Strona główna KMF





Five hundred twenty-five thousand six hundred minutes -
How do you measure, measure a year?


Na samym początku widzimy osiem postaci na pustej scenie - osiem postaci śpiewających o miłości. O pięciuset dwudziestu pięciu tysiącach minut wypełnionych dniami i nocami, wschodami i zachodami słońca, kubkami wypitej kawy. Te symboliczne pięćset dwadzieścia pięć tysięcy sześćset minut - rok, w którym zamknie się akcja musicalu - będzie uświadamiało bohaterom upływ czasu; konieczność podjęcia najważniejszych decyzji; kruchość własnej egzystencji i znaczenie... miłości właśnie. Słyszymy, że miłość jest najważniejsza. Że nią należy wszystko mierzyć; patrzeć na świat przez pryzmat miłości i przyjaźni. Potem światła gasną.




Fabuła "Rent" nie jest pomysłem świeżym; już wersja sceniczna, legendarny musical Jonathana Larsona (nagrodzony Pulitzerem i dwoma nagrodami Tony), był (niezbyt) luźną adaptacją "Cyganerii" Pucciniego, do której to libretto Luigi Illica i Giuseppe Giacosa napisali, opierając się na "Scenach z życia cyganerii" Henri Murgera (tym samym zapewniając Murgerowi miejsce w kanonie francuskiej klasyki). "Rent" przenosi akcję z Paryża epoki balzakowskiej do Nowego Jorku u progu ostatniej dekady XX wieku, gdzie znana fabuła zostaje przystosowana do współczesnej konwencji, przetrawiona i "przetłumaczona" na język współczesności. "Rent" jest więc jakoby adaptacją do sześcianu - co skłania do pytania o wartość tylokrotnie przerabianego materiału. Czy powtarzana w kółko ta sama historia, przechodząca przez filtr różnych epok i opierająca się nawet nie tyle na przestawieniu akcentów, co "podkładaniu" dawnych bolączek na bolączki dzisiejsze, ma prawo istnienia? Czy to syndrom czasów, które gardzą oryginalnością, czy może rozsądne wyciąganie na powierzchnię tego, co uniwersalne i nieśmiertelne (patrz: "Romeo i Julia" w mistrzowskiej adaptacji Baza Luhrmanna)?


24 grudnia 1989 roku, godzina 21:00. Widzimy Marka Cohena (Anthony Rapp), filmowca-amatora, poruszającego się po mieście z kamerą przymocowaną do kierownicy roweru. Mark dzieli mieszkanie ze swoim przyjacielem Rogerem (Adam Pascal), muzykiem zarażonym wirusem HIV, a przy tym cierpiącym na nieustanny brak weny. Jest tu też Mimi (Rosario Dawson), striptizerka-narkomanka o egzotycznej urodzie; wykładowca Collins (Jesse L. Martin) i jego chłopak, drag-queen imieniem Angel (Wilson Jermaine Heredia); eks-dziewczyna Marka, Maureen (Idina Menzel) pozostająca obecnie w burzliwym związku z prawniczką Joanne Jefferson (Tracie Thoms); oraz Benny (Taye Diggs), dawny kumpel Marka i Rogera, który ożenił się z córką właściciela zajmowanej przez nich kamienicy, a teraz doprasza się spłacenia zaległego czynszu.
Mark wraca do domu. Słyszymy: od tej pory będę kręcił ten film bez scenariusza.




Bohaterowie "Rent" dawno już utracili możliwość wpływania na własny los - lub przynajmniej tak im się wydaje. Zrezygnowany Roger, pogrążony w rozpaczy po śmierci swojej dziewczyny, która nie potrafiła żyć z HIV, unika Mimi, jakby z lękiem, że uda mu się znowu kogoś pokochać. Joanne i Maureen żyją z dnia na dzień. I tylko Angel, dusza towarzystwa, i towarzyszący mu Collins, potrafią się bezinteresownie uśmiechać. Ale przecież i nad nimi wisi widmo AIDS. To Boże Narodzenie może być ostatnim w ich życiu. A jeżeli nie, to następne.
To film pozbawiony w gruncie rzeczy moralizatorstwa. Cała gama tematów, które zostały tu jedynie zasygnalizowane, wtapia się bezpośrednio w fabułę. Bieda, narkomania, AIDS, granica pomiędzy chciwością a rozsądkiem, homoseksualizm, biseksualizm - wszystko to zostaje pokazane, ale pozostawione ze strony postaci bez komentarza. Niedbałość czy logiczny zabieg artystyczny? Raczej to drugie, bo to w końcu stałe elementy życia bohaterów; elementy, które po prostu są. Istnieją. Trwają.


Osiem postaci na scenie. Każda z nich dokonała - nieważne kiedy - mniej lub bardziej świadomego wyboru. Rozpoczynając życie na łonie artystycznej bohemy (w dużym uogólnieniu; Benny przecież życie "cygana" porzucił, a Joanne wywodzi się ze zgoła innego środowiska), wypowiedziała się za pewną konkretną drogą życiową - i koniec. Nieważne, czy uznamy to za głupotę, czy szczyt szlachetnego idealizmu, poświęcenia w imię Wolności. "Bohema jest martwa", słyszymy zresztą. Ci ludzie o nic nie proszą. Żyją chwilą - bo tylko chwile niektórym z nich pozostały. Nie błagają o jałmużnę. Nie błagają o akceptację - szyderczo uśmiechają się do "niewolników w białych koszulach". Żyją w zamkniętym kręgu przyjaciół, jakby nie było "zewnętrznego" świata (nie jest on nawiasem mówiąc taki straszny, jak się później przekona Mark). Oczywiście, że od czasu do czasu pojawia się rozgoryczenie. Ale oni wolą je przeżywać w głębi siebie, lub wśród znajomych twarzy. Cudaki, które przyjaźnią się z dziwolągami. Dziwolągi, które przyjaźnią się z cudakami. Pełne żalu status quo, które zostanie docenione. Liczą się przecież tylko oni. Ze swoją nonszalancją i niechęcią do wszelkich zasad. Liczy się bliskość. Liczy się przyjaźń.




Ale "Rent" to przede wszystkim, jak na musical przystało, rytm i melodie, wyczuwalne nawet w momentach podkładu muzycznego pozbawionych, jakby i dialogi, i gesty zostały ujęte w takty. To piękne piosenki o miłości ("Seasons of love"), które przechodzą w ostre, rockowe kawałki, manifestacje owego "życia tu i teraz" ("Rent", "Out tonight"). To historie żalu ("You'll see", "I should tell you", "Will I") i niespełnienia ("One song glory"), ale też utwory tryskające humorem ("Today for you"), ironią ("Santa Fe") i jadowitą złośliwością, która niespodziewanie przeradza się w... sympatię ("Tango - Maureen"). A nad tym wszystkim unosi się duch kąśliwego, ironicznego hymnu owej wielce osobliwej zbieraniny wariatów i indywiduów: "La Vie Boheme"... Wszystko to zaśpiewane z uczuciem i bez jednej nuty fałszu, bo też obsada, którą podziwiamy, z bohaterami "Rent" jest już od lat oswojona; pomijając Rosario Dawson i Tracie Thoms, są to weterani desek Broadwayu, którzy w 1996 roku grali te same role, śpiewali te same piosenki. Szkoda tylko, że ujmujące w klamrę alternatywne zakończenie musicalu - powrót na pustą scenę z ośmiorgiem bohaterów - nie zostało włączone do wersji kinowej.


Zostało mało czasu. Trzeba cieszyć się chwilą, nie pozwolić sobie na rozstania; więzi mają się zacieśniać, a nie boleśnie rozrywać. Ile kubków kawy do wypicia zostało im - Collinsowi, Rogerowi, Mimi (której oryginał zresztą w finale "La Boheme" umiera)? W ostatnich sekundach filmu widzimy zamyśloną, acz pogodną twarz Angela. Spojrzenie z zaświatów?
To dobry film. I, w ostatecznym rozrachunku, niezwykle optymistyczny. Bo przecież miłość wygrywa. Pozwoli nam przetrwać kolejne pięćset dwadzieścia pięć tysięcy sześćset minut.


Remember the love!
Seasons of love...!






Rok i kraj produkcji: 2005 / USA
Czas trwania: 135 minut

Reżyseria: Chris Columbus
Scenariusz: Stephen Chbosky
Na podstawie sztuki: Jonathan Larson
Zdjęcia: Stephen Goldblatt
Muzyka: Jonathan Larson

Obsada:
Anthony Rapp, Adam Pascal, Rosario Dawson, Jesse L. Martin, Wilson Jermaine Heredia, Idina Menzel, Tracie Thoms, Taye Diggs i inni


Wyślij e-mail Autorka recenzji:
Klara Kukowska - ARTEMIS
Klub Miłośników Filmu
16.07.2007