Gdzieś, z dala od cywilizacji, pośród mazurskich pejzaży, nad jeziorem... stoi duży, "zbyt akustyczny" dom. Mieszka tam matka wraz z trzema córkami: Basią, Wandą i Martą. Do jednej z nich, Wandy, przyjeżdża w nocy narzeczony - Adrian Snaut. Z jego przybyciem, atmosfera w domu gęstnieje, narasta - jeśli można się tak wyrazić. Swoją osobą, a dokładniej swoimi słowami, rozmowami z innymi, a praktycznie tylko z kobietami (bo w domu mieszka jeszcze Tadeusz - mąż Marty i mała córeczka Basi) wzbudza nie tyle, co kontrowersje, ile burzy moralny, "domowy" spokój ciszy rodzinnej. Jednakże ciężko byłoby nazwać tą historię "jedynie" dramatem rodzinnym, a to ze względu na temat jaki nieustannie jest poruszany: seks, miłość w najczystszej, "fizycznej", postaci- mówiąc ironicznie. Budzi się w każdej z tych osób swego rodzaju demon, rodzący perwersje, uruchamiający "najczystszą" agresje, wstręt, nienawiść, nawet do własnej siostry. Popęd seksualny zdaje się być głównym bohaterem...(obok kobiet).
W drugim filmie Łukasza Barczyka (pierwszy to "Marysiu patrzę na ciebie") widać wyraźne wpływy twórczości Ingmara Bergama, po pierwsze. Analizując oba jego filmy można zauważyć, iż (specjalnie bądź nie specjalnie) głównym przedmiotem jego obserwacji są kobiety. Obok ich niezwykłych cech zewnętrznych (czytaj: piękno; uroda), do "konkurencji" stają cechy wewnętrzne (czytaj: charakter, psychika). Stajemy się w tym momencie świadkami ścierania się dwóch obrazów, dwóch różnych płaszczyzn, dwóch rysopisów tej samej osoby. Po drugie, Barczyk prowadzi wnikliwą inwigilację ich codziennych zachowań, interakcji między nimi, lecz nie na zasadzie "eksperymentu laboratoryjnego", a czystej, niczym nie zmąconej ciekawości "świata płci pięknej". Można dostrzec, zobaczyć w tym swego rodzaju uwznioślanie, gloryfikacje płci przeciwnej, lecz nie na zasadzie "miss mokrego podkoszulka" ani bałwochwalczej pochwały, a zwykłego, normalnego uznania.
Jest to film niezwykły jak na polskie warunki, wręcz zaskakujący. Cały czas mnie dziwi, lepiej, zastanawia: jaki cudem Barczykowi udało się przy tak niskich nakładach, nakręcić film tak dobry, sugestywny, a nawet perfekcyjny, bym rzekł, w tym wydaniu "kubrickowym"? Nie ukrywając, jest on przecież nadal, jeśli nie debiutantem, to "zielonym" w środowisku filmowym, gdzie jego status, pozycja jest wciąż na tyle mała, nikła/wciąż wzbudza niepewność, zwątpienie w sponsorach, względem sponsoringu jego filmu??? Z pewnością jednak zmieni się to w najbliższej przyszłości, patrząc na drogę zwycięstw, jaką przeszedł po europejskich festiwalach. "Przemiany" emanują, wręcz "zieją" świeżością, nową stylistyką, formą, nawet pośród filmów tych "debiutantów" pokolenia Barczyka. Patrząc na "Warszawę" Gajewskiego czy "Zmruż oczy" Jakimowskiego mamy nieodparte wrażenie "świeżego spojrzenia" na świat, na nasze pokolenie, realia. Stają się tym "głębokim oddechem" dla polskiej kinematografii, przeżywającej ostatnimi czasy wielką zapaść twórczą, zaś "Przemiany" starają się ją wprowadzić na nowe tory, wskazując nową drogę, a na pewno, chociażby, tylko ścieżkę.
Nowy film Barczyka to swego rodzaju fenomen, a raczej "otrzeźwienie" dla nas, dla naszego życia. Swą wielowymiarowością wskazuje różne kierunki interpretacji, prawd odnośnie zwykłej - fizycznej - egzystencji, bez zbędnych upiększeń, szczerze bolesnych; prawd, które już istnieją, lecz podane, zaprezentowane w nowej sugestywno - skondensowanej formie. "Przemiany" to przede wszystkim, zarówno dosłownie jak i w przenośni, 90-minutowy seans psychoanalizy (a mówiąc dokładniej: poznaniu struktury osobowości człowieka), gdzie spełnione zostają trzy najważniejsze warunki: 1) działanie człowieka wyznaczone jest przez popędy: w tym przypadku - seks. Tłumienie go powoduje wiele zahamowań agresywnych i nerwowych, czego efektem są nieporozumienia nie tylko między siostrami, lecz także w kontaktach z matką. Powstają nerwice, urojenia, lęki paranoidalne, a nawet wstręt, czysta nienawiść względem mężczyzn, co jest widoczna zwłaszcza w rozmowach Snauta z matką lub Basią. Z kolei to jego przyjazd powoduje, iż 2) kobiety zaczynają między sobą rozmawiać. Rozmowa-konwersacja to taki "drugi fundament" psychoanalizy, prowadzący do wyjaśnienia wszelkich sporów, spraw "zapalnych", ostatecznie - pogodzeniu się, wyzwoleniu z wszelkich "narosłych psychicznie" fobii. Jednakże one kłócą się miedzy sobą, a dokładniej rzucają "prosto w twarz" brutalne prawdy, tajemnice wyciągnięte z intymności życia rodzinnego. Efektem tego staje się 3) stopniowe zrzucanie odpowiedzialności za własne decyzje na innych, obwinianie ich za własne porażki, błędy życiowe; ułudne zdobywanie (fry)wolności na sumieniu, od sumienia. A kluczową zdaje się być scena kiedy Wanda wyznaje Marcie, iż to jej mąż (Tadeusz) zrobił dziecko Basi. Ona, jako jedyna nie wiedząca o tym, poznaje powód "oschłości w łózku" jego męża. Sama znajduje ukojenie, a raczej spełnienie seksualne w ramionach Snauta - narzeczonego Wandy. Paradoks? Błędne koło? Raczej nie, czysta natura człowieka, o czym mogliśmy się już przekonać dużo wcześniej, choćby w filmie (przywołanego już wcześniej) Stanleya Kubricka - "Oczy szeroko zamknięte". Dzieło, sklasyfikowane jako "dramat erotyczny", wystawia na próbę małżeństwo, kiedy to żona opowiada mężowi, iż "pragnęła" go kiedyś zdradzić, z pewnym przystojnym marynarzem. Wyznanie to, staje się na tyle silnym impulsem, iż wyrusza ON na nocną odyseję po mieście, szukając sposobów by się zemścić. Ujawnia to niezwykle wielką siłę destrukcyjną, jaką dysponuje, a raczej powoduje popęd seksualny. Kilka słów wystarczy, by chcieć rozbić małżeństwo, przekreślić kilka, kilkanaście lat życia z ukochaną, wydawałoby się, osobą. W filmie Barczyka ma to jeszcze silniejsze odbicie, bo kiedy przyjeżdża do domu rodzinnego swojej narzeczonej Snaut, samiec, wolny samiec (w przeciwieństwie do Tadeusza), we wszystkich kobietach jakby na nowo budzą się pragnienia, odzywa się popęd. A patrząc na "lawirującego" między nimi Snauta, który na początku wybierając Wandę, by ostatecznie związać się z Martą, rozrywając więzi rodzinne na strzępy, można jedynie podziwiać, jak dużą władzę nad nami ma seks, wspólny czynnik dla wszystkich ludzi, sprawca tych realnych, fizycznych, jak i tytułowych "Przemian".
Patrząc na film ze strony technicznej, przede wszystkim należy się ukłon w stronę aktorek, które wcieliły się, wręcz "wgryzły" w role córek, będących jakby trzema różnymi wizerunkami kobiety w obecnych czasach. Basia (Aleksandra Konieczna) - porzucona przez męża, samotnie wychowująca córkę matka; Wanda (Katarzyna Herman) - w stanie wolnym, acz mająca już narzeczonego; Marta (Maja Ostaszewska) - mężatka, acz "zaniedbywana w łóżku", zdradzana przez męża. Duże brawa i uznanie należą się również reżyserowi, który potrafił tak staranie i dokładnie nakreślić, a wręcz wyrzeźbić, tak autentyczne sylwetki swych bohaterek. Tym bardziej, iż film tak mocno "nasiąkniety", a raczej "przesiąknięty" erotyzmem, nie mógł uniknąć scen "aktów miłosnych". Jednakże tutaj seks został kompletnie odarty z wszelkich poetyckich określeń, skojarzeń jakie zazwyczaj budził. Barczyk ukazuje jego najbardziej "wulgarną" odmianę, określanych przez samych bohaterów mianem "pierdolenia", nastawionego wyłącznie na wydobycie tych fizycznych, ludzkich, cielesnych cech popędu seksualnego. Wiem, iż słowo to może zostać uznane za niepotrzebne, zbyteczne, rodząc jedynie puste kontrowersje wokół tego tematu. Jednakże, moim zdaniem, NIE MOGŁO go zabraknąć w filmie (jak i jego recenzji), który ostrzega nas przed innymi, a jednocześnie innych - przed Nami...
 |
PRZEMIANY
Rok produkcji: 2003, Polska
Czas trwania: 90 min.
Reżyseria: Łukasz Barczyk
Scenariusz: Łukasz Barczyk
Zdjęcia: Karina Kleszczewska
Montaż: Bogusława Furga
Produkcja: Jędrzej Sabliński
Scenografia: Magdalena Maciejewska
Kostiumy: Magdalena Maciejewska
Muzyka: Ryszard Tymon Tymański,
Piotr Pawlak
Występują:
Maja Ostaszewska (jako Marta)
Katarzyna Herman (jako Wanda)
Aleksandra Konieczna (jako Basia)
Wojciech Kalarus (jako Tadeusz)
Jacek Poniedziałek (jako Snaut)
|
|
Autor recenzji: Łukasz Anioł - DR STRANGELOVE
|