Wiele hałasu o nic.
W ciągu kilku ostatnich lat utarło się przekonanie, że każdy następny film, który Woody Allen nakręci w Londynie, będzie złym filmem. Do tej pory stwierdzenie Londyn + Allen = zły film wydawało mi się idiotyczne i naciągane. Reżyser najwyraźniej też niczego sobie nie robił z tych, jakże naiwnych przesądów. W końcu, do czterech razy sztuka, prawda? "Poznasz przystojnego bruneta" pokazuje, że może jednak powinien coś z tym zrobić, bo najwyraźniej coś jest nie tak. Może to jakiś urok? Może warto jednak poradzić się wróżki?
Piszę o tym w ten sposób, bo właśnie wróżka i jej przepowiednie to czynnik sprawczy działań bohaterów nowego filmu Woody'ego Allena. Prawie jak u Szekspira. Od Szekspira pożyczony jest też cytat otwierający film: Życie jest tylko wrzaskliwą opowieścią bez znaczenia - mówi narrator. Przykro to pisać, ale opowieścią bez znaczenia jest też "Poznasz przystojnego bruneta". To nawet nie jest zły film. To film nijaki. I rzeczywiście - bez znaczenia.
Fabuła koncentruje się na perypetiach pewnej rodziny. Właściwie dwóch rodzin. Obie znajdują się w kryzysie. Alfie i Helen już się rozwiedli. Związek Sally i Roya jest na najlepszej drodze do rozwodu. Alfie przeżywa trzecią młodość, inwestując w solarium, siłownię i kosztowną, nową żonę. Helen chwyta się brzytwy inwestując we wróżkę, która za pomocą swojego trzeciego oka widzi dla niej świetlaną przyszłość. Córka Helen, Sally zajęta pracą w galerii i namawianiem męża na dziecko, bagatelizuje dziwactwa matki, i wreszcie mąż Sally, niespełniony pisarz, który szuka natchnienia w romansie z sąsiadką. I tak dalej i tak dalej. Jak sam Szekspir napisał przy innej okazji: wiele hałasu o nic.
Największy problem filmu "Poznasz przystojnego bruneta" tkwi chyba w tym, że cała ta obyczajówka w ogóle nie jest w stanie zainteresować widza. Co więcej, nie sposób pozbyć się wrażenia, że sami bohaterowie też nie są przesadnie zainteresowani tym, co robią. Pałętają się to tu, to tam, prowadzą jałowe rozmowy, zupełnie nie angażując się w to, co się dzieje. Jeden przykład: Sally chce mieć dziecko z Royem. Moglibyśmy wywnioskować stąd, że jej zależy. A gdzież tam. Roy zaczyna romans, a Sally? Sally zupełnie to ignoruje. Nagle przestaje jej zależeć?
Refleksje, jakie nasuwają się po obejrzeniu najnowszego filmu Allena można streścić w jednym zdaniu. Pytaniu: co właściwie autor miał na myśli? Chodzi o to, że nic się nie zmienia, że wszystko zostaje takie same. Jeśli tak, to ten "nowy" film wcale nie był potrzebny. I wcale nie jest "nowy". Już od kilku lat widzimy bowiem, że nic się nie zmienia. Każdy kolejny film Allena to wariacja na ten sam temat: perypetie uczuciowe intelektualistów w najczęściej średnim i mocno średnim wieku. Słyszeliśmy już takie dialogi, znamy te gagi. Czwarty raz oglądamy taki sam Londyn, zachwycamy się podobnymi zdjęciami i podobną muzyką. To, że pomysł i formuła kiedyś były dobre, nie znaczy jeszcze, że formuła nie może się wyczerpać. Właśnie się wyczerpała. I już zupełnie nie bawi. W ten sposób film został pozbawiony swojego potencjalnie największego atutu - allenowskiego poczucia humoru. Kiepskiego filmu nie są w stanie uratować ani Anthony Hopkins (Alfie) ani Josh Brolin (Roy). O Banderasie czy Pinto nie ma właściwie potrzeby wspominać - w głównych rolach występują tylko na plakacie. Zupełnie nieprzekonywująca jest Naomii Watts jako Sally (patrz wyżej). Najlepiej wypada chyba Gemma Jones w roli Heleny, ale też nie ukrywajmy - tylko ona ma coś do zagrania.
Przemysłowe tempo, w jakim Woody Allen tworzy swoje kolejne filmy przypomina mi działalność Rubensa. Allen to taki filmowy Rubens. Tyle, że za przemysłową produkcję obrazów tego ostatniego odpowiadali jego uczniowie. Sam Rubens nadawał im tylko charakterystyczną, własną sygnaturę, dzięki której były rozpoznawalne jako rubensy i w rezultacie sprzedawane za ogromne pieniądze. Jeszcze kilka takich filmów i uwierzę, że dla Allena też pracują filmowi ghost-writerzy. Ale w sumie to ok - w końcu on już nic nie musi. Gdyby jakikolwiek inny reżyser nakręcił "Poznasz przystojnego bruneta" pewnie pisałabym, że poszło mu całkiem nieźle, a gdyby ten film nakręcił jakikolwiek polski reżyser byłabym pewnie zachwycona. A że nakręcił to Woody Allen? No cóż, jak sam mawia - starość to paskudny wiek, ale ma swoje plusy - wiele można mu wybaczyć.
5\10
Poznasz przystojnego bruneta
You Will Meet a Tall Dark Stranger
reżyseria - Woody Allen
scenariusz - Woody Allen
zdjęcia - Vilmos Zsigmond
montaż - Alisa Lepselter
czas projekcji - 98 minut
wystąpili:
Anthony Hopkins (Alfie Shebritch)
Naomi Watts (Sally Channing)
Antonio Banderas (Greg)
Freida Pinto (Dia)
Josh Brolin (Roy Channing)
Gemma Jones (Helena Shebritch)
Lucy Punch (Charmaine)
Pauline Collins (Cristal Delgiorno)
Anna Friel (Iris)
Autor recenzji: Anna Dranikowska - ANA | Klub Miłośników Filmu, 22 marca 2011
Strona główna | Recenzje KMF| Napisz do autora | Forum