Strona główna KMF



Małe kino studyjne.

Od ponad dwóch lat, każdego miesiąca spotykamy się tutaj w grupce bliskich znajomych na seansie filmowym. W ciągu tych lat widzieliśmy wiele filmów, raz lepszych, raz gorszych, ale bezsprzecznie zawsze godnych zobaczenia i przemyślenia. Z wielu względów ten seans miał okazać się wyjątkowy.

"Rekonstrukcja", pierwsze, pełnometrażowe dzieło młodego, duńskiego reżysera Christoffera Boe już w dniu swojej premiery wzbudziło wielkie ożywienie wśród krytyków. Autor bez trudu zdobywa pierwsze nagrody na największych festiwalach filmowych, pokonując tym samym tak wybitnych reżyserów jak Wong Kar Wai, czy Pedro Almodovar. Również publiczność bardzo pozytywnie odbiera oniryczną, pełną niedopowiedzeń atmosferę filmu, z miejsca okrzykując go dziełem kultowym, sięgającym do źródeł reżyserskiej awangardy. Boe nie tyle łamie prawa panujące dotychczas w filmie, ale pełnymi garściami czerpie inspiracje z sztuki modernistycznej, czyniąc tym samym "Rekonstrukcję" dziełem na wskroś współczesnym.



                  Tchnienie awangardy


Pierwszym elementem, który definiuje kino awangardowe jest komentarz odautorski, i tak też w "Rekonstrukcji", już na samym wstępie widz zostaje zaskoczony. Oto bowiem na ekranie pojawia się reżyser (a właściwie aktor, który zdaje się go reprezentować), który niczym Marlon Brando rozpoczynający niegdyś nurt "Nowej Fali", zwraca się wprost do widza. O ile jednak Brando już na samym wstępie dekonstruuje wszystkie prawidła, które dotychczas obowiązywały w kinie, tak Boe, niczym Wielki Stwórca, zdaje się budować świat na nowo. Autor nie stara się maskować irrealizmu swojego filmu, wręcz przeciwnie - informuje widza, że to co widzi, to tylko fikcja, wytwór wyobraźni, starannie zbudowana konstrukcja, która mimo tego, iż całkowicie odcięta od rzeczywistości pozafilmowej, potrafi zaboleć.

Kolejnym elementem charakterystycznym dla kinowej awangardy, jest szeroko rozumiana niespójność czasu i wydarzeń (zastosowana m.in. w "21 gramach" Alejandro Gonzaleza Inarritu). Widz nie wie gdzie leży granica między pierwszym spojrzeniem, a ostatnim pożegnaniem, czy spotkanie w barze, które niczym refren co jakiś czas powraca na ekran dzieje się naprawdę, czy może jest tylko snem, wspomnieniem pary zakochanych, którzy usilnie starają się powrócić do miejsca ich niedającej się wymazać z pamięci rozmowy.




Trzecim, ostatnim elementem, który czyni z "Rekonstrukcji" dzieło modernistyczne, jest mnogość jej interpretacji. Wiele czasu trzeba poświęcić, aby zrozumieć ogólny zamysł filmu, a ten wysiłek i tak nie daje nam gwarancji, że natrafimy na prawdziwą odpowiedź, która komponowałaby się z zamysłem autora. Mimo podobieństwa narzędzi, Boe nie stara się jednak stworzyć z "Rekonstrukcji" łamigłówki na wzór "Mulholland Drive", czy "Zagubionej Autostrady" Davida Lyncha. Tutaj obraz chłonie się jednoaktowo, niczym dzieło wybitnego malarza, lub zapierającą dech w piersiach uwerturę. Niekoniecznie trzeba wszystko zrozumieć, wystarczy czuć.

Te trzy elementy zestawione razem sprawiają, że "Rekonstrukcję" chłoniemy na bardzo specyficznej, prawie nieuchwytnej płaszczyźnie odbioru. To bardziej poezja, niż film z konwencjonalną narracją. Podobnie jak w poezji, nie wiemy czy bohater liryczny jest ucieleśnieniem autora, czy jedynie narzędziem w jego rękach. Zatarte granice czasu i przestrzeni, oraz mnogość interpretacji zdają się tylko tę tezę potwierdzać.


                  Na początek, trochę dymu


Jak przystało na re-konstruktora filmowej rzeczywistości, Boe rozpoczyna swój film w sposób wyjątkowo nieszablonowy. Na krótko po "zdekonstruowaniu" złudzeń widza, co do realizmu jego historii, autor-stwórca o boskich możliwościach, powołuje do życia swój świat. Obserwowane z lotu ptaka, puste, nieożywione ulice Kopenhagi zapełniają się ludźmi, jednak już na wstępie widać, że wszyscy oni, to tylko statyści, bardziej rekwizyty, niż pełnoprawnie funkcjonujące w realiach filmu postacie. Gdy na ekranie pojawia się główny bohater (Alex - w tej roli Nikolaj Lie Kaas), cała uwaga skupia się właśnie na nim, a aktorzy wokół zdają się precyzować jedynie stan emocjonalny bohatera wiodącego. Wrażenie odseparowania głównego wątku staje się jeszcze bardziej wyraziste w późniejszych scenach, gdzie otoczenia nie ma prawie wcale, a cała uwaga kamery skupiona jest na odzwierciedleniu dramatu pary kochanków.




Tak więc przedstawiony zostaje nam mężczyzna, samotnie wędrujący ulicami Kopenhagi. Z wyrazu jego twarzy nie potrafimy wywnioskować czy jest to spacer pozbawiony jakiegokolwiek celu, czy może marsz na umówione wcześniej spotkane. Jak komentuje głos zza kadru, to co wydaje się początkiem, wcale nim nie jest. Nie zmniejsza to jednak zaskoczenia widza, gdy Alex, po uprzednim wejściu do przydrożnego baru zagaduje do nieznajomej kobiety (Aimee - granej przez Marię Bonnevie) proponując jej wspólny wyjazd do Rzymu. Zaskoczona kobieta, mimo iż zdaje się widzieć Alexa pierwszy raz w życiu, kontynuuje rozmowę, z której ciężko wywnioskować, czy aby na pewno jest to ich pierwsze spotkanie, czy może tylko zręczna gra słowna pary kochanków. W momencie gdy wszystko ma się wyjaśnić, a widz jest już o krok od rozwiązania dziwnej relacji między bohaterami, nieoczekiwanie narrator zapowiada... początek.


                  Jeszcze trochę dymu


"To proste" - komentuje głos zza kadru - "Są cztery osoby - Alex i jego partnerka Simone (grana również przez Marię Bonnevie) oraz ja - August ze swoją żoną Aimee". Poznając czwórkę bohaterów "Rekonstrukcji" odkrywamy, iż szczęśliwy, zakochany po uszy w swojej żonie pisarz - to komentujący całą historię narrator (reprezentowany wcześniej przez wspomnianego "mistrza ceremonii", uosabiającego prawdopodobnie postać reżysera). Myślę, że jego postać, mimo iż pełniąca funkcję zdecydowanie poboczną, warta jest wnikliwszej analizy. Nie tylko pełniony przez niego zawód pisarza (jakby nie było - twórcy), ale i jego wielkie dzieło, które jest na progu ukończenia, zdają się być kluczem do interpretacji omawianego filmu. Pisarz w wielu momentach zdaje się przejawiać naturę dualistyczną (walczącą między wewnętrznym dobrem i złem, a może pierwiastkiem ludzkim i boskim?). Otóż kochający mąż, z jednej strony zaskoczony i wstrząśnięty zdradą małżonki, zdaje się przystawać na niewierność swojej "drugiej połowy", co więcej - paradoksalnie, sam zgotował sobie taki a nie inny los, sam go sobie "wypisał" we własnej książce. Jak więc rozumieć desperackie prośby mężczyzny, aby żona go nie opuszczała, w konfrontacji z zapisywanymi własnym rękami stronicami książki - życia? Czyżby ambiwalentny charakter jego działań był swoistym osądem ludzi jako całości? A może Boe chciał złożyć swoisty hołd w obliczu potęgi, jaką posiada w swoich dłoniach człowiek - twórca i niszczyciel obdarzony wolną wolą, samostanowiący o sobie i o swojej "konstrukcji"? Nawet, jeśli postać pisarza-narratora rzeczywiście jest kluczem do otwarcia drzwi, strzegących interpretacyjnej prawdy w "Rekonstrukcji" nie zmienia to faktu, iż podobnych "kłódek" jest tu znacznie więcej.


                  "A" jak Aimee...


I "A" jak Alex. "A", czyli coś pierwotnego i uniwersalnego. Dokładnie takiego jak historia opowiedziana w "Rekonstrukcji". Pomijając bowiem wszystkie zapętlenia czasowo-wątkowe, Boe serwuje nam opowieść do cna pospolitą i zwyczajną. Wątków zdrady i nieszczęśliwej, nieodwzajemnionej miłości było już w filmach tysiące i pewnie można by ową prostotę postrzegać jako wadę, gdyby "Rekonstrukcja" była zwyczajnym filmem, na całe szczęście - nie jest.




Na krótko po spędzonej wspólnie z Aimee nocy, Alex orientuje się, że od tego momentu nic w jego życiu nie będzie już takie jak kiedyś. Nie jest to jednak jedynie pseudo-górnolotna metafora reżysera, lecz rzeczywistość, która w równym stopniu zaskakuje Alexa, co widza. Oto bowiem, wszyscy bliscy bohatera: dziewczyna, najlepszy przyjaciel, a nawet ojciec zaprzeczają, jakoby kiedykolwiek znali mężczyznę, który podaje się za bliskiego ich sercu. Tam, gdzie kiedyś znajdowały się drzwi do mieszkania, teraz jest jedynie ściana, a jedynym pomostem, który utwierdza Alexa w przekonaniu że nie zwariował, jest kartka z miłosnym wyznaniem, którą jego dziewczyna ukradkiem wcisnęła do kieszeni jego płaszcza. Bohater odkrywa, że jedynym, co mu teraz pozostało, jest Aimee i miłość do niej - to w niej znajduje ostatnią deskę ratunku. Aimee, która z perspektywy widza jest łudząco podobna do byłej dziewczyny bohatera.

Fakt grania dwóch postaci przez jedną aktorkę (nota bene doskonałą w obydwu rolach), możemy interpretować dwojako. Być może Boe przedstawia w ten sposób swoją własną refleksję na temat poszukiwań człowieka i generalnie zagadnienia szczęścia. Autor zdaje się mówić, że mimo pozornych różnic, tak naprawdę wszyscy szukamy tego samego (patrząc na sytuację z perspektywy Aimee-Simone), jednocześnie krytykując iście schopenhauerowskie odnajdywanie szczęścia w "celu" (Alex), do którego dążymy, a który osiągnięty, tylko pozornie zaspokaja nasze potrzeby, nie dając jednak prawdziwego zaspokojenia, a jedynie stawiając kolejną granicę do przekroczenia. Alex nie potrafi sobie uświadomić, że tak naprawdę Aimee miał przez cały czas przy sobie, w osobie kochającej go kobiety. Tą tezę zdaje się potwierdzać niesamowita scena, w której Alex, niczym we śnie widzi dwie kobiety swojego życia wyznające mu miłość, po przeciwnych stronach wystawowego lustra. Za jego plecami ekspozycje jarzą się wielkimi telebimami z japońskim znakami kanji. Interpretując tą scenę właśnie pod kątem kultury azjatyckiej, w której słowo "ja" zapisać można na wiele różnych sposobów, z których każdy będzie oznaczał inny aspekt "mnie", możemy dojść do konkluzji, że Aimee i Simone jako dwa różne dla Alexa uosobienia szczęścia (Simone - stabilizacja, Aimee - namiętność) w rzeczywistości są jedną i tą samą osobą / wizją / antidotum na zło - antidotum, którym jest miłość.


                  Jeśli ja jestem twoim snem, to ty jesteś moim


Dlaczego więc, mimo wielkiej miłości do Aimee, Alex dopuszcza się ważącego na ich związku momentu zawahania, gdy niczym legendarny Orfeusz, nie jest w stanie pokonać własnych wątpliwości? Dla zrozumienia tej sceny, warto przypomnieć, iż mityczna Eurydyka jest ucieleśnieniem ulotnego, ziemskiego szczęścia, a nawet metaforą pierwotnych grzechów. Orfeusz natomiast, staje się przestrogą dla ludzi, którzy powracają do swoich dawnych grzechów (zdrada Alexa). Może główny bohater "Rekonstrukcji" padł ofiarą własnych czynów? Zawiódł zaufanie Simone, przez co sam skazał się na życie w niepewności? A może to tylko strach przed utratą prawdziwej miłości, strach przed pozostaniem samotnym?




Bohaterowie "Rekonstrukcji" pozostają z niczym. Nie jadą do Rzymu, Aimee wraca do męża, Alex prawdopodobnie skorzysta z uczucia, które oferuje mu "poznana na nowo" Simone. Początek staje się końcem, może odwrotnie. Czy podczas seansu byliśmy jedynie świadkami obrotu wokół błędnego koła? A może bohaterowie wyciągną wnioski ze swoich błędów? Jakkolwiek nie odbierzemy zakończenia, trudno nie zgodzić się ze słowami, które stanowią ramę dla filmu, że mimo iż to tylko starannie zbudowana konstrukcja, i tak boli.

Zbliżam się już do końca swojej pracy, a tymczasem pytań i domniemań jest znacznie więcej, niż odpowiedzi. Mimo wszystko, nawet po dogłębnej, choć bezowocnej analizie, "Rekonstrukcja" jawi się jako film w pełni satysfakcjonujący. Zamiast mnożyć pytania, chyba lepiej po prostu chłonąć poetycką wizję miłości Christoffera Boe w nadziei, że takich dzieł, operujących zupełnie nowym typem filmowej wrażliwości, powstanie jeszcze wiele. Póki co, nie pozostaje chyba nic innego jak zobaczyć "Rekonstrukcję" po raz kolejny...


REKONSTRUKCJA

Tytuł oryginalny: Reconstruction
Rok produkcji: 2003
Kraj: Dania
Czas trwania: 91 minut

Reżyseria: Christoffer Boe
Scenariusz: Christoffer Boe, Mogens Rukov
Zdjęcia: Manuel Alberto Claro
Muzyka: Thomas Knak

Obsada:
Nikolaj Lie Kaas, Maria Bonnevie, Krister Henriksson, Nicolas Bro, Helle Fagralid, Peter Steen, Malene Schwartz, Ida Dwinger, Jens Blegaa, David Dencik, Isabella Miehe-Renard, Klaus Mulbjerg, Katrin Muth, Mercedes Claro Schelin, Line Poulsen


Wyślij e-mail Autor analizy, gościnnie:
Grzegorz Jarausz
Klub Miłośników Filmu
30.03.2006