STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE


A mogło być tak pięknie...

Mały renifer imieniem Niko nie zna swojego ojca i wyzywany jest przez kolegów od sierot. Jego matka kilka lat temu spędziła upojną noc z przystojniakiem z zaprzęgu Świętego Mikołaja. Nie zdążyła nawet poznać jego imienia, gdyż dzień później pognał przed siebie, licząc na kolejne hulanki i swawole. Niko marzy o tym, by wreszcie spotkać się ze swoim tatą. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że życie renifera ze strefy VIP to ciągła impreza. A wśród muzyki, alkoholu i seksu, po prostu nie ma miejsca dla młodego potomka. Swoistym przewodnikiem życiowym Niko, jego męskim wzorcem, zostaje Juliusz. Juliusz jest wiewiórką i jakiś czas temu stracił całą swoją rodzinę - wszyscy zostali zjedzeni przez wilki. Apropos wilków... Są głodne. Bardzo głodne. Chętnie wrzuciłyby na ząb jakiegoś renifera, ale mają kłopot z wytropieniem stada. Decydują się więc na zmianę strategii. Planują dopaść świąteczny zaprzęg. Zjeść wszystkich, łącznie z Mikołajem, a następnie wyruszyć magicznymi saniami do grzecznych dzieci, aby... je zjeść, oczywiście. To nie jakaś parodia. To nie żart. To fabuła filmu animowanego made in Finland - "Renifer Niko ratuje Święta".

Dokładnie 3 lata temu pojawił się na naszych ekranach film "Happy Feet : Tupot małych stóp". Australijska produkcja, bardzo odmienna od tego, do czego przyzwyczaiły nas choćby te ze studia Pixar czy Dreamworks. Niebanalne wątki, mądre przesłanie, subtelny humor i przepiękna animacja. Powiew świeżości w nieco stęchłej, "postshrekowej" erze filmów animowanych. Miałem nadzieję, że obsypywany nagrodami "Renifer Niko..." również będzie takim przełomem, tyle że w mniejszej, europejskiej skali. Choć to dobry film, na takie miano raczej nie zasługuje. A szkoda...
Bardzo nie lubię, gdy twórcy filmowi za wszelką cenę próbują upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Przeważnie bowiem i jedna, i druga, okazują się być na wpół surowe. "Renifer Niko..." nie wyłamuje się zbytnio z tej reguły. Miał się tu znaleźć zarówno brutalnie prawdziwy obraz świata z humorystycznymi aluzjami skierowanymi do dorosłych, jak i mysio-pysio-pocieszna sielanka z przesłodkim, małym bohaterem na czele. Ostatecznie właściwie każdy z bardziej "krwistych" dowcipów musiał zostać przygładzony, następującą po nim, "mysio-pysio-pocieszną" sceną. Owszem, jeśli chodzi o dowcip sytuacyjny, zdarzają się tutaj perełki. Jest też kilka naprawdę zabawnych tekstów. Ale patrząc na film jako całość, trudno oprzeć się wrażeniu, że tego "pazura" mu jednak brakuje. Ktoś może powiedzieć: "Przecież to w końcu bajka". Jasne. Jednak biorąc pod uwagę, że twórcy i tak pozwolili sobie na wiele, jeśli chodzi o sam zarys fabularny (po emisji filmu w amerykańskiej telewizji, pojawiło się wiele negatywnych komentarzy ze strony rodziców), mogli już pójść o krok dalej i spróbować wprowadzić swoistą nową jakość. Boli to tym bardziej, że jako miła opowiastka bożonarodzeniowa dla najmłodszych, "Renifer Niko..." również nie wychodzi przed szereg.

Główny bohater jest uroczy i sympatyczny. Jego kompan Juliusz - mądry i opanowany. Drugoplanowe postacie łasicy Wilmy i pudla Eśki - zabawne. A wilki, zwłaszcza z przewodzącym im Czarnym Wilkiem (świetny Piotr Fronczewski) - odrażające. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale ma się wrażenie, że w takim filmie - gdzie na początku przyjęte normy wywraca się trochę do góry nogami - powinno być inaczej. Ostatecznie dostajemy kalkę amerykańskich animacji. A kalka zawsze jest mniej wyraźna od oryginału. Trzeba ją czymś ubarwić. I twórcy "Renifera Niko..." chyba nawet zdawali sobie z tego sprawę. Ale przestraszyli się i zaryzykowali tylko w niewielkim stopniu. A to, co pozostało, jest "tylko" poprawne. Biorąc pod uwagę, jak dużo filmów animowanych wchodzi ostatnio do naszych kin, to chyba za mało.
Wędrówkę Niko w poszukiwaniu ojca trudno uznać za emocjonującą. Depczą mu co prawda po piętach wilki, ale wszystko oparte jest na schemacie pt. "idę sobie, idę, spotykam wilki, uciekam im, znów idę, znów spotykam wilki, udaje mi się ponownie uciec, idę sobie i po pewnym czasie znów natykam się na wilki...". W żadnej z postaci nie dokonuje się stopniowa przemiana. I nawet gdy twórcy próbują czasami wyłamać się ze schematu (naprawdę wzruszająca rozmowa Juliusza z Wilmą o jego rodzinie), nie stawiają tej przysłowiowej kropki nad "i". Niko mówi "idziemy" i ... Znów idą. I znów spotykają wilki... I tak dalej...

Motyw wędrówki wykorzystywany jest w animacjach dość często. I to przeważnie z powodzeniem. "Shrek", "Magiczny miecz", "Epoka lodowcowa", "Nowe szaty króla", "Mój brat Niedźwiedź", "Sindbad : Legenda siedmiu mórz", "Gdzie jest Nemo?", "Piorun"... Wymieniać można by długo. W "Reniferze Niko..." ten temat się chyba nie sprawdził. Oczywiście, chodziło o większą dramaturgię, dynamiczność, różnorodność. Ale ostatecznie właściwie bardziej to zaszkodziło, niż pomogło. Na drugi plan zeszło bowiem to, co w tym filmie najbardziej wartościowe, a więc kwestia wyobrażenia ojca-idola i jego konfrontacji z rzeczywistością. A to wykonane zostało bezbłędnie. Niestety, wszystko rozgrywa się w ciągu ostatnich kilkunastu minut i kiedy zaczynamy się już cieszyć, że film wraca na właściwe tory, wyświetlają się już napisy końcowe. Podobnie sprawa się ma, jeśli chodzi o gwiazdkowy klimat - w końcu, patrząc na polski tytuł, Niko ryzykuje życie, by "uratować Święta". I choć śniegu w każdej scenie dostatek, tego bożonarodzeniowego uroku praktycznie w filmie nie ma. Temat Świąt pojawia się właściwie tylko przy okazji zaprzęgu Świętego Mikołaja. A gdy Niko wreszcie dociera do miejsca jego stacjonowania, kwestią numer 1 jest wtedy (słusznie zresztą) jego ojciec. I kilkakrotnie rzucony tekst "Dziś Wigilia", nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia. Dla mnie film mógłby się u nas pojawić równie dobrze we wrześniu lub marcu.

Nierówna, tak jak cały film, jest również sama animacja. W niektórych scenach powiedziałbym, że przebija to, co pokazują nam studia ze Stanów Zjednoczonych. W innych - razi sztucznością. Jedne postaci narysowane są z dbałością o każdy szczegół (jak chociażby Niko czy Juliusz), kolejne wyglądają, jakby zostały wycięte z innej bajki (takiej sprzed kilkunastu lat). Właściwie jedyną rzeczą, która od początku do samego końca utrzymuje się na najwyższym poziomie, jest dubbing. Nie ma tutaj żadnego słabego punktu. Jarosław Boberek, Anna Dereszowska (jak ona śpiewa!), Agnieszka Dygant czy wspomniany już Piotr Fronczewski, są po prostu rewelacyjni. Dobrze spisuje się też Janek Rotowski podkładający głos pod głównego bohatera. Trochę za bardzo starał się chyba Marcin Prokop, eksperymentalnie obsadzony jako ojciec Niko, ale ostatecznie również utrzymuje poziom swoich kolegów i koleżanek z sali nagrań. Jednak, jak wiemy, "Polska dubbingiem stoi" - czemu tym razem miałoby być inaczej.
No to sobie pomarudziłem... A w końcu idą Święta. Nie bądźmy tacy okrutni. Prawda jest taka, że dzieciom ten film się spodoba. Pytanie tylko - co im się ostatnio w kinie nie podobało..? Z odpowiedzią pewnie byłby problem, ale to temat na zupełnie inny tekst. Główny bohater sprawia bardzo sympatyczne wrażenie, z wyrzutka staje się bohaterem, a więc wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wilki niejedno dziecko zmuszą do nerwowego obgryzania paznokci, a pozostałe postaci drugoplanowe będą rozbawiać i ożywiać fabułę. Trzeba też zaznaczyć, że końcówka filmu jest naprawdę bardzo dobra. Zostawia pozytywne wrażenie, a to rzutuje na cały seans. Morał jest piękny, mądry i niebanalny - to pewne. Z kina wychodzi się z uśmiechem na twarzy. I tak teraz sobie myślę - "czego właściwie chcieć więcej?". Niby niczego. Ale gdy Pixar co roku wypuszcza takie perełki jak "Gdzie jest Nemo?" czy "Odlot", poprzeczka wisi naprawdę wysoko. Dreamworks stara się zabijać nas śmiechem, Disney szykuje się do wielkiego powrotu klasycznej animacji i przypomnienia sobie Złotej Ery początku lat '90. Panowie Hegner i Juusonen odpowiedzialni za "Renifera Niko..." mogli się w tej rywalizacji całkiem nieźle odnaleźć. Ale nie poszli za ciosem. Spasowali. Ich film jest po prostu fajny, przyjemny i poprawny. To dzisiaj za mało. Zachwycać się nim można tylko w kontekście kraju produkcji i przy porównaniach np. z taką "Gwiazdą Kopernika". A tego twórcy by pewnie nie chcieli. Ja jednak bacznie będę śledził ich kolejne projekty. Potencjał mają bowiem spory. Trzeba go tylko uwolnić.

PS: Jeśli nie lubicie odpowiadać na krępujące pytania Waszych dzieci lub młodszego rodzeństwa, lepiej odpuśćcie sobie ten film i wybierzcie się z nimi na coś innego. Myślę bowiem, że dzieciaki będą żądały co najmniej kilku wyjaśnień. ;)


Niko - Lentäjän

Polski tytuł: Renifer Niko ratuje Święta
Czas trwania: 75 minut
Rok produkcji: 2008, Dania, Finlandia, Irlandia, Niemcy

Reżyseria: Michael Hegner, Kari Juusonen
Scenariusz: Marteinn Thorisson, Hannu Tuomainen
Montaż: Per Risager
Muzyka: Stephen McKeon

Wystąpili (polski dubbing): Jan Rotowski, Elżbieta Jędrzejewska,
Jarosław Boberek, Anna Dereszowska, Piotr Fronczewski,
Agnieszka Dygant, Aleksander Bednarz, Marcin Prokop

Autor recenzji: Karol Barzowski - The Talented Mr. Ripley
Klub Miłośników Filmu, 4 grudnia 2009


STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE