W dniu 10 września 2009 otrzymałem list, w którym niejaki Krzysztof
Micielski zapraszał do zapoznania się z jego teledyskiem do piosenki
zespołu Queen. Jestem dość sceptyczny jeśli chodzi o amatorską
twórczość filmową i przyznaję bez bicia, że w podany w liście link do
YouTube kliknąłem bardziej z dziennikarskiego obowiązku i szacunku dla
osoby piszącej do mnie list, niż z ciekawości. Byłem po prostu pewien,
że, jak to często bywa na YouTube, obejrzę jakiś pseudoklip, bez polotu
zmontowany na kolanie z fragmentów innych teledysków Queen. To, że
jestem wielkim fanem twórczości tego zespołu (jak miałbym się przespać
z facetem, byłby to Freddie;) dodatkowo podwyższyło poprzeczkę temu, co
miałem za chwilę obejrzeć. W dodatku nie cierpię jak ktoś inny niż
Mercury śpiewa piosenki Queen i tak samo nie mogę zdzierżyć jak ktoś w
jakikolwiek sposób grzebie przy ich twórczości i próbuje coś z ich
piosenek zmajstrować. Zawsze jest to dla mnie profanacja i lałbym kijem
każdego, kto nie jest członkiem Queen, a w Queen palce wtyka, włącznie
z Paulem Rodgersem, którego żadnej piosenki w akompaniamencie Queen nie
mogę dosłuchać do końca. Nie umiem przełknąć zjawiska o nazwie Queen +
Paul Rodgers i kropka. Krzysztof Micielski, przysyłając do mnie maila z
linkiem do stworzonego przezeń klipu, nie wiedział w co się pakuje i na
jak surowe potraktowanie jego filmowe dokonanie zostanie wystawione....
|
Autor do realizacji swojego projektu wybrał mało znaną piosenkę Queen „Put
out the fire” z płyty „Hot Space”(moim zdaniem jedna z najlepiej
brzmiących płyt zespołu) i z pomocą Marii oraz Joanny Karolczak
stworzył teledysk, który i owszem, składa się w większości z fragmentów
starych klipów grupy, ale... wykonanych zupełnie od nowa, za pomocą –
najkrócej mówiąc: szmacianych lalek! W klipie widać ogromny nakład
pracy jakiej wymagało stworzenie figurek oraz ich animacja. Pochwalić
muszę nie tylko wykonanie wszystkich postaci i rekwizytów, ale i
montaż, efekty specjalne oraz doskonałe spasowanie wszystkiego z muzyką
i niezwykłą, magiczną, nieco nostalgiczną aurę, jaka się nad całością
unosi. W klipie widać nie tylko znajomość warsztatu filmowego, ale też
– a chyba nawet przede wszystkim – wielką pasję i doskonałą znajomość,
że się tak wyrażę „uniwersum teledysków Queen”. Krzysztof Micielski
tworząc swoje, pełne świetnych pomysłów inscenizacyjnych, autorskie
dziełko, doskonale oddał atmosferę starych klipów brytyjskiego zespołu,
który sam nie raz i nie dwa tworzył pamiętne teledyski z... fragmentów
innych swoich teledysków, koncertów, wywiadów, czy też ujęć z pracy w
studio nagraniowym itd.
Jak wynika z powyższego, nie pozostaje mi nic innego jak przyznać się,
że klip stworzony przez Krzysztofa Micielskiego wywarł na mnie bardzo
pozytywne wrażenie. Przede wszystkim dlatego, że gdyby ktoś mi
powiedział, że to oficjalny teledysk do „Put out the fire”, bez
wątpienia dałbym się nabrać. Warto w tym miejscu odnotować, że teledysk
na YouTube zbiera najwyższe oceny i same pochlebne komentarze. Widział
go także (i pochwalił na swojej stronie!) sam Brian May. Może więc
kiedyś w przyszłości zagości dokonanie Krzysztofa Micielskiego na
jakimś wydaniu DVD (Blu-Ray), obok innych niezapomnianych teledysków
Queen? Ja nie miałbym nic przeciwko.
A teraz oddaję głos autorowi, który zaprasza czytelników KMF za kulisy
powstawania klipu:
Klip powstawał 12 miesięcy, z czego siedem trwała sama animacja i
montaż całości. Powstawanie figurek zaczynało się od poszukiwania
materiału wyjściowego (zdjęcie, fragment klipu), następnie dziewczyny
rozrysowywały szkic koncepcyjny figurki oraz ubrań. Figurki mają ok. 16
cm wysokości. Ciekawostką jest to, że oczy i usta są wyszywane. Sporo
czasu zajęło zdobycie odpowiednich materiałów, np. motoru dla Briana (w
kawałku „Crazy Little Thing Called Love”). Niektóre z zestawów figurek
musiały zostać wykonane wraz
z odpowiednimi meblami (skórzany fotel z wywiadu z Freddie’em, pufy z
„One Vision”, krzesełka) i instrumentami (gitary - czasami z drewna,
czasami z materiału, bębny). Niektóre części samych figurek powstawały
w różne dziwne sposoby, np. włosy Briana to spruty sweter. Figura
Freddie’ego z Montreux na samym końcu teledysku, także powstała jako
miniaturka, w tym przypadku z modeliny. Na koniec coś o nosie Johna,
otóż wg dziewczyn kształt probówki nadawał się idealnie, gdyż inne nosy
nie współgrały z figurką i sprawiały, że Deacon nie był do siebie
podobny ;).
Wybór piosenki został poprzedzony solidnym przeglądem wszystkich
utworów Queen. Klip mógł powstać do piosenki, która już teledysk
posiada, ale nie byłoby to wówczas tak ciekawe. Piosenka „Put Out The
Fire” była kawałkiem dość zapomnianym, przy tym pochodziła z albumu „Hot
Space”, z którego nie powstało zbyt wiele teledysków. Ważnym elementem
była długość samej piosenki, która nie mogła być za długa – wtedy prace
by się przeciągnęły dość znacznie, ani też zbyt krótka, a akurat ten
utwór mieścił się w trzech standardowych minutach. Poza tym jest to
utwór, który nam się spodobał gdyż jest żywiołowy i wydawało nam się,
że będzie współgrał z wizją teledysku.
|
A teraz nieco aspektów technicznych powstawania klipu oraz jak
przebiegał montaż
- postaram się opisywać sceny chronologicznie, tak, jak są w samym
klipie.
Pierwszą ciekawostką są usta. Trochę nie wiedziałem jak to ugryźć.
Początkowym zamysłem było rysowanie ust i wklejanie ich na figurki,
jednak efekt nie był zadowalający, usta za bardzo się odcinały od
całości. Wpadłem więc na pomysł wycięcia ich ze wszystkich figurek i
stworzenia bazy, a następnie poprzez dodawanie lub odejmowanie im wąsów
wpasowywania w poszczególne figurki śpiewającego Freddie’ego. Dużo
zabawy sprawiło mi tzw. lip-sync: ustawiałem sobie lustro i patrzyłem
na własne usta, następnie podkładałem przypominające moje usta, usta
Freddiego
Scena z koncertu w Rio z grającym Brianem pasowała świetnie jako wstęp
z grającą gitarą, tło powstawało jako zlepek zdjęć z grafiką 3d -
oczywiście tego nie widać aż tak bardzo ponieważ jest rozmazane ale
zależało mi na przywiązaniu do szczegółów.
Prezentacja wszystkich członków zespołu w formie zdjęć z polaroidów
wydawała mi się fajnym pomysłem, gdyż sam komplet był wzięty z sesji
zdjęciowej Queen w początkowych latach ich działalności, więc zdjęcia
do siebie pasowały. Autografy na zdjęciach są skanami oryginalnych
podpisów członków zespołu.
Trzy pojawiające się okna ze śpiewającym zespołem to oczywiście
inspiracja „One Vision”. Ciekawostką jest, że tutaj np. John Deacon nie
śpiewa, nie miałem po prostu dla niego otwartych ust, dlatego też jest
lekko zblurowany aby to zamarkować.
|
Fred na fotelu to oczywiście odtworzony fragment wywiadu, całe tło
zostało dodane na komputerze, tak jak i dym z papierosa. Widać też, że
ręka z papierosem nie porusza się płynnie tylko skokowo, albowiem żadna
figurka nie była przystosowana do animacji poklatkowej, nie miały w
środku drucianego stelaża, dlatego też musiałem zrobić zdjęcia ręki w
różnych pozycjach, a następnie powklejać w odpowiednie miejsca. Złota
płyta z tyłu nie jest płytą Queen, przerobiłem ją lekko, żeby była
płytą Queenu
Kolejny fragment One Vision - kopie scen z wideoklipu. Tło przy zespole
siedzącym za stołem jest oczywiście dodane komputerowo, także sam stół
i stojące na nim przedmioty to efekt komputerowy.
Scena w Montreux z zespołem stojącym przed barierką to kopia zdjęcia,
jakie wygrzebaliśmy w jakimś albumie Queen. Samo tło powstawało jako
zlepek wielu fotografii jeziora genewskiego. Ciekawostką praktycznie
niewidzialną jest to, że chmury się przesuwają oraz to, że poszczególne
elementy tła są w różnej odległości, przez co przy oddaleniu kamery
powstaje wrażenie przestrzeni zamiast zwykłego statycznego zdjęcia.
Latające pyłki to oczywiście efekt wygenerowany i nałożony komputerowo.
Postać idącego Briana powstała jako animacja poklatkowa, ale tworzona
już bezpośrednio na komputerze. Chciałem też umieścić znanego z klipu
pingwina, ale testy nie wypadły zachęcająco i zdecydowałem się na samą
postać.
Freddie w futrze to scena, którą nagrywaliśmy z udziałem mini green
boxa. Powodem było to, że chciałem aby futro było ruchome i lekko
powiewało, oczywiście taka animacja nie powstałaby poklatkowo, dlatego
efekt wiatru powstał przy użyciu domowej suszarki, zaś tło zostało
dodane komputerowo.
|
‘Fred i Monserat’ było inspirowane ich wspólną piosenką „Barcelona”,
powstałą na otwarcie igrzysk. Tło, ognie oraz dym to efekt pracy
komputera, celowo dym zasłania nogi, gdyż nie mogłem zrobić idącego
Freda, jak i samej Monserat (głownie za sprawą ciągnącego się za nią
tiulu)
Szybki najazd na Freddie’ego śpiewającego na kanapie wynikał z dość
nieciekawego wyglądu całego zespołu na tym ujęciu, Ciekawostką jest to,
że pozostałe 3 figurki (poza Freddie’em właśnie) występują tylko w tym
krótkim ujęciu. Szybkie błyski miały symulować flesz aparatu, a
trzęsąca się kamera miała dać złudzenie filmowania z ręki
Scena Briana wchodzącego na scenę to animacja poklatkowa. Grający na
bębnach Roger
(z materiału) został specjalnie pokazany przez trzęsącą się kamerę,
która gubi ostrość, aby dać wrażenie filmowania na koncercie.
Tył trzech członków zespołu z przejeżdżającą kamerą nie pokazującą ich
z przodu, wynikał z tego, że komplet figurek nie był zbyt udany, ale
szkoda było ich nie wykorzystać, bo akurat miały fajne ubranka -
dlatego powstał tylko taki krótki fragmencik.
Tańczący Fred z klipu „I was born to love you” powstał jako pierwszy,
starałem się oddać te same ruchy, które Freddie wykonywał na samym
klipie. Lustra w tle to oczywiście powielony ten sam Fred, którego
widzimy z przodu.
Fragment, w którym grają Brian i Roger, powstawał na komputerze w 3D.
Fred w żonkilach to oczywiście kopia sceny z „I’m going slightly mad”.
Tylne tło kwiatów to statyczne zdjęcie, a przednie to ruchome żonkile -
kopie jednego i tego samego kwiatka, tylko różnie animowane.
Fragment gdzie Fred idzie przez biuro - ruch figurki to animacja
poklatkowa, tło zostało wygenerowane w 3D. Jest tutaj mały błąd: otóż
postać Freddie’ego nie odbija się w śmietniku stojącym przy drzwiach.
|
Scena z Brianem na motorze także powstała w 3D. Klaszczące ręce to ręce
Freddie’ego
z innej figurki. Motor był rekwizytem, który dziewczyny wysępiły od
kolegi (thx Krystian). Światło przechodzące przez okulary Briana to
efekt komputerowy.
Komplet figurek w scenie z pociągiem (z teledysku do ”Breakthru”) także
występuje tylko w tym króciutkim fragmencie, jako że figurki nie były
zbyt podobne do prawdziwych członków Queen. Tło powstało jako zlepek
paru zdjęć, na które nałożyłem zbliżającą się lokomotywę z
charakterystycznym Q na przedzie.
Roger zdejmujący okulary powstał jako pewien mały trik. Otóż oryginalna
figurka Rogera nie miała oczu - zamiast nich były czarne okulary. Oczy
zostały podmienione z innej figurki, a okulary usunięte komputerowo.
Scena w kapeluszach wzorowana była na zdjęciu z książeczki do płyty „Made
In heaven”. Dodałem u góry znaczek, gdyż wydawało mi się to fajnym
pomysłem, zwłaszcza, że kopia zdjęcia jest bardzo udana ;).
Scena z koncertu, gdzie na pierwszym planie są ludzie, została
potraktowana filtrem dającym sporą ziarnistość, taki mały hołd
amatorskim nieautoryzowanym wersjom koncertów Queen, które można
czasami zdobyć - kręcone słabymi kamerami i z tak niską jakością
obrazu, że nie wiadomo właściwie kto to tam śpiewa.
Całujący się Fred i Monserat, powstali na green boxie, aby animacja ich
ruchów była płynna.
Końcowa scena to oczywiście kopie okładki „Made In heaven”. Tło
powstało ponownie z różnych zlepków fotografii, domek także jest z
innej fotografii, sama figurka Freddie’ego to figurka, którą dziewczyny
wykonały z modeliny a następnie komputerowo nadałem jej kolor
niebieskawy.

Strona główna | Artykuły | Napisz do DUXA | Napisz do AUTORA TELEDYSKU