Strona główna KMF
        
Gra - której reguł nikt nie pojmie...
Film - którego nikt nie zrozumie...
Recenzja - inna niż wszystkie ;)


Będąc uczniem szkoły podstawowej, a później i średniej, na lekcjach języka polskiego najbardziej nie lubiłem analizować wierszy. Ta forma wyrażania siebie przez autora, nigdy mnie nie kręciła, chyba dlatego, że wolę zdecydowanie czytać i oglądać rzeczy, które posiadają jako taką, ale fabułę. Fabułę, konkretny i w miarę czytelny przekaz a nie zbitkę słów, którą każdy rozumie na swój sposób, a i tak jedynym słusznym jest tok rozumowania nauczyciela, który swoją wersję interpretacji słów autora uważa za jedyną trafną i pałę każdemu, kto uważa inaczej. Zdawszy maturę i uwolniwszy się spod pręgierza nauczycieli, poprzyrzekłem sobie, że wszelką poezję będę omijał łukiem szerokim, a niezrozumiale i przesadnie pokręcone filmy łukiem szerszym dwakroć, choć poznawszy lat wiele później meandry kina, zdanie częstokroć zmieniać zmuszony bywałem. Bezsensowny wstęp do mojej recenzji filmu "Revolver" jest bezsensowny nie tylko na pierwszy rzut oka, albowiem kogo z czytelników może interesować moja szkolna przeszłość i to, że jestem pełen ignorancji dla słowa wierszowanego. Jednak o ile na pierwszy i drugi rzut oka ów wstęp wydaje się być nieudaną próbą ciekawego początku recenzji, tak na trzeci okiem rzut, znacznie zresztą okiem przymrużonym, ma swój cel i sens. Albowiem zasiadłszy do lektury nowego dzieła Guya Ritchiego i obejrzawszy jego całość, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w mojej głowie pulsuje jedno jedyne pytanie: Co poeta miał na myśli? O ile to pytanie lubię sobie zadawać i nie dostawać na nie odpowiedzi oglądając "Zagubioną autostradę", "Głowę do wycierania" czy "Nagi lunch" Panów Lynch (nie mylić z lunch) i Cronenberg, tak "Revolver" Pana Ritchie wydaje się przechodzić wszelkie zdrowo przyjęte normy niezrozumiałości dzieła filmowego, przy jednoczesnym braku tego czegoś magicznego, mrocznego i tajemniczego, co u Lyncha i Cronenberga fascynowało i nieprzerwanie przykuwało do telewizora, lub innego nadajnika nadającego owe znakomite, enigmatyczne do bólu, fascynujące totalnym odjechanizmem dzieła. Ritchie Guy, mąż od jakiegoś czasu Madonny piosenkarki wielkiej, popełniwszy lat kilka temu dwa niezwykłe gangstersko zakręcone obrazy w postaci "Porachunków" i "Przekrętu", swoim nowym dziełem zatytułowanym "Revolver", nadaje sens całkiem nowy dowcipowi o brzydkiej kobiecie, która pyta swojego męża, czy ma w sobie coś pięknego, na co mąż ów żartowniś odpowiada, że tak, ale on to zaraz wyjmie.
No właśnie, "Revolver" fajny jest jakby, coś ma zdecydowanie w sobie, ale co to jest, zależy od indywidualnego podejścia widza, który albo zobaczy w tym filmie gangsterską wersję "Zagubionej autostrady", albo za przeproszeniem nic nie zobaczy zupełnie. Albowiem na pewno jeden lub i niejeden się widz da wkręcić w 'grę, której reguł nikt nie pojmie' i będzie bawił się dosyć znakomicie oglądając formalne popisy Ritchiego Guya - zabawy z kadrowaniem, montowaniem, dźwiękowieniem, wpadającą w ucho muzyczką, wstawkami animacyjnymi (genialnymi o tak!), scenariopopisywactwem tudzież, ze sprytnym wykorzystaniem tytułu piosenki Pink Floydów "Shine on You Crazy Diamond" w monologu głównego bohatera podczas wypadku samochodowego. Owszem bowiem, film jest sympatycznie skręcony, nie brak w nim fajniutkich zamachów na próżne oko i ucho widza, nie brak też ulubieńca Ritchiego - Jasona Stathama (tu, jego najbardziej wymęczona rola w karierze), a i zupełnie wykręcona i niezrozumiała fabuła stanowić może zdrową gimnastykę dla mózgu odbiorcy "Revolveru" (nie kuli z niego). Ci drudzy widzowie, Ci którzy się upierają stanowczo przy stanowisku krytykowania "Pistolero" od góry do dołu, lub też od dołu do góry - rzecz gustu, wychodzą z kina zawiedzeni, zabiedzeni, zdegustowani i głodni, bo przeważnie po wyjściu z kina jest się głodnym. I tu jest właśnie pogrzebany pies nazwany największym mankamentem filmu Ritchiego; po pierwszym niestety seansie jesteśmy skołowani, tudzież zakręceni formalnym tańcem wywijańcem na ekranie, i złotymi myślami w stylu: "Jak chcesz grać dobrze, musisz grać z dobrym przeciwnikiem" - dla pewności powtarzanymi w filmie po około 17 razy, żeby widz zapamiętał je do końca życia, lub choć seansu. Przez dozy nudy, zakręconą jak barani róg intrygę i powtarzane że tak powiem do usrania złote myśli, nie mamy apetytu na drugi raz z "Revolverem", nasz mózg-żołądek wydaje się być napełniony pod sam korek i nawet miętowy płatek się już nie zmieści. O ile zatem "Zagubioną autostradę" katować można do znudzenia, bez znudzenia, pławiąc się w enigmatycznie mrocznym świecie Lyncha, tak średnia jest ochota na powtórne skosztowanie broni palnej sześciostrzałowej, której nazwę wykorzystał Ritchie do zatytułowania swojego nowego filmu. I gdy przychodzi pora na podsumowanie, czym jest "Revolver", rozkładam ręce w błogiej niewiedzy i niemocy, albowiem samemu gubiąc się począwszy od 40. minuty do końca filmu, nie potrafię stwierdzić, czy jest to kaszan okrutny, czy dzieło wszechpotężne, tak bardzo niezrozumiałe przeze mnie maluczkiego, który nie jest owego dzieła krytykować godzien, ni butów "Revolverowi" czyścić. Owszem, mam swoją interpretację tego, wizualnie i dźwiękowo zdrowego filmu; główny bohater wciąż siedzi w więzieniu, albo nigdy w nim nie był, jest jedną lub kilkoma postaciami, jest dobrem i złem, lub po prostu gra w szachy ze śmiercią lub samym sobą, żyje lub nie żyje, a może wszystko to zwykła gangsterska fabuła, tylko z wstawkami a'la Gollum gadający sam ze sobą w zablokowanej windzie - scena owszem świetna. Tyle napisałem fajnych rzeczy, a i tak nie czuję, żebym w jakikolwiek sposób zdradził Tobie Czytelniku, choćby 21 gram pokopanej fabuły "Revolveru". Takczysiak jest to film, który każdy musi sobie sam przeczytać i albo nadać mu własną interpretację umieszczając w nim coś pięknego, albo wyrzucić do kosza z napisem: "Głupie i nudne". Nadać mu etykietkę "kultowy" albo "kulawy". Tyle. Wszystkich zdegustowanych moją recenzją zapraszam do kina na "Revolver" i zdecydowanie ostrzegam, gdyż z lekkości formy i finezji scenariusza prezentowanych przez Ritchiego w "Porachunkach" i "Przekręcie" nie zostało tu wiele, a całość przygnieciona została ciężarem przekombinowania.


Revolver

Tytuł oryg: Revolver
Gatunek: Wykręcona sensacja
Rok prod: 2005 USA
Czas trwania: 115 min
Reżyseria: Guy Ritchie
Scenariusz: Guy Ritchie
Muzyka: Nathaniel Mechaly
Obsada:
Jason Statham,
Ray Liotta,
Andre Benjamin

e-mail
Autor recenzji:
Rafał Donica - DUX

Klub Miłośników Filmu, 18.11.2005