8 KWIETNIA 2006, WARKA, MUZEUM IM. KAZIMIERZA PUŁASKIEGO
SPOTKANIE Z JERZYM HOFFMANEM I DANIELEM OLBRYCHSKIM
Z OKAZJI 350-LECIA BITWY POD WARKĄ
Życie bywa czasami mocno zaskakujące. Jeden mały epizod pociąga za sobą lawinę zupełnie niespodziewanych wydarzeń. W moim przypadku tym kamyczkiem było wstąpienie do KMF. Ludzie, znajomości, przyjaźnie, spotkania, podróże po dziwnych miejscach (jak Kopiec Kraka o poranku :)), filmy, muzyka, dyskusje, śmiech, słowem życie o jakim maniak filmowy może marzyć. A niedawno nastąpiło ukoronowanie tej serii bardzo fortunnych zdarzeń. Miałem zaszczyt poznać ludzi, odpowiedzialnych za kilka złotych kart w historii polskiej kinematografii - Jerzego Hoffmana i Daniela Olbrychskiego. Lecz samo poznanie to nie wszystko, w końcu wielu z nas miało okazję zobaczyć bądź porozmawiać ze znanymi i podziwianymi ludźmi. Opisywany przypadek był o tyle wyjątkowy, gdyż dotyczył pokazania Mistrzom owocu własnej pracy. Ale po kolei.
|
 |
|
 |
|
Stowarzyszenie Warka i tamtejsze Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego postanowiło zorganizować uroczyste obchody 350. rocznicy Bitwy pod Warką, jednej z najważniejszych potyczek w wojnie polsko-szwedzkiej. Z racji opisania tej bitwy przez Sienkiewicza i sfilmowania jej przez Hoffmana w "Potopie", ukoronowaniem obchodów rocznicowych było spotkanie w salach Muzeum właśnie z Jerzym Hoffmanem i Danielem Olbrychskim. Tematem miała być oczywiście ekranizacja "Potopu", w ciągle żywych wspomnieniach jego najsłynniejszych twórców. Pani Iwona Stefaniak, prowadząca całe przedsięwzięcie, wymyśliła sobie prezentację filmową, stanowiącą montażowy przegląd najsłynniejszych, najbardziej pamiętnych momentów "Potopu". Zwróciła się z tym do działającego na wareckiej niwie kulturalnej Duxa, który znając moje wielokroć wałkowane na klubowych zjazdach teledyski filmowe, nie bez racji stwierdził, że jestem właściwą osobą do zmierzenia się z tą propozycją nie do odrzucenia. Po skontaktowaniu się z Panią Iwoną, z głową trzeszczącą od emocji spędziłem 4 dni na komputerowym montażu trwającego 11'30" teledysku (dla zainteresowanych stroną techniczną - korzystałem z karty video Matrox RTX-100 i programu Adobe Premiere Pro 1.5 :)). Presja była ogromna, nie tylko z powodu zmierzenia się z niesłabnącą legendą polskiego filmu, za jaką "Potop" jest postrzegany przez kolejne pokolenia zachwyconych widzów. Prawdziwym wyzwaniem było stworzenie czegoś, co znalazłoby choć cień uznania w oczach samych twórców tego, było nie było, największego widowiska historycznego w historii polskiej kinematografii. Nie wspomnę o trudnym wyborze ok. 400 ujęć spośród ponad 4-godzinnego, obfitującego w wiele wspaniałych momentów filmu.
|
 |
|
 |
|
8 kwietnia do Warki przyjechali Jerzy Hoffman i Daniel Olbrychski, oklaskiwani przez ponad 80-osobowe audytorium ze starostą powiatu grójeckiego, burmistrzem Warki i przewodniczącą Rady Miasta na czele. Po powitaniu rozpoczęło się spotkanie z twórcami, zainaugurowane moją prezentacją. Z duszą na ramieniu włączałem moje wypociny przed takim audytorium (oraz przed Alieenem, Duxem i jego Patrycją :)), choć wiedziałem że to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zmontowałem. Mając do dyspozycji TAKI film, nie mogło się nie udać. Ale przecież ostateczny werdykt należał wyłącznie do ludzi, którzy kilka lat swego życia spędzili na planie "Potopu", a "Pan Wołodyjowski" oraz "Ogniem i mieczem" to także ich wielkie dzieła. Oni wiedzieli najlepiej. Niesamowite było to, że w tym samym czasie widziałem 27-letniego Daniela Olbrychskiego, który na ekranie rozstawiał Szwedów po kątach, walczył o dobre imię Kmicica i miłość Oleńki, a trzy metry obok siedział ten sam Daniel Olbrychski w wieku lat 61. Dyskretnie obserwowałem ich reakcje. Chyba nie spodziewali się "Potopu" w tak dynamicznie zmontowanej wersji, w której pamiętne dialogi i frazy Zagłoby, Kmicica, Oleńki, Kiemliczów i księcia Radziwiłła, płynnie łączyły się z teledyskowymi sekwencjami akcji, zilustrowanymi wspaniałą muzyką Krzesimira Dębskiego z "Ogniem i mieczem". Już w połowie prezentacji Hoffman nachylił się do Olbrychskiego, mówiąc cicho: "To jest świetne". Po zakończeniu rozległy się gromkie brawa, a Pani Iwona Stefaniak zaprezentowała moją skromną osobę, jako autora. Wtedy, używając języka komentatorów sportowych, sala dosłownie zatrzęsła się od braw. W życiu jeszcze takich nie dostałem. Najgłośniej bił brawo rozentuzjazmowany i najwyraźniej szczęśliwy z takiego montażowego potraktowania jego filmu Jerzy Hoffman, wyrażając swe uznanie także dwoma kciukami w górze. Chwilę później zrobił coś bardzo wzruszającego, mianowicie położył prawą rękę na piersi i po staropolsku ukłonił się w moją stronę, niczym Azja w "Panu Wołodyjowskim". Oniemiałem zupełnie i zdobyłem się tylko na ten sam gest w jego stronę. Gdy brawa ucichły, obaj Mistrzowie zgodnie poprosili o kopie DVD z moją prezentacją.
|
 |
|
 |
|
Następnie Jerzy Hoffman i Daniel Olbrychski rozpoczęli długą i pasjonującą podróż w przeszłość, ciekawie i zabawnie odsłaniając przez publicznością kulisy powstawania "Potopu". Reżyser opowiadał o trudach organizacyjnych, poszukiwaniu plenerów, realizacji wielkich scen batalistycznych na Ukrainie i Białorusi, a także o tym, jak to musiał uzupełniać autentyczne klejnoty jasnogórskie przy pomocy tanich świecidełek z Jablonexu. Wyjaśniał genezę ekranowej bitwy, stanowiącej mariaż dwóch autentycznych bitew pod Warką i Prostkami, którą nazwał "bitwą pod Warko-Prostkami", a używając bardziej dosadnego słownictwa "bitwą pod Pierdziszewem". Tymi bowiem słowami poczęstował Adama Kerstena, historyka i współscenarzystę "Potopu", gdy trwały prace nad scenariuszem i trzeba było zdecydować się na drastyczny kompromis w kwestii rezygnacji z prawdy historycznej na rzecz filmowych realiów produkcyjnych. Daniel Olbrychski odkrywał m.in. techniczne tajniki powstawania słynnej sceny z Kmicicem palonym przez zdrajcę Kuklinowskiego. Bardzo plastycznie prezentował pozę, w jakiej musiał wisieć przez wiele godzin na mrozie, przez co samo palenie kawałka azbestu przyklejonego do jego boku wydawało się całkiem przyjemne. Ze złośliwą satysfakcją nie omieszkał wspomnieć, że grający Kuklinowskiego Arkadiusz Bazak nie miał takiej formy i wytrzymałości, a grymas podczas palenia jego ciała nosił wyraźne znamiona prawdziwego, a nie granego bólu. Wspominał także reakcję samego Kirka Douglasa (z którym na początku lat 70. miał zagrać w jednym filmie, lecz ostatecznie wybrał "Potop") na wieść o burzy rozpętanej wokół nieakceptowanej przez całą Polskę decyzji Hoffmana, dotyczącej powierzenia Olbrychskiemu roli chorążego orszańskiego Andrzeja Kmicica. Reakcja Douglasa brzmiała: "Ciekawy ten Twój kraj - jeszcze nie zagrałeś Kmicica, a już mówią o Twojej roli". Następnie przyszedł czas na pytania publiczności, która szczerze mówąc nie bardzo się do tego kwapiła. Wykorzystując opieszałość wareckiej widowni, zadałem Jerzemu Hoffmanowi aż trzy pytania (z łącznej liczby siedmiu). Nie mogłem się powstrzymać przed pytaniem, dotyczącym ujęcia, które zawsze mnie bardzo bawiło, choć w założeniu śmieszne nie było. Chodziło mianowicie o pierwsze ujęcie bitwy, w którym przez chwilę widać Zagłobę na koniu, czyli Kazimierza Wichniarza, który wyglądał jakby bujał się na koniku na biegunach, stojącym na pokładzie samochodu, z którego ujęcie owo kręcono. Jerzy Hoffman w zasadzie potwierdził moje przypuszczenia, z uśmiechem dodając że aktor nie stał na samochodzie kamerowym, tylko na drugim, jadącym równolegle :)). Zapytałem także reżysera o różnicę w sposobie narracji "Ogniem i mieczem" (teledyskowy montaż, krótkie ujęcia) w stosunku do opowiadanych nieporównanie bardziej statycznie wcześniejszych ekranizacji sienkiewiczowskiej Trylogii. Jerzy Hoffman odparł, że zawsze chciał tak robić filmy, lecz reglamentacja taśmy filmowej za czasów PRL-u wymuszała kręcenie wszystkiego długimi ujęciami, z zaledwie kilkoma dublami. Na więcej po prostu nie było skąpo wydawanego celuloidu. Podkreślił również chwalebną rolę komputerów w obecnym procesie montażu filmów.
|
 |
|
 |
|
Na zakończenie Hoffman i Olbrychski otrzymali od władz samorządowych kilka okolicznościowych wyróżnień, bukiety kwiatów i najlepsze życzenia dalszych owocnych lat współpracy. Z rękami pełnymi dowodów wdzięczności głośno przypomnieli o kopiach mojej prezentacji. "Tegom chciał" - jak powiedział hetman Czarniecki. Podszedłem bliżej, przywitałem się metodą "ręka-ręka", wręczyłem płyty i ze ściśniętym gardłem coś tam wybełkotałem o zaszczycie poznania i docenienia mojej pracy. Podczas tego wyjątkowego bliskiego spotkania rzuciły mi się w oczy pewne różnice między reżyserem i aktorem. Choć obaj uczestniczyli już w zapewne setkach tego typu imprez, Daniel Olbrychski z wprawą i elegancją zawodowca snuł swe wspomnienia. Lecz jego spokój i opanowanie silnie kontrastowały ze szczerym entuzjazmem Jerzego Hoffmana, który był znacznie bardziej emocjonalnie otwarty od swego przyjaciela. Szczególnie wyraźnie zobaczyłem to podczas krótkiej rozmowy z reżyserem, który z wylewnością i niemal ojcowskim ciepłem podszedł do mojej, nic przecież nie znaczącej wobec jego osiągnięć osoby. Wielki reżyser wielkich filmów, a przy tym człowiek wielkiego serca. Coś wspaniałego. Oczywiście nie mogłem przegapić okazji do zrobienia sobie zdjęć z Mistrzami (choć tak naprawdę fotki pstrykali Alieen i Dux). Potem Dux gdzieś się schował, a Alieen wreszcie doszedł do wniosku, że też wypadałoby sobie strzelić pamiątkowe zdjęcia, co niezwłocznie uczynił, górując znacznie nad Hoffmanem, oczywiście tylko wzrostem :)). Po opuszczeniu sali Muzeum przez sławnych gości, odebrałem jeszcze szereg gratulacji od mieszkańców Warki. Niektórzy byli mocno zaskoczeni faktem, że tak profesjonalną prezentację wykonał nieznany człowiek z drugiego końca Polski. Ich miny zdradzały podejrzenie, że pracuję co najmniej w TVP. To było bardzo fajne uczucie :)).
|
 |
|
 |
|
Pracując w raciborskiej telewizji, wielokrotnie miałem okazję zobaczyć z bliska sławnych polskich artystów. Lecz żadne z nich nie umywa się do wareckiego spotkania z Jerzym Hoffmanem i Danielem Olbrychskim. Świadomość poznania legend polskiego kina, odpowiedzialnych za ekranową kreację wspaniałych sienkiewiczowskich światów i barwnych postaci czasów Polski szlacheckiej, pozostanie we mnie na bardzo długo. Nawet jeśli w przyszłości trafią się kolejne, nie będą miały tego smaczku nowości, tym bardziej że uwaga Mistrzów była przez chwilę skierowana w moją stronę. Przeżyłem swoje małe pięć minut w obecności ludzi, których pracę szczerze podziwiałem od wielu lat. Oby kiedyś z tych krótkich okruchów zebrała się pełna doba.
Z całego serca dziękuję:
Pani Iwonie Stefaniak za zorganizowanie tego spotkania
Duxowi za nieocenioną pomoc
oraz Alieenowi i Patrycji za wspólne chwile w Warce i pociągu :)
 |
|
Autor relacji: Adrian Szczypiński - ADI
|
Klub Miłośników Filmu, 15 kwietnia 2006 |