowieść odnosi się do faktycznej ucieczki więźniow z obozu w Żaganiu (jak najbardziej w Polsce), co jednak nie zostało wykorzystane ani w filmie (brak nazw, etc) ani w realnym świecie (brak wykorzystania istnienia filmu w szerzeniu historii autentycznej, która wydaje się zapomniana). Smutne ale prawdziwe.

W oscarowej, plastelinowej animacji „Harvie Krumpet”, na samym początku poznajemy korzenie głównego bohatera: urodził się w Polsce w roku 1922, jako Harvek Miłosz Krumpecki. Jego matka miała na imię Liliana, a ojciec Maciek. Matka pracowała w kopalni, gdzie widzimy ją w momencie, gdy przewraca się jej taczka z węglem, a ona krzyczy wielce wymowne „Kurrrwa!” (ze szczególnym akcentem na 'r' właśnie :).

Krzykiem, choć już bardziej poważnym jest też epickie i wielce niedocenione „Heaven’s Gate” („Wrota Niebios”) obecnego już wcześniej na liście Michaela Cimino. Ten długaśny fresk westernowy oparty jest na prawdziwych wydarzeniach i opowiada o walce pomiędzy Amerykanami, a napływającymi do nich wciąż emigrantami, w tym przypadku z Europy Wschodniej. Oprócz Rosjan są też więc Polacy, którzy stanowią sporą grupkę bohaterów. A ponieważ reżyser nie szczędził w tym przypadku taśmy, toteż możemy zobaczyć, jak ‘nasi’ walczą i umierają za równość i wolność w Ameryce. Brzmi przesadnie patetycznie, ale Cimino umiał pokazać to z dużym dystansem i obiektywizmem, więc nikt tu nie macha flagą USA (Polski też nie). Zresztą nie ma co się rozpisywać – film ten po prostu trzeba zobaczyć, choćby i po to, żeby zobaczyć jak sam Brad Dourif radzi sobie z naszym językiem.

Z kolei w jednym z odcinków „How I met your mother” („Jak poznałem waszą matkę”) jednemu z bohaterów, Barneyowi, nadają pseudonim, bo ktoś przekręcił jego imię. Na końcu odcinka przekręcone zostaje też imię jego koleżanki – na Roland. Barney próbuje się nabijać, pytając: „Warsaw is capital of what country? Roland!”. Odcinek ten, to zdaje się „Swarley”.

Inside Man” („Plan Doskonały”) i niewielki smaczek polski w osobie jednego z przesłuchiwanych zakładników. Starszy jegomość przyznaje się do jednej jedynej kradzieży w swoim życiu – jak był mały ukradł swojej babce-polce (prawie jak matka-polka ;) jednego nikla (5 centów). Wcześniej szczyl chodził do niej i często wołał (niby po polsku): „Mama, toh nicklah, toh nicklah.”.

W słynnym już francuskim „Invasion of the Barbarians” („Inwazja barbarzyńców”) mamy zaś świetne żartobliwo-ironiczne zdanie, jakie wywiązało się w czasie dyskusji profesora historii filozofii z przyjaciółmi: „Męczeństwo Polaków dowodem na istnienie Boga”. Ciekawe ile w tym prawdy ;)

Pora na serial i to bardzo popularny swego czasu – jeden z odcinków „Keeping Up Appearances” („Co ludzie powiedzą!?”) proponuje nam kilka polskich nazwisk i niezwykłe trudności z ich wymową (Róża zakochała się w Polaku). Z kolei w innym epizodzie ten sam kwiatuszek mówi, że jeden z jej chłopaków wygląda jak młody Lech Wałęsa; a w jeszcze innym znajoma Richarda to Polka. Znamienne, że serial ten niejako wyprzedził swój czas o jakieś 10 lat.

W filmie „Kids” („Dzieciaki”) możemy z kolei dojrzeć jeden z oryginalniejszych akcentów, jakim jest kaleki murzyn, poruszający się w metrze na deskorolce i podśpiewujący: „Nie mam nóg. Nie mam nóg!” Nosi on sympatyczną koszulkę z napisem: „Pocałuj mnie – jestem Polakiem” :)

Natomiast w nieznanym jeszcze u nas „Last Chance Harvey” z Dustinem Hoffmanem i Emmą Thompson jest taki mały, polski wątek poboczny. Matka głównej bohaterki ma nowego sasiada – Polaka, który wygląda podejrzanie, ponieważ dużo grilluje i nosi dziwnie wyglądające worki. Koniec końców okazuje się jednak, że to sympatyczny gość, który obdarowuje ją nawet szynką (Krakus? Sokołów?). Podczas napisów końcowych jest scena, w której matka odwiedza sąsiada w jego domu. Nie pada jednak nic stricte polskiego w stylu flag czy słów.

Polakiem jest też bez wątpienia stręczyciel ze szwedzkiego „Lilja 4-ever”. Nazywa się Witek (Tomasz Neumann) i w jednej ze scen wydziera się na główną bohaterkę, nie szczędząc przy tym rodzimych przekleństw. I…właściwie tyle ;)

Znacznie ciekawszym przypadkiem jest natomiast „Lorenzo's Oil” („Olej Lorenza”), w którym badania polskich naukowców na polskich szczurach (bo wiadomo, że nie można badać zagranicznych ;) okazują się przełomowe dla leczenia rzadkiej choroby – pada nawet nazwa gazety „Polski przegląd biologiczny 1979, tom II”. Przykład bardzo pozytywnego wizerunku Polski, zasłużonej dla ogólnoświatowej nauki :)

W debiutanckim filmie Johna Turturro, „Mac”, bohater grany przez niego samego pracuje u kolesia o nazwisku Polowski (gra go Olek Krupa). W pewnym momencie tenże szef krzyczy do zgrabnej panienki: „Hej! Lala! But ci się rozwala!”, na co dziewczyna odpowiada spojrzeniem pełnym niezrozumienia. Widać niekumata taka ;)

No i Formanowski „Man on the Moon” („Człowiek z księżyca”) - na poczatku filmu Kaufman (brawurowy Carrey) prowadzi show i zaczepia faceta przy stoliku (jak się potem okazuje podstawionego) – naśmiewa się z niego i jego „wyglądu typowego Polaka” wąsy, brzuszek, itp... Także kolejne stereotypy, choć ironicznie podane.

I wzmianka o „Monsters Inc.” („Potwory i spółka”) ze studia Pixar. Ich Mike Wazowski to bodaj najbardziej oryginalny polski akcent w dziejach kina. Wprawdzie jest to zielony, jednooki potwór , który chyba nawet nie ma świadomości, że istnieje taki kraj, jak Polska, to jednak za każdym razem, gdy słyszę „Waazoowskiii” w wykonaniu Roz, paszcza samoczynnie mi się rozwiera w wielkim uśmiechu. I o to chodzi!

I kolejny film wart wzmianki: „One Day in Europe” („Jeden dzień w Europie”) Hannesa Stöhra. Nowelka czwarta – francusko-arabska para ulicznych artystów, skarży się, że ich okradziono, przy czym mężczyzna nie może się zdecydować, czy zrobili to Turcy, Rosjanie czy może Polacy. W końcu mówi: „Rosjanie, Polacy, Turcy... Dla mnie wszyscy są jednakowi!”, na co policjant odpowiada: „To nie prawda! Nie mów tak! Moja rodzina pochodzi z Polski”. A więc tym razem remis dla nas :)

Mało znaną produkcją, którą umieściłem z podobnych względów (czysto humorystycznych), jest „Polish Vampire in Burbank” („Polski wampir w Burbank”). Jak sama nazwa wskazuje, jest to niszowy komedio-horror. Tytułowy wampir (Mark Pirro) pochodzi z Polski i nosi nad wyraz sympatyczne imię ‘Dupah’ :). Film jest debiutem reżysersko-scenopisarsko-aktorsko-operatorsko-montażowo-producenkim Marka Pirro (który oprócz powyższego pracował też nad niektórymi dekoracjami do filmu).

No i przyszedł czas na najbardziej polski z niepolskich filmów, czyli słynny „Polish Wedding” („Polski Ślub” a.k.a. „Ślub po polsku”) w reżyserii Theresy Connelly. Film z gwiazdorską wręcz obsadą (Gabriel Byrne, Claire Danes, Lena Olin), przy którym (o dziwo!) nie pracował żaden Polak. Jest to historia polskiej rodziny Pzoniaków (!) mieszkającej w Ameryce - dość prosta komedia obyczajowa. Ogólnie bardzo ciepły obraz, w którym nie obyło się jednak bez stereotypów, ale też i obeszło się bez wielkich przekłamań. Oglądając go można się poczuć naprawdę dobrze.

Z innej beczki – w znakomitym filmie „Primal Fear” („Lęk pierwotny”) z Richardem Gere w jednej ze scen w biurze widać fragment plakatu do polskiej produkcji z 1967 roku „Morderca zostawia ślad”. Ciekawy element scenograficzny i kolejny, bardzo oryginalny wkład w naszą listę :)

Trochę mniej oryginalnie napiszę o „Prizzi's Honor” („Honor Prizzich”) – tam bowiem główna bohaterka, Irene Walker (Kathleen Turner po raz pierwszy) jest Polką z pochodzenia. Tylko tyle i aż tyle.

W zupełnie innej stylistyce utrzymany jest natomiast „Queen Margot” („Królowa Margot”). To już kino historyczne, a więc obecność Polaków jest uzasadniona. Ba, w filmie grają nawet i polscy aktorzy (jeden z nich nazywa się Zygmunt Kargol - !), choć całość obeszła się bez udziału naszego kraju. Ogółem jest tu kilka scen, które poruszają ‘kwestię polską’. Mianowicie w jednej Henryk Walezy jest niezadowolony z perspektywy objęcia tronu polskiego, a w innej polscy posłowie przybywający z delegacją (wiernie odtworzeni, mówią po naszemu) oglądają wygłupy swego przyszłego króla. Film jest już legendą, choć wg mnie jest nieco trudny w odbiorze, a jego bohaterowie są zdrowo rąbnięci ;). W interesującym nas temacie nic szczególnego, choć wspomnieć wypada.

Wspomnieć wypada też o „Raw Deal” („Jak to się robi w Chicago”), gdzie sam Arnold S. gra policjanta Marka Kamińskiego. W jednej ze scen demoluje on kasyno Old Warsaw, a w innej widzimy statek Kazimerz Pułaski. Ponadto mamy tu Lamańskiego (dobry) i Patrovitę (zły). Uwarunkowane to jest oczywiście miejscem akcji, czyli największym skupiskiem Polaków w Ameryce - Chicago.

Dalej, dość niespodziewanie może, mamy „The Return of the Jedi” („Powrót Jedi”). Sam film oczywiście śladów polskości nie nosi, ale jest jedna scena, która zawsze zwraca moją uwagę. Dokładnie chodzi o początek filmu i przybycie R2-D2 wraz z C-3PO do pałacu Jabby. Kiedy pukają do potężnych stalowych drzwi, ze środka wysuwa się charakterystyczne oko (coś w rodzaju naszego judasza;) i wtedy C-3PO mówi: „Tuta miszka Jabba du Hutt?”. To po prostu lekko zmodyfikowane „Czy tutaj mieszka Jabba the Hutt?”. I właśnie za tę śmieszną modyfikację wyróżniam tutaj film Marquanda.

No i powiem jeszcze o świetnej komedii sensacyjnej z udziałem Clinta Eastwooda (i w reżyserii tegoż) oraz Charlie Sheena. Mowa o „The Rookie” („Żółtodziób”). Główny bohater, którego odtwarza Eastwood, nazywa się Nick Pulovski i jest polskiego pochodzenia. Wykorzystuje to skrzętnie jego przeciwnik Strom (Raul Julia) - Niemiec z pochodzenia - nazywając go co i rusz ‘Polaczkiem’. W zasadzie można uznać to za obraźliwy i pogardliwy epitet, tyle tylko, że to właśnie ‘Polaczek’ okazuje się górą, pokonując czarny charakter, a wcześniej nawet używając sobie (chociaż wbrew własnej woli) z jego kobietą (seksowna Sonia Braga). Polacy wychodzą więc na swoje. Bardzo sympatyczny film tak w ogóle :).

Z kolei w nieco nowszej, serialowej historii Wysp Brytyjskich warto odnotować kultową już serię o i dla młodzieży „Skins” (u nas wciąż bez emisji, choć został już przetłumaczony na „Kumple”). Już w pierwszym odcinku pojawia się puszysta i hojnie obdarzona przez naturę Danuta (grana przez Larę de-Leuw – ciekawskim polecam stronę: www.larade-leuw.com). Nie mówi ona dobrze po angielsku, ale można się z nią za to dogadać po włosku i po francusku (CDK?). I to właśnie po włosku Danuta najwięcej gada, szczególnie o seksualnych rozmiarach Sida. A gdy dochodzi co do czego, to wrzeszczy niezrozumiale po polsku (coś w stylu „Ostatnio! Prawdziwa chłop przybywa!”), rozbija szklankę o kominek i dosłownie rzuca się na jednego z bohaterów, Chrisa, z którym następnie spędza upojne chwile na tylnym siedzeniu pędzącego mercedesa. Ah, te zwiariowane polish girls! Z kolei w innym epizodzie, Sid ma napisać pracę zaliczeniową o Lechu Wałęsie, co jednak kiepsko mu idzie („What the fuck did he do?” ;). W jeszcze innym odcinku pojawia się problem z wymówieniem przez nauczycielkę polsko brzmiącego nazwiska. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nazwisko to brzmi mniej więcej, jak ‘Wieczorek’. I na tym bynajmniej nie koniec, bo seria wciąż się rozrasta...

W bardziej poważnym tonie mamy „Sophie's Choice” („Wybór Zofii”), w którym to Meryl Streep gra Polkę, Zofię Zawistowską, która przeżyła obóz koncentracyjny. Streep wygląda tu uroczo, usiłuje mówić po polsku i dużo ojczyznę wspomina, po czym zgarnia za to Złoty Glob i Oscara. Poza nią w rolach bardzo drugoplanowych kilku Polaków (m.in. Eugeniusz Priwieziencew). Klasyka kina, do Polaków podchodząca neutralnie, jak Szwajcaria. Dużo bardziej znaczący wydają się tu Żydzi i ich eksterminacja.

Tymczasem w amerykańskim serialu mafijnym „The Sopranos” („Rodzina Soprano”), służąca państwa Soprano – Liliana Wosilius (pochodząca z Węgier, Katalin Pota) – jest Polką, podobnie jak jej chłopak Stasio, wraz z którym stara się o amerykańskie obywatelstwo. W pierwszym odcinku trzeciego sezonu, obydwoje siedzą w parku i rozmawiają, częściowo po polsku, choć to dość łamana polszczyzna, ciężka do zrozumienia nawet dla Polaków ;). Praktycznie ze słuchu można zrozumieć jedynie „Kurwa Twoja mać” przetłumaczone w napisach jako: „Fuck his whore of a mother” ;) W dodatku nasza krajanka kradnie sztućce. A żeby było jeszcze ciekawiej, to Stasia zagrało dwóch aktorów. W jednym z odcinków pierwszej serii („Full Leather Jacket”, w którym skórzana kurtka podarowana Stasiowi stała się osią fabuły) był to autentyczny Polak, Marek Przystup. Ale już w scenie w parku w kolejnej serii był to amerykański aktor, w dodatku zupełnie niepodobny do Przystupa.

No i kolejny serial na rozluźnienie – w jednym z odcinków „South Park”, tym o ratowaniu lasów deszczowych („Rainforest Schmainforest”), podczas festynu, na którym ma wystąpić chór dzieci-gejów, prezydent San Jose rozgrzewa publiczność wielce elokwentnymi kawałami o Polakach z zaskakującą pointą, np: „Ilu Polaków potrzeba, żeby zjeść burrito?....Dwóch!” (generał wybucha śmiechem, publika milczy) „Ilu Polaków potrzeba, żeby pojechać do Panamy?” etc. Ciekawym ilu Polaków potrzeba, żeby obejrzeć ten odcinek ;)

Znacznie lepszym przykładem jest za to popularny swego czasu film „Stormy Monday” vel „Burzliwy Poniedziałek”. Tutaj inna urocza pani, Melanie Griffith, także gra Polkę i nawet wzrusza się zasłyszaną w ojczystym języku piosenką. Jest tam też polski zespół jazzowy – Cracow Asamble – zatrudniony w klubie prowadzonym przez Stinga i kilku Polaków w rolach drugoplanowych. Ogólnie pozytywny obraz dziejący się pośród Polonii angielskiej. Jesteśmy tu przedstawieni jako ludzie sympatyczni, mający powodzenie u dziewczyn. Film podobnie do „Polskiego Ślubu” ma doborową obsadę (oprócz panny Griffith i Stinga jest jeszcze Tommy Lee Jones i Sean Bean) i ten sam rok produkcji – 1988. Pozycja obowiązkowa.

Tak doszliśmy do nieco bardziej poważnego tonu, a mianowicie „Straight Story” („Prosta historia”). Tu główny bohater w jednej ze scen opowiada historię o polskim żołnierzu, z którym razem służył w wojsku. Historia ta jest prosta, jak i cały film, ale jakże wzruszająca. Nie będę jej tu jednak streszczał, gdyż jest to dość ważny moment filmu i lepiej zobaczyć go samemu. A potem warto się zastanowić...

Warto zastanowić się też nad słynnym „Some Like it Hot” („Pół żartem, pół serio”), w którym to postać odgrywana przez Marilyn Monroe jest z pochodzenia Polką. Początkowo (i wg rodzimych tłumaczy) nazywała się Cukrowa Kowalczyk, ale potem zmieniła nazwisko na Sugar Kane, co by było bardziej trendy ;)

Niemiła za to i mało pochlebna wzmianka ma miejsce w filmie „S.W.A.T.”, gdzie antyterroryści powstrzymują szaleńca, który grozi 'palnięciem sobie w łeb' i żąda limonki, dwunastopaka piwa i goździkowych fajek. Szaleńcem tym okazuje się być Polak, z którego narodowości – po aresztowaniu – drwią antyterroryści.

W filmie najstarszego obecnie żyjącego i działającego twórczo reżysera – Manoela de Olivieri, „A Talking Picture” („Ruchome słowa”) John Malkovich gra kapitana polskiego pochodzenia, który nosi nazwisko Walesa (sic!). Czyżby kolejna łatka, jaka na stałe przylgnęła do naszego kraju?

W dalszej kolejności „The Terminal” („Terminal”) Spielberga. Viktor Navorski pochodzący z fikcyjnego państwa Krakozja, to przecież nic innego, jak Wiktor Nawarski (bądź po prostu Naworski) z Krakowa. Tu także, podobnie jak przy „Potworach...”, gęba śmieje się na samo wspomnienie pomysłu, który być może podsunął Spielbergowi czołowy polski operator i stały współpracownik – Janusz Kamiński. No i do tego ten hymn Krakozji...

Three of Hearts” („Trzy Serca”) to kolejny dość udany film z Polakami, jako ‘spoko’ ludźmi. Raz jeszcze do czynienia mamy też z niezłą obsadą, wśród której wymienić trzeba Williama Baldwina, Kelly Lynch oraz Joe Pantoliano. Lynch gra tutaj polską pielęgniarkę, w dodatku lesbijkę. Mamy pokazane polskie wesele, na którym nie brak tańców (w rytm disco-polo!) oraz wódki, a sam Baldwin uczy się mówić „Na zdrowie!”. Jest także ksiądz, który daje ślub młodej parze, a jest nim nie kto inny, jak zdobywca Oscara, w całkiem innej niż aktorstwo dziedzinie, Jan A.P. Kaczmarek. Film wyreżyserował Yurek Bogajewicz, co częściowo tłumaczy to, co dzieje się na ekranie. Za kamerą natomiast Andrzej Sekuła. Bardzo sympatyczne kino o miłości, choć ponownie Polacy jedynie dodatkiem.

Kto pamięta boom video na przełomie lat 80. i 90., ten pamiętać powinien także dość popularny wtedy dramat, który zowie się „Tiger Warsaw” (lub po prostu „The Tiger”). Główną rolę zagrał tu Patrick Swayze, na którego panowała wtedy nieprzerwana moda, a z Polski pochodziła cała rodzina jego bohatera, który na nazwisko miał właśnie Warsaw. Także Warszawy jest tu bardzo dużo, choć logiki znacznie mniej. Poza tym o Polakach ani słowa.

Dużo za to gada (i to po polsku właśnie!) Mel Brooks w swoim „To Be or Not to Be” („Być albo nie być”), który jest remakiem filmu o tym samym tytule z roku 1942. Akcja rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej w okupowanej Warszawie, a bohaterami są podopieczni teatru Bronski, z jego ojcem założycielem – Fryderykiem – na czele. Pierwsze kilka minut filmu godne jest pochwał, bowiem aktorzy mówią (i nawet śpiewają!) wyłącznie po polsku, co wychodzi im całkiem zgrabnie. Potem jednak między Brooksem, a Anne Bancroft – która gra jego żonę, Annę – dochodzi do zabawnej sprzeczki, o 'wrzaski'. Wrzaskami nazywa Brooks wykrzykiwane przez Bancroft 'Dziękuję', którymi odwdzięcza się publiczności za oklaski. Bancroft kończy sprzeczkę słowami: „Wiesz co? Mam Cię w dupie!” ;) Potem głos z offu oświadcza, że dla ogólnego dobra, reszta dialogów będzie w języku angielskim i jedyne co zostaje, to w miarę niezłe (jak na komedię) realia okupacji, polskie nazwiska, gazety i porucznik Andre Sobinski, z którym Anna ma romans. Ogółem zabawny film, który Polskę traktuje głównie jako odnośnik dla całej historii. Znowu uwaga przenosi się na prześladowanych Żydów (w jednej ze scen wygłaszana jest płomienna mowa na ten temat), choć mamy tu swoje pięć minut. Raz jeszcze rewelacyjna obsada robi swoje (poza ww grają jeszcze m.in. Christopher Lloyd, Tim Matheson i Charles Durning). Jak najbardziej do obejrzenia. Wielokrotnego.

Najbardziej osobliwym filmem spośród wybranych jest za to „Turn Left, Turn Right”. Jest to bowiem produkcja azjatycka, zainspirowana wierszem Wisławy Szymborskiej „Miłość od pierwszego wejrzenia”. Główni bohaterowie recytują ów wiersz po polsku, co wychodzi im śmiesznie i nieporadnie (dla nas). Poza tym, nie ma tu jednak nic o Polsce jako takiej.

Miły epizod z udziałem ‘naszych’ zaliczyła też Diane Lane w „Under the Tuscan Sun” („Pod słońcem Toskanii”). Jej bohaterka jest pisarką, która wyjeżdża do Włoch. Na miejscu kupuje okazałą willę, do której remontu zatrudnia trzech Polaków. Kiedy w trakcie prac wali się cała ściana, jeden z nich kwituje to słowami: „Kurwa mać!” ;). Na drugim planie Amerykanin polskiego pochodzenia – Paweł Szajda. Film dość sympatyczny, choć poza ww., nie mający nic do zaoferowania w temacie.

Natomiast w duchu wymienionego wcześniej „Tiger Warsaw” utrzymany jest „V.I. Warshawski”. Tak ma na nazwisko główna bohaterka grana przez Kathleen Turner (po raz drugi na liście), która jest uroczym prywatnym detektywem o polskich korzeniach. Akcja dzieje się w Chicago, więc mamy też Bernarda Grafalka i kilka polskich wzmianek. Ponownie ciekawostka z cyklu: jak to można wykorzystać nasz język. U nas film przetłumaczono na „Detektyw w szpilkach”, co niestety skutecznie zabija ducha oryginału.

Także jako ciekawostkę, aczkolwiek z głębszym przesłaniem, można traktować „Vanishing Point” („Znikający punkt”). Głównym bohaterem tego kultowego filmu drogi z lat 70. jest bowiem Polak, tajemniczy Kowalski (Barry Newman), który reprezentuje tu wolność jednostki. Poza tym panem, Polska tu jednak nie istnieje, dlatego też nie ma o co robić szumu, mimo iż jest to na pewno zastanawiający fakt.

Dalej „X-Men”, który jest przypadkiem dyskusyjnym, albowiem poza początkiem filmu dziejącym się w Auschwitz, o Polsce nie ma zupełnie nic. Czemu więc wymieniam ten film? Ano dlatego, że po pierwsze: w prologu, podczas oddzielania małego Erica od rodziny, słychać kilka polskich zdań, a po drugie zawsze dobrze jest mieć świadomość, że jeden z najpotężniejszych mutantów ma polskie korzenie (choć pewnie bardziej polsko-żydowskie ;). Inna sprawa, że prolog filmu znowu obrazuje nasz kraj, jako miejsce, gdzie dokonywano wszelkich możliwych mordów w czasie wojny. Tak czy siak postanowiłem „X-Men” tu umieścić. Kto wie, może w zapowiadanym projekcie o młodości Magneto, zostanie to rozszerzone?

A tymczasem raz jeszcze Michael Cimino i jego „Year of the Dragon” („Rok Smoka”). W filmie tym Mickey Rourke gra twardego policjanta polskiego pochodzenia (nawet mówi „Dzień dobry”) – Stanleya White'a. Polskiego pochodzenia jest też jego szef (Raymond J. Barry), natomiast sami Polacy jawią się jako bogobojni, ale twardzi ludzie strzegący prawa. Notabene Cimino zawsze pochlebnie wyrażał się o Polakach i – jak widać po tej liście – często obrazuje nas w swoich filmach. Warto też wspomnieć o tym, że scenariusz pisał wraz z Cimino sam Oliver Stone, a także o tym, że Rourke ‘kontakt’ z Polską miał też w filmie „Act of Love”, gdzie grał niejakiego Josepha Cybulkowskiego oraz w „Barfly” („Ćma barowa” – na podstawie prozy Charlesa Bukowskiego), gdzie jego bohater nazywał się Henry Chinaski. Całkiem niedawno zresztą rolę Chinaskiego ‘powtórzył’ Matt Dillon w „Factotum” – filmie w całości opartym na życiu i twórczości Bukowskiego, będącym zarazem swoistym hołdem dla tego pisarza.

I znowuż nieco nowsze kino – w „You Kill Me” („Mokra robota”) głównym bohaterem jest Frank Falenczyk. To oczywiście Polak – kiler polskiej, rodzinnej mafii w Buffalo. W dodatku jest alkoholikiem, tak więc polska wódka leje się strumieniami. Poza nią przewija się parę kiełbas i pierogów, czyli schemat goni schemat. Brzmi więc, jak niezbyt piękny wizerunek naszych, jednak Frank (grany przez Bena Kingsleya, tak! Sir Bena Kingsleya ;) to wbrew pozorom sympatyczny i, co ważne, dobry główny bohater, który okazuje się nad wyraz szczery i honorowy, nie mówiąc już o tym, że towarzyszy mu słodka Téa Leoni (i to bynajmniej nie jako siostra ;). Aha, w pozostałych rolach Philip Baker Hall jako „poczciwy” Roman Krzeminski i niejaki Will Woytowich jako Nate. Czyli ogólnie ważny film w temacie.

Nieco inaczej potraktujemy temat Bonda, Jamesa Bonda. Tu pod lupę weźmiemy całą serię. Tak więc (chronologicznie patrząc) w „Thunderball” („Operacja: Piorun”) występuje polski ekspert nuklearny Wladislav Kutze (grany przez George'a Pravda), który pracuje dla Emilio Largo. W filmie pada nawet zdanie o jednym z polskich uniwersytetów, w którym nasz naukowiec się kształcił. Natomiast w „For Your Eyes Only” („Tylko dla Twoich Oczu”) w finałowej scenie na szczycie góry ląduje helikopter z napisem PZL Świdnik. Z kolei w „The Living Daylights” („Żywe światła dnia” bądź „W Obliczu śmierci”) James Bond używa fałszywego nazwiska – Jerzy Bondon. No i chyba każdy wie, że w „Goldeneye” główną rolę kobiecą (Natalya Fyodorovna Simonova) gra piękna Izabella Scorupco.

I na koniec ciekawa opowieść Celine z „Before Sunset” („Przed zachodem słońca”), która w barze opowiada Jesse'emu o swoim pobycie w Polsce (co aktorka oparła zresztą na własnych doświadczeniach wyniesionych z wizyty w naszym kraju podczas kręcenia „Tragarza Puchu”): Jako nastolatka pojechałam do Warszawy. Był jeszcze reżim komunistyczny, którego wcale nie popieram. Ale w tym pobycie znalazłam coś interesującego. Po paru tygodniach coś się we mnie zmieniło. Miasto było szare i ponure. Ale po jakimś czasie oczyścił się mój umysł. W pamiętniku pisałam o ideach mi dotąd nieznanych... Zajęło mi trochę czasu, zanim połapałam się, dlaczego tak jest. Pewnego dnia spacerowałam po cmentarzu żydowskim. Zdałam sobie sprawę, że ostatnie dwa tygodnie spędziłam z dala od większości swoich nawyków. Telewizja w niezrozumiałym języku, nic do kupienia, żadnych reklam. Więc tylko spacerowałam, myślałam i pisałam. To było jak odpoczynek dla mózgu. Wolność od wartości konsumpcyjnych. Czułam się prawie jak na haju. Wewnętrzny spokój, żadnej potrzeby bycia gdzie indziej. Może na początku było to jak wyrok, ale szybko stało się bardzo pomocne.

Jak więc widać, zestawienie wyszło całkiem luźne, obszerne, choć i tak pewnie niekompletne, bowiem filmów naznaczonych polskością jest znacznie, znacznie więcej. Mam jednak nadzieję, że udało mi się wyłuskać te najlepsze i najważniejsze. Chciałem zresztą podziękować wszystkim, którzy dołożyli (i cały czas dokładają!) do niej coś od siebie – bez tych wszystkich meili, uwag, poprawek i wiadomości, jakie dostaję, z pewnością byłby to znacznie bardziej uboższy tekst.


P.S. Okazuje się, że poza polskimi nazwiskami i przekleństwami, najczęściej używanym motywem jest powiedzonko „Na zdrowie”. A więc Na Zdrowie! I niech Teresa Orlowsky będzie z Wami!!


 
Autor tekstu: MEFISTO [e-mail]
KLUB MIŁOŚNIKÓW FILMU, 30 grudnia 2009
STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY