Strona główna KMF


Przetrzymać ten film...


Problemy miłosne frapowały kino od początków jego istnienia. Bo i czemu tu się dziwić, wszak słowo "miłość", to swoista furtka dla scenarzystów - furtka, która prowadzi dokąd tylko zechcą. Odmian miłości jest wiele: heroiczna, tragiczna, namiętna, obsesyjna, niemożliwa, tajemnicza, fałszywa, zła, z obowiązku, poświęcenia, dla seksu, itd. Większość filmów które oglądamy przynajmniej w jakimś stopniu zahacza o temat miłości, jakże ludzki i jednocześnie jakże tajemniczy. Bo nie ma bardziej niezrozumiałego procesu/tematu/słowa jak "miłość" właśnie. Tak naprawdę mało o niej wiemy, a przecież popycha do działań, o których wcześniej się nie śniło. Dlatego też wyprowadzonych zostało wiele podejść do tego jakże trudnego emocjonalnie tematu. I tak np. są tacy, co wierzą w miłość romantyczną, zakochanie się od pierwszego wejrzenia, miłość pełną pasji i namiętności; taką trochę bajkową, która się nigdy nie kończy. A są także tacy, którzy twierdzą, że to jedynie proces chemiczny, który poprzez feromony prowadzi do prokreacji, a później do wytrzymywania ze sobą aż do śmierci. Kto ma rację? Każdy a zarazem nikt, ale to już temat na osobny artykuł. Dość powiedzieć, że główny bohater filmu "Enduring Love" - Joe - należy do tej drugiej grupy osób. Jest profesorem uniwersyteckim (a przynajmniej na to wygląda), który uparcie wpaja swoim studentom teorię, że miłość to iluzja, to nic innego jak biologiczny wybieg mateczki natury, który ma doprowadzić do stosunku. Poza tym przechodzi niejako kryzys wieku średniego i zaczyna się zastanawiać nad sensem tego całego swojego gadania na zajęciach. Chciałby czegoś dokonać, przełożyć słowa na jakąś akcję, lecz nie ma za bardzo ku temu sposobności.




Jednakże pewnego słonecznego dnia coś się zmienia. Ten antyromantyk urządza sobie piknik z Claire - swoją dziewczyną. Sielankę przerywa spadający balon, którego właściciel wypada na ziemię, zostawiając w środku spanikowanego syna. Joe wraz z kilkoma innymi facetami znajdującymi się akurat w pobliżu, rzucają się do pomocy i gdy już się wydaje, że sytuacja została opanowana, nadciąga ogromny wiatr porywając balon w przestworza. Rozpaczliwa pogoń nie przynosi żadnego rezultatu, doprowadza jednak do tragedii - jeden z nich nie poddał się do końca i kiedy reszta już puściła, poleciał z balonem ile się dało, po czym musiał się puścić i spadł z ogromnej wysokości, ponosząc natychmiastową śmierć. Balon z chłopakiem wylądował bezpiecznie 5 mil dalej... Tak, pierwsze minuty filmu zapowiadają całkiem niezłe kino, lecz z biegiem czasu całość zaczyna przypominać właśnie tego spadającego faceta, który nieubłaganie zbliża się do niezbyt ciekawego końca. A dzieje się tak dlatego, ponieważ reżyser Roger Michell ("Notting Hill", "Changing Lanes") sam za bardzo nie wie co zrobić z materiałem, który dostał. Miota się chcąc nadać sens i znaczenie dziesiątkom pustych fraz, które w filmie umieścił. Z ust głównego bohatera co chwilę słyszymy tę jego teorię, powtarzaną niczym niezdrowa mantra, w którą sam do końca nie wierzy. Wydaje się w sumie, że chyba w niewiele wierzy - snuje się po ekranie gadając i narzekając. Zaczyna wspominać tragedię i dociekać czy mógł zrobić coś więcej, czy tamten musiał zginąć, lecz nie za bardzo wiadomo czy to z powodów wyrzutów sumienia, czy po prostu urażonej ambicji. O głównym bohaterze, w przeciągu całego filmu, możemy się dowiedzieć jedynie tyle, że jest kompletnym idiotą, który sam do końca nie wie co robi. W każdym razie ta jego rodząca się obsesja zaczyna się przerzucać na kłótnie z kumplami, utarczki z dziewczyną, itd. Bo reżyser - tak jak i główny bohater - chce wierzyć chyba w to, że miłość to iluzja, która zawładnęła umysłami ludzkimi. Chyba, bo można jedynie zgadywać o co chodzi pośród chaosu i bezsensu. Szczególnie wątek dziewczyny jest poprowadzony dosyć bezsensownie (choć wg reżysera dwuznacznie) - miota się ta biedna Claire niesamowicie, a na końcu i tak nie wiadomo - kocha czy nie kocha... Gdyż to jednak jest film o miłości, a opisane wyżej zawiązanie akcji filmu stanowi jedynie pretekst do ukazania tego, co film chce ukazać. Problem w tym, że nie za bardzo wiem, co to tak naprawdę miało być. Bo obraz Michella czepia się wielu opcji, zawsze jednak sprowadzając je do tej jednej jedynej, uniwersalnej. Mamy więc obsesję tak głównego bohatera jak i napastującego go osobnika, który także uczestniczył w "tragedii balonowej". Mamy także pseudo-religijne motywy odkupienia oraz przebaczenia. Mamy w końcu dość egzystencjalne gadki głównego bohatera, który twierdzi, że nie tylko miłość, ale wszystko jest iluzją, życie nie ma sensu, a my jesteśmy tylko głupimi organizmami, którymi rządzi biologia. Materiał na kilka filmów; wrzucony i wymieszany w jednym worku, zatraca wszelkie atrybuty.




I jeszcze raz powtórzę, że półtorej godziny taśmy filmowej nie wystarczyło, aby pokazać cokolwiek więcej poza czczą gadaniną przepełnioną pustymi frazesami i truizmami, oraz nieciekawą tragedią. Zdaje się, że zamysł reżysera taki właśnie mógł być - pokazać bezsens jakiegokolwiek analizowania podanych na tacy tematów - ponieważ na końcu pan Michell zatacza swoistą pętlę. W zasadzie nic się nie zmieniło. Bohaterowie nie wynieśli żadnej nauczki, nie wyciągnęli żadnych wniosków. Pytanie więc, po co pokazywać to wszystko co zostało pokazane, skoro ani żadna teza wysnuta przez reżysera nie znajduje u niego wystarczającego ujścia, ani my nie wychodzimy z kina jakoś zabawieni, czy z refleksją na ustach - po prostu obojętni. Jest pewna scena w filmie, gdzie główny bohater dostaje do rąk malutkie dziecko i nie wie za bardzo co z nim zrobić - zaczyna się do niego głupio uśmiechać i gaworzyć, na co dziecko zaczyna się śmiać. Joe jest z siebie dumny, że udało mu się dzieciaczka rozbawić, natomiast jego matka z brutalną szczerością mówi mu, że mały po prostu jest głodny. I nie mogę się oprzeć pokusie sprowadzenia całego filmu do tej właśnie sceny, bo przez cały seans Michell do mnie coś mówił, zabawiał obrazami i nie do końca ciekawą treścią, by na końcu zrozumieć, że wyszło mu to co najmniej średnio, że tak naprawdę słabo mu to zabawianie wyszło i ratować skórę kombinowaną końcówką. Różnica polega na tym, że nie jestem małym brzdącem, oraz na tym, że zamiast uśmiechu na mojej twarzy gościł wyraz niedowierzania. I tak jak bohaterowie zostają wystawiani na "próbę miłości", tak my widzowie zostajemy wystawiani na próbę wytrzymałości. Kto ją przetrzyma, może spokojnie nazwać się filmowym masochistą.




Dawno nie oziewałem się tyle na filmie, który bądź co bądź z założenia jest przejmującym thrillerem. I to wina nie tylko reżysera, ale także średnich występów aktorskich oraz (uwaga, eufemizm) dosyć nieudanej warstwy technicznej. Operator chyba dostał wolną rękę, gdyż bawi się kamerą niemiłosiernie, co chwilę przybliżając, co chwilę oddalając obraz, lub kręcąc z ręki, tudzież zza głowy aktora. Miało to chyba sugerować odpowiednio emocje i dystans do świata głównego bohatera. Niestety, wraz z chaotycznym montażem, który pewnie w założeniu miał oznajmiać emocjonalną rozterkę, niesamowicie to wszystko irytuje i ostatecznie nie pozwala się całkowicie skoncentrować na tym co się dzieje (chociaż może to i dobrze...). Niestety z obiecującego materiału wyszedł film bez polotu, bez jakiegoś pomysłu, nudny po prostu. Zawiodła obsada, zawiodła realizacja, zawiodły wszystkie tezy z lubością stawiane przez reżysera - a to, że każdy jest samolubem jeśli chodzi o miłość, a to, że nigdy drugiej osoby nie pozna się do końca. Pozostało jedynie jakieś mgliste wspomnienie, że to chyba było o miłości. Chyba, bo miłości przedstawionej w stylu Michella jeszcze nie znałem. Może rodzi się nowa kategoria? Reżyser, jak reszta gatunku ludzkiego, nie do końca rozumie o co w tej miłości chodzi i to można mu jak najbardziej wybaczyć, jednakże wybaczyć nie można bełkotliwego pseudothrillera (?), który zaserwował pod nazwą "Enduring Love".


Na koniec pozostaje jeszcze jedna, mała, choć myślę, że ważna kwestia. Dlaczego dystrybutorzy po raz n-ty wprowadzają do polskich kin kolejny średni film, który swoją premierę miał kilka lat wcześniej (w tym przypadku dwa), zamiast zapłacić trochę więcej i dostać coś nowego i przede wszystkim dobrego? Mało za oceanem produkcji, które są chwalone tak przez krytyków jak i widzów, a które nigdy do polskich kin nie zawitały? Mało w samej Europie filmów, które trzymają o wiele wyższy poziom od brytyjskiego przeciętniaka? A kino azjatyckie zdobywające coraz to większą popularność? Odpowiedź jest oczywiście łatwa do przewidzenia: lepiej wygrzebać zakurzony obraz z facetem, który niedługo będzie promował najnowszego Bonda - ludzie z ciekawości powinni pójść...





Tytuł oryginalny: Enduring Love
Rok produkcji: 2004
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 100 minut

Reżyseria: Roger Michell
Scenariusz: Joe Penhall
Na podstawie powieści: Ian McEwan
Zdjęcia: Haris Zambarloukos
Muzyka: Jeremy Sams

Obsada:
Daniel Craig   .....Joe
Samantha Morton   .....Claire
Rhys Ifans   .....Jed
Bill Nighy   .....Robin
Susan Lynch   .....Rachel


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Dariusz Kuźma - BEOWULF
Klub Miłośników Filmu
21.09.2006