Kiedy Zhang Yimou - człowiek, który na początku lat dziewięćdziesiątych zwrócił na chińskie kino uwagę publiczności najważniejszych filmowych festiwali - nakręcił "Hero", posypały się na niego gromy. Jak to, niegdysiejszy wolnomyśliciel, bezlitośnie krytykujący sztywny porządek społeczny, nagle zmienia strony i gloryfikuje władzę? Wielu recenzentów odczytało tę zmianę jako chęć połączenia nie tyle przyjemnego z pożytecznym, ile bezpiecznego z kasowym - tj. akceptacji dla silnych, zjednoczonych w jednym ręku Chin z ukłonem w stronę szerokiej publiczności, także tej zachodniej, która oklaskiwała "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka". Film Zhanga był jednak o wiele bardziej skomplikowany, zaś jego pozornie ugodowe wobec władz zakończenie dawało wiele możliwości interpretacji.
|
 | |
 |
|
Skąd ten nieco przydługi wstęp? Otóż reżysera "Przysięgi" Chena Kaige bardzo wiele łączy z jego nieco słynniejszym krajanem. Obaj należą do tzw. Piątej Generacji chińskich filmowców, obaj byli też nominowani do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny ledwie w rok po sobie (Zhang za "Zawieście czerwone latarnie w 1992 roku, Kaige za "Żegnaj, moja konkubino" w 1993). Kaige najwyraźniej pozazdrościł swojemu koledze sukcesu u szerokiej widowni i postanowił zrealizować kolejne wystawne widowisko w konwencji wuxia. Niestety, nie udało mu się połączyć sukcesu komercyjnego z artystycznym. Wprawdzie "Przysięga" pobiła w Chinach rekord otwarcia, ustanowiony niedawno przez "Kung Fu Hustle" Stephena Chow, rozczaruje jednakże widza oczekującego czegoś więcej niż mieniących się kolorami kostiumów.
Ponieważ całość opowiadana jest w baśniowej konwencji, postacie mają być przede wszystkim wyraziste. Mamy zatem piękną kobietę, poślubioną tchórzliwemu cesarzowi; odważnego niewolnika, którego nadludzkie umiejętności zdradzają jego prawdziwą, choć zapomnianą tożsamość; wreszcie niezwykle ambitnego generała oraz tajemniczego Wuhuana, czarny charakter skrywający sekret równie mroczny, co jego postępki. Problem leży jednak nie tyle w uproszczeniach, te bowiem podyktował baśniowy charakter całej historii, ile w śmiertelnej powadze, z jaką została opowiedziana. W efekcie "mroczne sekrety" bohaterów, kiedy zostaną wyjawione w kolejnych zwrotach akcji, miast przyciągać do ekranu, po prostu śmieszą.
|
 | |
 |
|
"Przysięga" jest najdroższym filmem w historii chińskiego kina, kosztowała 42 miliony dolarów, co jak na warunki tamtejszej kinematografii, która nie dysponuje rozdmuchanymi, hollywodzkimi budżetami, jest sumą pokaźną. Znając pomysłowość realizatorów z Państwa Środka można było oczekiwać prawdziwej uczty dla oka. Zarówno projektanci kostiumów, jak i znany z "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka" operator Peter Pau, spisali się na medal, jednakże efekt pracy ekipy od efektów specjalnych rozczarowuje. Stado szarżujących byków i biegnący między nimi Kunlun, którego życie właśnie zostało sprzedane dowodzącemu w bitwie generałowi, dobrze czuliby się w towarzystwie Power Rangers.
Chenowi Kaige najwyraźniej zabrakło wyczucia. Nieco nieporadne efekty specjalne we wczesnych filmach ze Stephenem Chow, chociażby w "King of Beggars", ani trochę nie rażą, niosą je bowiem lekkość i humor całości. "Przysięga" pomyślana została jako baśń o drugim dnie, okazuje się jednak wydmuszką, w dodatku niezbyt ładnie pomalowaną.
 | |
PRZYSIĘGA
Tytuł anglojęzyczny: The Promise
Tytuł oryginalny: Wu Ji / Mo Gik
Rok produkcji / czas trwania: 2005 / 128 minut
Kraj: Chiny / Hong Kong / Japonia / Korea Płd.
Reżyseria i scenariusz: Kaige Chen
Muzyka: Klaus Badelt
Zdjęcia: Peter Pau
Wystąpili:
Dong-Kun Jang (Kunlun),
Hiroyuki Sanada (generał Guangming),
Nicholas Tse (Wuhuan),
Cecilia Cheung (księżniczka Qingcheng),
Ye Liu (Snow Wolf),
Cheng Qian (cesarz),
Hong Chen (bogini Manshen)
 | |
Autor recenzji: Paweł Marczewski - SHANDOR
|
| |
 |
Klub Miłośników Filmu, 13.07.2006