PAUL HAGGIS ZMIENIA TONACJĘ
Do kina chodzi się zwykle "na aktora", rzadziej "na reżysera", jeszcze rzadziej "na operatora lub kompozytora". "Na scenarzystę" nie chodzi się nigdy. Scenarzystami pogardził już hollywoodzki "star system" we wczesnych latach trzydziestych, przesuwając ich raz na zawsze na drugą, mniej medialną stronę kamery. Stało się tak jednak nie bez kozery. Scenariusz w systemie hollywoodzkim jest jedynie półproduktem - podlega korektom, cięciom i uproszczeniom, przeprowadzanym często bez błogosławieństwa, czy nawet wiedzy autora. Scenarzysta zaś im bogatszy jest w doświadczenie, tym bardziej pokorny staje się wobec hord producentów nadzorujących i producentów wykonawczych, reprezentujących wytwórnię. Pisze nie o tym, o czym pisać chce, ale o tym, za co mu zapłacą. Pisze nie tak, jak lubi, ale tak, jak oczekują producenci. Innymi słowy - o żadnym autorstwie w systemie producenckim nie może być mowy. Jednak kultura na każdy mit odpowiada antymitem - i Ameryka prędzej czy później musiała wyhodować sobie pupilka. Paul Haggis - scenarzysta filmów "Za wszelką cenę" i "Miasto gniewu", stał się pierwszym w historii kina twórcą, który dwa razy z rzędu zgarnął Oscara za scenariusz. Dlatego idąc do kina na "Przyjaciół", warto pójść nie na Zacha Braffa (gwiazda!), czy Tony'ego Goldwyna (reżyser!), ale właśnie na Haggisa. Szczególnie, że najbardziej ceniony scenarzysta Hollywoodu zupełnie zmienił stylistykę...
Już na pierwszy rzut oka widać, że Paul Haggis, który do tej pory strzelał raczej z ciężkich armat, postanowił na chwilę zmienić kaliber. W "Za wszelką cenę" ("Million dollar baby") efektownie stawiał znak zapytania obok pojęcia uniwersalnej moralności. W "Mieście gniewu" ("Crash") z dydaktycznym zacięciem walczył z rasistą, czyhającym z nożem za amerykańską flagą. W "Przyjaciołach" ("The last kiss" - tytuły Haggisa są chyba zbyt wyrafinowane dla polskich dystrybutorów) dokonuje zaś dekonstrukcji popkulturowego modelu miłości. I mimo że Haggis w dalszym ciągu porusza się w sferze problemów o podobnej doniosłości, to jednak tym razem rezygnuje z charakterystycznej dla siebie, nie znającej półtonów dramaturgii. Bohaterowie nie stają tu już, jak to wcześniej bywało - przed wyborem życia lub śmierci, dobra lub zła. Haggis konstruuje swą historię z nieco lżejszych opozycji. Na jednej szali stawia odpowiedzialność, intymność i wzajemne zobowiązania, na drugiej kładzie wolność, strach i potrzebę indywidualności. Następnie zaś zwalnia blokadę - jednym ruchem odbezpiecza wagę i obserwuje, co wydarzy się dalej...
Haggis lekko i kokieteryjnie opowiada w "Przyjaciołach" kilka historii połączonych wspólnym mianownikiem - każda z nich jest zapisem żmudnej walki o utrzymanie związku. Kryzysy, kłótnie, zwątpienia, zerwania i powroty - wszystko to podane jest tu w sosie delikatnej ironii i okraszone szczyptą humoru sytuacyjnego. Wydawać by się mogło, że otrzymujemy zestaw bardzo dobrze znany - nie pierwsza to wszak i nie ostatnia grupa niedojrzałych trzydziestolatków, która na srebrnym ekranie próbuje bezskutecznie uciec przed stabilizacją i odpowiedzialnością. Jednak Paul Haggis nie dostałby dwóch Oscarów, gdyby ograniczał się jedynie do wprawnego kopiowania konwencji. "Przyjaciele" idą więc krok dalej. Miłość jest tu konsekwentnie odzierana z romantycznej otoczki. Pięknie brzmiące słowa, romantyczne kolacje i obietnice wierności aż po grób, z minuty na minutę tracą na wartości. Haggis kwestionuje wszak siłę sprawczą słów. Nad słowa - rozmaite obietnice i zapewnienia, przedkłada idące za nimi decyzje i zachowania. Po czynach ich poznacie - ta oczywista zdawałaby się konstatacja nie wydaje się jednak tak oczywista we współczesnej popkulturze. Kino głównego nurtu, serial obyczajowy i opera mydlana posługują się wszak zupełnie innymi konstruktami miłości. To właśnie "słowo" staje się w popkulturze jedynym wyznacznikiem wielkiego, romantycznego uczucia. To pusty, lecz efektowny gest konstytuuje w kinie głównego nurtu związek dwóch osób. I trudno oprzeć się wrażeniu, że pisząc "Przyjaciół", Paul Haggis właśnie takiej manierze prezentowania uczuć na ekranie próbował dać odpór. I zrobił to w swoim stylu - konsekwentnie i wyraziście, ze zgrabną puentą w finale. Wydaje się jednak, że Mistrza Scenariusza stać było na więcej.
Dlaczego nowy film Haggisa mimo wszystko rozczarowuje jego wiernych fanów? Winni mogą być mało charakterystyczni, w większości nieznani aktorzy. Winny może być także reżyser, któremu najwyraźniej zabrakło jasnej i oryginalnej koncepcji filmu. A może po prostu Paul Haggis minął się tym razem z oczekiwaniami widowni? Mam wrażenie, że autor, który z taką zaciętością rozprawiał o sprawiedliwości, Bogu, śmierci, nienawiści, tolerancji, grzechu, zbrodni i karze, pisząc "Przyjaciół", niepotrzebnie opuścił krąg swych - jakby nie było - Wielkich Tematów. Kino amerykańskie pełne jest przecież opowieści o młodych, samotnych i sfrustrowanych jednostkach w starciu z życiem. Natomiast historie zadające widzom pytania bardziej podstawowe - filmy, które wykraczają swą tematyką poza sferę problemów codzienności, można policzyć na palcach jednej ręki. Ale skoro i tak na powtórkę z "Million dollar baby" przyjdzie nam jeszcze poczekać, nie zaszkodzi zapoznać się z Paulem Haggisem także w takiej, nieoczekiwanej odsłonie.
Ocena: 4/6
 |
PRZYJACIELE
Tytuł oryginalny: The Last Kiss
Rok produkcji: 2006
Kraj: USA
Czas trwania: 104 minuty
Reżyseria: Tony Goldwyn
Scenariusz: Paul Haggis
Zdjęcia: Tom Stern
Muzyka: Michael Penn
Obsada:
| Zach Braff | .....Michael |
| Jacinda Barrett | .....Jenna |
| Casey Affleck | .....Chris |
| Rachel Bilson | .....Kim |
| Michael Weston | .....Izzy |
| Eric Christian Olsen | .....Kenny |
| Marley Shelton | .....Arianna |
|
 |
 |
Autor recenzji: Jacek Kozłowski - SENK |
Klub Miłośników Filmu 15.11.2006 |
|