D I S C L A I M E R :
Przepraszam ze emocjonalny ton i dość słabą merytorycznie recenzję.
Starałem się stworzyć coś ponad to, co stworzył reżyser opisywanego filmu,
ale skończyło się na tym, że dostosowałem się po prostu do jego poziomu.
I niech to będzie najlepszą reklamą "Resident Evil - Zagłady".
Na początku chciałbym zaznaczyć, że nie mam uprzedzenia do gier komputerowych ani konsolowych. Nastoletni wiek niemal w całości poświęciłem na uderzanie w klawisze czy to klawiatury, czy pada, przez co moje palce rozrosły się do nienaturalnych rozmiarów (zwłaszcza kciuki) i wyginać je potrafię bardziej niż kawałek drutu. Grałem tak długo, że pewnie dlatego w wieku już -stoletnim lekko niedowidzę. Grałem też w dwie części "Resident Evil", na podstawie których nakręcono bardzo przyzwoitą, pierwszą część filmu. W części następne już nie grałem, więc nie wiem na ile "RE: Apokalipsa" była filmem wiernym, ale wiem na ile była filmem niedobrym. Wiem też, że trzecia część trylogii, część która właśnie trafia na nasze ekrany, najmniej ma chyba wspólnego z klimatem gry, gdyż jest to wyssana z palca, żenująca w warstwie fabularnej opowieść, która nuży, nudzi, irytuje i poraża poziomem prostoty przewidzianej dla widza mniej-więcej 10-letniego.
|
 | |
W zasadzie powyższym akapitem mógłbym zakończyć już opowieść o tym potworku - jeśli jeszcze Cię nie odstraszyłem, drogi czytelniku, to zapraszam do lektury akapitów kolejnych, z których pierwszy już czytać zacząłeś. A więc (zdaję sobie sprawę, że nie należy zaczynać zdania od "a więc", ale tak samo zdaję sobie sprawę, że filmów nie należy zaczynać bezsensownymi, przewidywalnymi nawiązaniami) wirus, znany z dwóch poprzednich części okazał się bardziej upierdliwy, niż starania Paula W. S. Andersona w ekranizowaniu kolejnych części tej niemartwej serii. Wirus tak naprzykrzał się ludziom w Ameryce, że ci postanowili roznieść go na cały świat. I cały świat niemal wyginął. Uschły drzewa (kto mi wytłumaczy dlaczego, poza zwykłym "bo tak"?), zaczęły schnąć oceany ("bo tak"), a po wyludnionych pustyniach zaczęły pałętać się chmary zombie (które mogą przetrwać bez mięsa całe dekady, "bo tak") - wielce niebezpieczne dla ostatnich jednostek ludzkich, gdyż głodne ich mięsa i spragnione ich krwi. Jednostki ludzkie zaczęły więc jednoczyć się w skupiska - stale wędrujące, nigdzie nie zatrzymujące się na dłużej konwoje. Koczowniczy tryb życia wymuszony został faktem, że zombie, jak każdy przecież wie, mają doskonale wyostrzone zmysły i potrafią wyczuć człowieka z odległości dziesięciu staj ("bo tak")! Nie potrafią one jednak wyczuć, że gdzieś, hen daleko na Alasce znajdują się jeszcze niezniszczone połacie planety ("bo nie"). Że na północy kontynentu amerykańskiego drzewa istnieją, jest woda, jest raj ("bo tak"). Tak więc na wschód i zachód od potężnego USA wyginęło wszystko, ale Alaska jest nietknięta ("bo tak"). I wie o tym tylko jedna osoba na świecie - Alicja ("bo tak"). I Alicja jeździ w tę i we w tę i szuka Alaski, ale mając nadludzkie zmysły Alaski znaleźć nie potrafi ("bo nie"). Ale Alicja wie coś jeszcze! Ktoś Alicję śledzi ("ale kto?")! Wieje więc z ekranu grozą, gdyż na orbicie upadłej planety krążą jeszcze absolutnie sprawne mega-satelity ("bo tak"), które Alicję śledzą. Ktoś ma, zupełnie nie wiedzieć czemu, złe wobec niej zamiary...
|
 | |
Już samo zawiązanie akcji, jak widać, jest obrazą dla rozumu - nawet wyłączonego i przygotowanego na debilizmy. Nie dość że wywalono z serii najfajniejszą postać (Jill Valentine była jedynym jasnym punktem "RE:A"), to jeszcze postanowiono uczynić z tego filmu coś jakby skrzyżowanie "Mad Maxa", "Wodnego Świata", "Alone in the Dark" oraz "House of the Dead". W zamyśle dość odważne chyba połączenie tradycji z nowoczesnością, klasyki z awangardą. Mamy więc pustynie, mamy gdzieś na północy raj i mamy powrzucane na chybił-trafił szalenie emocjonujące momenty akcji, podczas których nie zamykają nam się ze znudzenia usta. A w czasie kiedy nie ziewamy, denerwujemy się. Ali Larter i Milla Jovovich stworzyły na ekranie najbardziej niewspółgrający chemicznie duet w historii. Nie dość, że ta pierwsza ma wyraz twarzy człowieka z chorobą jelit, to ta druga, jakby była wielce przepiękna, na ekranie pojawia się nago jeszcze częściej niż w samym anty-piaskowym skafandrze, siejąc defetyzm swoją anoreksją. Nie ma tu oczywiście mowy o epatowaniu golizną, wszak to film dla widzów niewymagających, ale młodych. Twórcy nieco się widzom rehabilitują serwując nam suspens - mocno się dzięki ich pracy zastanawiamy do jakich jeszcze zgrzytów, poza martwymi dialogami, fabularnymi dziurami i poszatkowaniem już poszatkowanego dojdzie w trakcie seansu. A tych doświadczamy równie często co jesiennego deszczu w kraju nad Wisłą. Tak prawdę mówiąc, to przez stężenie durnoty, ale nie tylko, nie wiadomo o co w tym filmie chodzi. Trudno powiedzieć, czy jest to film o zombie, czy jest to film o zemście na zombie i innych, jeszcze nie-zombie. Czy jest to może alegoria na zdegenerowany współczesny świat zaludniony przez zombie, czy dramat przedstawiający kryzys tożsamości dojrzałej już kobiety walczącej o swoje prawa w świecie zombie. Po co to zostało nakręcone, pozostanie wielką tajemnicą. Tajemnicą zombie. Nie wierzę, że zamysłem twórców był zarobek. Podejrzewam, że chodziło tu bardziej o celową auto-kompromitację. Albo o zombie.
|
 | |
Byłby to film bardzo, bardzo dobry, gdyby nie fakt, że jest żenująco wręcz słaby. I nie ratuje go ani bardzo dobra charakteryzacja, świetne plenery i wiarygodna scenografia czy całkiem strawne efekty specjalne. Ten film został zarżnięty zanim tak naprawdę się narodził. Jest to jedna z najbardziej niepotrzebnych produkcji filmowych w dziejach - już chyba bardziej na miejscu byłby sequel "Listy Schindlera" czy reaktywacja Gibsonowskiej "Pasji". A najbardziej przerażający jest fakt, że otwarte zakończenie tego gniota daje podstawy do oczekiwania na część czwartą. Ale ja już mam pomysł jak wkurzyć autorów "Zagłady Resident Evil" jeszcze bardziej niż oni wkurzyli mnie. Część czwartą ściągnę sobie z internetu, a potem rozdam wszystkim znajomym, a nieznajomym posprzedaję, coby sobie trochę dorobić, w zamian za czas stracony na oglądanie części trzeciej i wynagrodzić sobie finansowo pisanie tej recenzji. A jeżeli pójdę za to siedzieć, będzie to i tak o wiele bardziej ciekawsze i pouczające zajęcie niż torturowanie siebie wypocinami w reżyserii Russella Mulcahy'ego.
CIEKAWOSTKA: chociaż wyżej zrecenzowany film jest pokalaniem celuloidu, uważny widz doszuka się w nim polskiego akcentu. Otóż jeden z bohaterów walczy z hordami nieumarłych przy pomocy pistoletu maszynowego wyprodukowanego w radomskiej Fabryce Broni "Łucznik". Używany w filmie model to PM-98, który jest zmodernizowaną wersją pistoletu PM-84P "Glauberyt". Jest to ponoć bardzo dobra broń, która bywa znacznie celniejsza niż popularne na całym świecie UZI. Niestety pojawiła się ona na rynku zbyt późno i nie zdołała zdobyć większego uznania. Pozostaje więc pytanie: czy warto dla tej, wypluwającej z siebie 640 nabojów na minutę drobinki wybrać się na seans "Zagłady"? Odpowiedzią na tę jakże frapującą zagadkę niech będzie inna, łatwiejsza. Otóż, czy warto było udać się do kina na "Wiedźmina" dla piersi Grażyny Wolszczak? Amatorzy będą wiedzieć. Pozostałym osobom wystarczy zdjęcie obok. (ciekawostkę nadesłał nasz czytelnik, Przemysław Konicki) | |  |
 | |
RESIDENT EVIL: ZAGŁADA
Tytuł oryginalny: Resident Evil: Extinction
Rok produkcji: 2007, USA / Francja / UK / Australia / Niemcy
Czas trwania: 95 minut
Reżyseria: Russel Mulcahy
Scenariusz: Paul W.S. Anderson
Muzyka: Charlie Clouser
Zdjęcia: David Johnson
Montaż: niven Howie
Wystąpili:
Milla Jovovich, Oded Fehr, Ali Larter, Iain Glen, Ashanti, Christopher Egan,
Spencer Locke, Matthew Mardsen, Linden Asby
 |
|
Autor recenzji:
Michał Fedorowicz - hOPS
|
Klub Miłośników Filmu, 31.10.2007
|
|