Z czym Wam się kojarzy Wes Craven? Zapewne z serią o Freddym Kruegerze,
a co młodszym widzom z trylogią "Krzyk". Nakręcił ponad dwadzieścia
filmów, w tym horroro-komedię "Wampir w Brooklynie" i dramat muzyczny
"Koncert na 50 Serc", ale i tak największą sławę przyniosły mu krwawe
thrillery i horrory klasy B. W tym roku już wyszedł jego "Cursed" z
wilkołakami w roli głównej, a więc teoretycznie i "Red Eye" powinien być
właśnie jakimś krwawym thrillerem lub horrorem. Nic bardziej mylnego –
najnowszy film reżysera jest co prawda thrillerem, ale thrillerem jakże
różnym od tego, do czego nas Craven przyzwyczaił, bo thrillerem
klasycznym aż do bólu. Wes postawił sobie karkołomne zadanie zrobienia
filmu przeciw samemu sobie i swojej manierze reżyserskiej, filmu, o
który nikt by go nie podejrzewał. Ten pewnego rodzaju eksperyment
Cravena zaowocował całkiem niezłym filmem, producenci chyba jednak
trochę się bali o tę lekką zmianę kierunku w filmografii reżysera i
wypuścili mylący zwiastun, który najzwyczajniej w świecie zapowiada
kolejną sieczkę z maniakalnym psychopatą w roli głównej - tak jak
chociażby w "Turbulencji".
|
 |
 |
Fabuła opiera się na bardzo prostym i schematycznym założeniu - Lisa
Reisert (Rachel McAdams) to młoda i przebojowa manager hotelu Lux
Atlantic w Miami. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych i jest najlepsza w
spełnianiu zachcianek klientów hotelu. Poznajemy ją w momencie kiedy
wraca z pogrzebu ukochanej babci w Dallas. Na lotnisku okazuje się, że
jej lot jest opóźniony, i jedyne co pozostaje, to czekać aż spiker
zapowie odprawę. Przy okazji tego czekania poznaje Jacksona Rippnera (Cillian
Murphy, nawiązanie do "Jack the Ripper" [Kuba Rozpruwacz] jak
najbardziej zamierzone). Znajomość z nim traktuje jako niezobowiązujący
flirt i wydaje się, że z wzajemnością. Jednakże już od pierwszych minut
widzimy, że coś jest nie tak. Jack pomimo tego, że się cały czas
uśmiecha i flirtuje z Lisą, ma w sobie coś niepokojącego i na kilometr
można - bez pomocy reklam - wyczuć, że to ten 'zły'. To, co miało się
skończyć przelotnym lotniskowym flirtem jakich wiele, przeradza się w
niespodziewane dzielenie sąsiednich miejsc w samolocie. Z początku Lisa
jest zadowolona z przebiegu sytuacji – ba, nawet zaczyna się zwierzać
przystojnemu nieznajomemu, gdy ten pomaga jej przezwyciężyć lęk przed
lataniem. Z pozoru całkiem fajna sytuacja po starcie samolotu
przeistacza się dla Lisy w prawdziwe piekło. Rippner odkrywa swoje karty
– daje jej propozycję nie do odrzucenia – albo zadzwoni do swojego
hotelu i zmieni pokój pewnej ważnej osobistości na ten podany przez
niego (w celach zamachu oczywiście) albo jej ojciec (Brian Cox) zginie.
Fabuła prosta jak budowa cepa i wielu by się na niej wyłożyło, bo aż
kusi żeby coś zakombinować z historią, jakoś to wszystko zagmatwać
według wzorca argentyńskiej telenoweli lub zrobić jakiś całkowicie
nieprzewidywalny i bezmyślny zwrot akcji według najnowszych trendów
Hollywood. Ale, pomijając jeden chybiony (na szczęście niezbyt
rozwinięty) trik związany z przeszłością Lisy, Craven nie daje się
schwytać w tę pułapkę. Mając do dyspozycji tak schematyczną i
nieskomplikowaną fabułę oraz wnętrze samolotu jako miejsce akcji,
reżyser nie ma za dużo do roboty. Wes dobrze zdaje sobie z tego sprawę i
nie kombinuje jak koń pod górkę, tylko stara się prowadzić aktorów i nie
ingerować za bardzo w toczącą się akcję. Przez większość czasu mamy w
"Red Eye" w zasadzie tylko główną parę, plus kilka postaci
'pomocniczych'. To wszystko wychodzi filmowi na dobre, bo zestawienie
dwójki coraz bardziej zdesperowanych osób prowadzi do większego
napięcia, które reżyser skrzętnie buduje. Proszę się nie łudzić, że cały
film jest wypełniony po brzegi suspensem, co to to nie, ale
wystarczająco jak na taką 'lekką' produkcję. Lisa musi stawić czoło
niezbyt ciekawemu dylematowi – musi wybrać pomiędzy życiem własnego
ojca, a życiem uczciwego człowieka, którego jedyną winą jest to, że chce
coś zmienić. Rippner natomiast musi całkowicie zdać się na Lisę i jej
decyzję, co dla kogoś jego pokroju jest niemałą udręką.
|
 |
 |
Obierając taki sposób narracji, Craven musiał polegać na dwójce
protagonistów. Zatrudnienie pary młodych, niezbyt jeszcze znanych
aktorów było celnym posunięciem twórców. Rachel McAdams, ku mojej
uciesze, wyrasta powoli na małą gwiazdkę w Hollywood. Jej głównymi
atutami są naturalność, piękny uśmiech i komediowe zacięcie, które
pomaga jej tutaj traktować swoją bohaterkę z lekkim przymrużeniem oka. W
"Red Eye", dzięki swego rodzaju elastyczności aktorskiej Rachel,
nietrudno nam uwierzyć w to, że Lisa to typowa kobieta sukcesu XXI
wieku, która poświęciła życie na robienie kariery. Natomiast Cillian
Murphy wyrasta powoli na świetnego filmowego 'bad guya'. Po ciekawej
roli w "Batman Begins" tutaj także wciela się w złoczyńcę, choć
oczywiście zupełnie innego kalibru niż Scarecrow. Jackson Rippner jest
chłodnym profesjonalistą, wykonującym po prostu kolejne zadanie, i nie
waha się posunąć do drastycznych środków, żeby je wykonać. Ta jego
amoralność, połączona z brakiem jakiejkolwiek wiedzy o jego przeszłości
i motywacji daje świetny efekt. Tak jak Rachel można łatwo rozpoznać po
jej uśmiechu, tak głównym atrybutem Cilliana są jego hipnotyzujące oczy,
które wywołują efekt pewnego niepokoju u widza. Świadom tego, Murphy
wykorzystuje swoją fizjonomię do kreowania postaci. Mam tylko nadzieję,
że nie da się zaszufladkować do grania ciągle jednej i tej samej roli.
Niektóre możliwości, jakie otwierała historia, zostały potraktowane w
scenariuszu po macoszemu. Może to i lepiej, że się twórcy na ten grząski
teren nie chcieli pchać, ale pewien niedosyt pozostaje. Największą jak
dla mnie wadą tak filmu, jak i scenariusza, jest natomiast brak jakiejś
większej więzi z główną bohaterką. Tak, oczywiście kibicujemy jej, a nie
Rippnerowi, ale robimy to całkowicie mechanicznie, ponieważ Jackson jest
jednym z tych, których nie da się lubić. Gdyby na jego miejsce dać kogoś
innego – np. zdesperowanego pracownika hotelu z łzawą motywacją – to nie
wiem czy publiczność nie podzieliłaby swojej sympatii...
|
 |
 |
A czym jest tytułowy 'red eye'? To określenie ostatniego możliwego
lotu w danym dniu, ostatniej szansy na dostanie się na miejsce
przeznaczenia bez czekania do rana. Przekładając to na język filmu, Lisa
ma taką właśnie ostatnią szansę na uratowanie ludzkiego życia, tyle
tylko, że jak się spóźni, to konsekwencje będą zdecydowanie większe niż
czekanie do rana...
Podsumowując, "Red Eye" to produkcja całkiem udana, ale zdecydowanie nie
dla wszystkich. Reżyser – Craven czerpie pełnymi garściami z klasyków
gatunku i wcale tego nie ukrywa. Biorąc na warsztat zestaw schematów i
klisz Craven i scenarzysta Ellsworth mogli spokojnie polec, ale udało im
się stworzyć film, który nie nudzi i nie wpada w swoje własne sidła, jak
połowa współczesnych amerykańskich thrillerów. Pomimo kilku braków i
nielogiczności scenariusza oraz schematycznej fabuły film ogląda się bez
mrugnięcia okiem (85 minut z napisami) i, co najważniejsze, jest dobrze
wyważony i zagrany. Sam film nie bierze się na poważnie i tego także
oczekuje od widza, aby dać mu dobrą rozrywkę. Bo "Red Eye", czym może
kogoś zaskoczę, jest niczym innym niż letnim filmem rozrywkowym bez
większych ambicji. Oczywiście, że mogło być lepiej i wiele rzeczy można
było poprawić, ale mogło być także gorzej, więc nie ma co narzekać,
tylko usiąść wygodnie w fotelu i rozkoszować się przygotowanym dla nas
produktem. Wielki plus dla Cravena, że zrobił film dla widzów, a nie dla
swojej własnej przyjemności. Jeśli ktoś potrafi przymknąć oko na brak
logiki i duże stężenie zbiegów okoliczności oraz nie spodziewa się nie
wiadomo czego, to powinien wyjść z kina usatysfakcjonowany i miło
zaskoczony, a może nawet siedząc w autobusie, pociągu czy samolocie
zastanowi się kilka razy nad tym, co robi sąsiad ;)
 |
Reżyseria –
Wes Craven
Scenariusz – Carl Ellsworth
Zdjęcia – Robert D. Yeoman
Muzyka – Marco Beltrami
Montaż – Stuart Levy, Patrick Lussier
Obsada:
Rachel McAdams – Lisa Reisert
Cillian Murphy – Jackson Rippner
Brian Cox – Joe Reisert
Jack Scalia – William Keefe
Jayma Mays - Cynthia
Produkcja - U.S.A.
Czas trwania – 85 min. |
 |
| Autor recenzji
: Dariusz Kuźma - BEOWULF |
|
Klub Miłośników Filmu |
26.IX.2005
|
|