"A na koniec tej fanfaronady wyskakuje z mej szuflady
Egzystencjalny paw
Cały rękaw wkładam sobie w usta"
PIDŻAMA PORNO, "Egzystencjalny paw"
(Krzysztof "Grabaż" Grabowski)
|
"Ktoś jednak wypuścił pawia. Ktoś radośnie otworzył okno i wywietrzył ten pokój" - Tak poetycko można by podsumować wstępne relacje z tegorocznego gdyńskiego festiwalu. Polskie kino zaczęło w końcu oddychać świeżym, górskim powietrzem. Im dalej w las, tym bardziej okazywało się jednak, że pokój dopiero się wietrzy. Że filmowe okno można otworzyć jeszcze szerzej. Że zanim kinematografia zacznie istnieć samodzielnie, trzeba jeszcze na kilka lat podłączyć ją pod respirator. W latach ubiegłych tym respiratorem były chociażby obrazy "Warszawa", "Zmruż oczy", "Edi", "Dzień świra" czy też ciekawe scenariuszowe pomysły Piotra Wereśniaka. W tym roku okazuje się zaś, że debiutanci, nie dość że odrobili zadaną lekcję, to jeszcze uzbroili się w tak potrzebny dzisiejszemu kinu "autorski styl" oraz aktualne i odważne przesłanie. "Pręgi" i "Wesele" w sposób inteligentny i symboliczny burzą bowiem narodowe mity, a "Vinci" i "Mój Nikifor" szykują grunt pod nowe, polskie kino. Młodzi niosą więc ze sobą nowe perspektywy, starzy zaś zmieniają image i próbują ugruntować swoją pozycję w nowej rzeczywistości. Jednocześnie cztery powyższe filmy zdają się wytyczać szlaki i pokazywać kierunki. Cztery, zupełnie odmienne kierunki kina. Zanim więc wywietrzymy nasz pokój zupełnie, zanim zmienią się festiwalowe proporcje "gniotów i arcydzieł", zanim dokona się pokoleniowa zmiana, przypatrzmy się dokładniej "wywiewanym" i "nowo przybyłym". Przeanalizujmy, co w pokoju już jest, a co ma szansę się w nim pojawić.
Postawmy diagnozę naszej kinematografii!