Dr. Jekyll & Mr. Hyde
/ UWAGA! Tekst
zdradzać może fabułę - co też czyni ;)/
|
Come on You Boy Child,
You winner and loser,
Come on You miner for truth and delusion, and shine!
|
Wiele jest filmów, w których to założenia
twórcy mijają się zupełnie z oczekiwaniami odbiorców. Tak też się stało
z najnowszym filmem Guya Ritchiego, który wygrał chociażby plebiscyt,
zorganizowany przez wypożyczalnię Lovefilm na najgorszy film roku 2005.
Niechlubne miejsce drugie przypadło "Aleksandrowi", dopiero na trzecim
znalazła się "Fantastyczna czwórka", a dalej "Be cool", "Melinda i
Melinda", "Szeregowiec Dolot", "Dom woskowych ciał", "Czarownica",
"Garbi - super bryka" i " Diukowie Hazardu".
Po cóż wymieniłam szereg tytułów powyżej? Otóż fakt, że w takim
zestawieniu znalazł się "Aleksander' czy "Melinda i Melinda", które to
filmy dodatkowo pokonały w rywalizacji "Garbiego - super brykę",
świadczy iż trudno podchodzić do owego zestawienia inaczej aniżeli z
ogromnym dystansem i nieufnością. Tak też należy spojrzeć na miejsce
pierwsze, którym Lovefilm nagrodził "Revolver". Owszem, Ritchie zawiódł
nie tak dawno publiczność, po sukcesach, jakimi były "Porachunki" i
"Przekręt", obdarowując ją "Rejsem w nieznane", rejsem z Madonną, który
to zaowocował zdobyciem garści Złotych Malin. "Revolver" miał stanowić
przepustkę, pozwalającą Ritchiemu ponownie wkupić się w łaski
publiczności, co ustawiało poprzeczkę bardzo wysoko. Wydawało się, że
pomysł wypali, a powodzenie miała zapewnić ciekawa fabuła i
współproducent Luc Besson, przykładający ogromną wagę ostatnio do
wizualnej strony filmów. Faktycznie, obraz jest dopieszczony pod kątem
technicznym bardzo czule i ową troskliwość można uświadczyć w każdym
niemal ujęciu. Świetne zdjęcia, montaż, niezła muzyka i ciekawe wstawki
animacyjne. Niestety, zawiodła ponoć fabuła. Wielokrotnie spotkałam się
z pytaniem: "O co w tym filmie chodzi?", a także z oskarżeniami o
nielogiczność i zbytnią zawiłość. Jeżeli faktycznie w tym leży klucz,
otwierający drzwi niepowodzenia, przez które Ritchie musiał przejść,
wydaje się to być całkowicie absurdalne, albowiem fabuła jest doprawdy
banalna, wraz z mijającymi minutami dowiadujemy się co jest prawdą, a co
fikcją. I na tyle dosłownie jest nam podane rozwiązanie, iż może nawet
psuć zabawę, wynikającą z rozwikłania samemu owej historii.
Autor rzekł o swym dziele iż nie jest to
"bardzo skomplikowany film, ale zrobienie z tego opowieści, ubranie w
odpowiednie słowa, było raczej trudne". Praca nad ubieraniem w owe słowa
trwała trzy lata i efekt okazał się być niestety mierny, w końcu miała
to być rozrywka, a kino czysto rozrywkowe jest nastawione na to, aby
trafić do jak największego grona odbiorców. Widzowie zawiedli, zawiódł
sam pomysł Ritchiego, najwyraźniej pokładającego w publice nazbyt
ogromną wiarę. Szkoda, iż tak negatywnie przyjęto ów ciekawy pomysł,
zwłaszcza że opowieść, jaką mamy możliwość obserwowania jest tą samą,
którą obserwowaliśmy już wcześniej. Jest to opowieść o kancie
doskonałym, pokazująca że każdego można oszukać, a do zobrazowania owej
reguły po prostu wybrana została forma znacznie bardziej wyszukana
aniżeli poprzednio. Jak się jednak okazuje, należało pracować nad "Revolverem"
tyle co nad "Przekrętem" - zatem trzy miesiące, powołując do życia kalkę
poprzedniego i mogąc liczyć na zastępy wiernych fanów. Tyle, że ów film
wcale nie jest bardziej skomplikowany, aniżeli jego poprzednicy.
Możliwe, iż przeoczyłam wiele elementów, skoro wraz z pierwszym
ujrzeniem wydało mi się iż sama oś fabuły pozbawiona jest możliwości
wielorakiej interpretacji, albowiem wraz z rozwijającą się akcją, takiej
interpretacji dokonuje sam twórca. Owszem, w całość zostają wplecione
liczne retrospekcje, następują wersje zdarzeń, interpretowane w różny
sposób, w zależności od wiedzy czy domysłów osoby, która przedstawia swój
punkt widzenia, pojawiają się postaci, które widzimy, które wygłaszają
dialogi, a których faktycznie nie ma. Zmienia się nam osąd o wielu
bohaterach, ten, który wydaje się być wytrawnym graczem i pozwala sobie
na przegrywanie potyczek, po to aby wygrać znaczącą bitwę, okazuje się
być w rzeczywistości miernym zawodnikiem, nie widzącym że przeciwnik
oddaje bitwy, aby wygrać wojnę. Z drugiej zaś strony, jeżeli przeciwnik
jest wyimaginowany to pułapka zastawiona przez bohatera na samego siebie
zdaje w stu procentach egzamin, a widz raz kolejny innemu osądowi
poddaje ową postać, która jeszcze przed chwilą wydawała się być ofiarą
kantu doskonałego. Cóż, czy brzmi to zawile? Możliwe, a jednak tylko to
tak wygląda, gdy chcemy w jednym momencie, w kilku słowach ogarnąć
całość. Ów problem nie występuje, gdy patrzymy na obraz, bo każda minuta
zbliża nas do rozwiązania. Mimo to pozwolę zacząć od początku - czyli
zarysu fabuły, który to krok wydaję się być uzasadniony niezliczonymi
oskarżeniami o zawiłość i brak koherentnego ujęcia...
Jake Green (bardzo dobry Jason Statham)
ma problemy z pieniędzmi. Ma problemy, gdyż jest to jego prawdziwa
obsesja, nie potrafi z nich zrezygnować. Pieniądze są jego nałogiem,
życiem, jego chorobą. Pieniądze rodzą wrogów, stwarzają
niebezpieczeństwo, wyłaniają niekontrolowane pożądanie, a w przypadku
Jake'a Greena wpędzają go w świat iluzji, który musi powołać do życia,
aby móc wyzwolić się od uzależnienia i pokonać swego największego
przeciwnika, czyli samego siebie. Tak oto najprościej można streścić
fabułę "Revolveru" . Reszta to już użyte środki, służące do zobrazowania
twierdzenia, że największym MOIM wrogiej, jestem JA sam. Jest to zatem
film o słabościach, słabościach które uosabiane są przez konkretnych
bohaterów.
Bardzo wyraźnie mamy ukazane elementy świadczące o tym co jest fikcją, a
co jest prawdą, opierając się jednocześnie na motywie schizofrenii
bohatera, która po pierwszym seansie wydaje się być czymś oczywistym.
Nie przypadkowo pojawia się nazwisko "Gold", będące ucieleśnieniem tego,
co Green kocha najbardziej - zatem pieniądze, nieprzypadkowo jeden z
aniołów stróżów bohatera zna jego myśli i odpowiada na nie, mimo że
żadne pytanie nie pada, nieprzypadkowo w końcu całość ma iście komiksową
formę, co podkreślają tym mocniej animowane wstawki. To wszystko
świadczy o nierealności świata przedstawionego, co tym mocniej akcentuje
ciągłe operowanie sentencjami, powoływanie się chociażby na świetnego
taktyka, jakim był Juliusz Cezar. Green toczy wojnę, wojnę, którą chce
za wszelką cenę wygrać, a toczy ją ze samym sobą, ze swą chciwością,
której uosobieniem jest Gold. To, że Gold jest Greenem (i odwrotnie)
jest powiedziane wprost - a mówi to chociażby Avi, podczas gry w golfa
(gdyby ktoś miał wątpliwości, wskazując jednocześnie na głowę, jako
miejsce zamieszkania "Pana Tajemniczego" ;)). Tyle wiemy na pewno.
Kwestią dyskusyjną może pozostać to, czy Green jest w więzieniu, czy
kiedykolwiek tam był. Oczywiście - jego więzieniem jest jego słabość,
jego alter ego. Nie wydaje mi się raczej prawdziwe natomiast, aby
kiedykolwiek znalazł się za kratkami, w rozumieniu budynku, w jakim
przebywają skazani. To bowiem tu poznaje Aviego i Zacha, mistrzów gry.
Tyle, że oni nie istnieją, zatem nie może też istnieć więzienie, z
którego tak łatwo znikają, a strażnicy nie mogą szukać kogoś, kogo nigdy
nie było. Ci dwaj to wytwory wyobraźni Greena, mające za zadanie pomóc
mu zabić pana Golda. Oczywiście istnieją też realni wrogowie -
przyjmijmy że takim jest niejaki Macha (postać nieźle odtwarzana przez
Raya Liottę). Green przekonuje go, iż tak naprawdę to on jest Goldem (co
jest proste, jeżeli pamiętamy o słowach Aviego, stwierdzających że wróg
jest w każdym z nas, Gold zatem to personifikacja najgłębszej słabości),
a ów doprowadzony do ostateczności popełnia samobójstwo. Zło zostaje
unicestwione. Zarówno to prawdziwe, jak i to, odzwierciedlające naturę
każdego człowieka. I to wydaje się stanowić puentę owego dzieła, czyli
to, z czym do czynienia mieliśmy chociażby w "Jądrze ciemności", tyle że
tym razem w oprawie gangsterskiej - zatem każdy kiedyś musi stanąć ze
swym demonem twarzą w twarz. Green robi to, dobrowolnie wchodząc do
windy, w której to znajduje się Gold...
Zarzut o nielogiczność fabuły jest zatem
absurdalny, to nie Lynch, gdzie bazować należy zwłaszcza na
interpretacjach. Interpretacje w "Revolverze" są wyłącznie dodatkową
atrakcją, bliżej dziełu Ritchiego do zabawy w kino, jaką wciąż prowadzi
Tarantino. Niestety, bez jego lekkości, trafności i inteligencji, a
jednak na dobrej drodze ku temu. Trudno "Revolverowi" odmówić spójności,
ba, o ile początkowo Ritchie wprowadza widza w błąd, to dość szybko
rozwiązuje wszelkie wątpliwości, czyniąc fabułę nad wyraz klarowną.
Fabułę, uzupełnioną zostaje znakomitą oprawą wizualną, momentami niezłego
humoru i świetnym aktorstwem. Jest też oczywiście nasączenie symboliką,
pojawia się wiele elementów, w których można się rozsmakować, które
chociaż nie zmieniają wiele w rozumieniu fabuły, znacznie ją wzbogacają,
pozwalając na głębszą interpretację owego kina wyłącznie rozrywkowego.
Tak też uzasadnienie ma nazwisko, jakie nosi Jack, uzasadnienie ma motyw
gry w szachy, czy też moment, kiedy Ritchie odwołuje się do mitologii,
zatrzymując windę między 12 a 14 piętrem. Można pobawić się w
rozszyfrowanie tego wszystkiego. Można także pokusić się o
interpretowanie poszczególnych elementów składowych, o refleksję nad
tym, jaka postać odzwierciedla jaką cechę charakteru, albowiem wszystkie
z nich są kreślone wyraźnie i pewnie, osadzone w świecie, gdzie dokonuje
się retuszu rzeczywistości, poprawia ją wizualnie i pozwala na
odbieranie w sposób intensywny.
Samo osadzenie schizofrenika w światku
gangsterskim idealnie koresponduje z przedmiotem jego obsesji,
wprowadzającym go w stan rozdzielania osobowości. Pan Gold dla owego
środowiska jest reprezentatywny. Każdy ma go w sobie, bowiem jest to
enklawa ludzi, gdzie dominującą rolę spełniają władza i pieniądze. To o
nie się gra, do nich dąży, je chce zatrzymać, odebrać konkurencji, dla
nich zabija. Pan Gold jest tym, kto budzi strach, kto pociąga za
wszelkie sznurki. Kto zaś będzie panem Goldem i kto pozwoli mu się zdominować
zależne jest od tego, kto akurat dysponuje najbardziej pożądanymi
atrybutami - zatem złotem, pod postaciami narkotyków, stosu banknotów,
uzyskiwanych na drodze morderstwa, oszustwa, wygranych poprzez hazard.
Gold to pan Hyde, ciemna strona ludzkiej natury, wygrywający nad
doktorem Jekyllem. Istnieją różne sposoby na to aby Hyde został
uśmiercony, jednym z nich jest oczywiście samobójstwo, ale czy sprytny
kanciarz nie zna innego wyjścia, aniżeli to preferowane przez
romantyków? Faktycznie, w owej opowieści nie ma niczego nowego, jest to
temat poddawany eksploatacji już wielokrotnie, dlatego aby raz kolejny
nie wyzyskiwać wtórnej opowieści, podając ją we wtórnej oprawie,
należało uatrakcyjnić tą ostatnią i wbrew części głosów, uważam że udał
się ów zabieg w stopniu wysoce zadowalającym. Kilkakrotnie wspomniałam o
dobrym aktorstwie, które stanowi dodatkową atrakcję - ot, kolejny
diamencik, ślicznie błyszczący. Oczywiście Ritchie zatrudnił ponownie
Jasona Stathama, o którym twierdzi że chociaż go nie lubi, nie ufa mu i
zdecydowanie jako gracza w szachy nie szanuje, to świetnie się z nim
pracuje ;). Statham i tym razem sprostał wymaganiom reżysera, chociaż
bardziej aniżeli gra po prostu JEST na planie. Cóż, taka kreacja, której
przeszarżowanie byłoby zdecydowanie szkodliwe. Na znacznie więcej mógł
sobie pozwolić natomiast Ray Liotta, z którym to reżyser "Revolveru" od
dawna pragnął coś nakręcić. Została mu powierzona rola Machy, gangstera,
który wciąż przesiaduje w solarium, co daje już pewne wskazówki odnośnie
jego osoby. Twardziel, korzystający z "uroków" sztucznego słońca jest
postacią słabą. Lubi okazywać złość, wpadać w furię, jednakże tylko w
momentach, w których czuje się bezpiecznie. Gdy przychodzi mu stanąć
twarzą w twarz z własnym strachem, na marchewkowej twarzy pojawiają się
łzy, zapowiadające jego niechlubny koniec. Liotta spisał się bardzo
dobrze, tworząc wizerunek gangstera, jakże odległy od tego, z jakiego go
pamiętamy dzięki mistrzowskiemu filmowi Scorsese, zatem postaci
Henry'ego Hilla. Tu jest parodią samego siebie. Trzecią z sylwetek,
szkicuje André Benjamin, stanowiący współzałożyciela i jednocześnie
połowę zespołu Outkast. Wypada nad wyraz przekonująco, czy to jako
miłośnik golfa, mistrz szachownicy, bezwzględny egzekutor długów, czy
nauczyciel, pozwalający Greenowi wydostać się z pułapki, w którą ów
wpadł. Oczywiście reszta obsady spisuje się równie dobrze, a na uwagę
zasługuje zwłaszcza Vincent Pastore, odgrywający rolę drugiego, obok
Zacha, psychoterapeuty głównego bohatera, Tom Wu jako wybuchowy Lord
Jim, który stawia warunki, a nie o nich dyskutuje oraz Mark Strong -
zabójca Sorter, który nigdy się nie myli, bez zmrużenia okiem potrafiący
urządzić rzeź, a przy tym wyglądający rzecz jasna jak niepozorny
księgowy ... Konglomerat barwnych postaci, będących kalkami wielu
podobnych, nie raz jeden przewijających się przez kino, na przestrzeni
całej jego historii, a jednocześnie burzących ustalone wzorce, stanowi
miłą atrakcję. Czy można się nie uśmiechnąć gdy profesjonalny zabójca
stwierdza że porażka została mu przepowiedziana?
Film zatem polecam, może w formie
propozycji zapomnienia na pewien czas o negatywnym odbiorze owego dzieła
przez znaczną część publiczności, który można tłumaczyć, w sposób, w
jaki Ritchie tłumaczy czym może być Gold, a tłumaczy owo zjawisko
zbiorową halucynacją. Zatem obejmijmy chwilową amnezją wszelkie
reprymendy wystosowane względem najnowszego tworu Ritchiego i pozwólmy
sobie na delektowanie się wyśmienitą oprawa wizualną "Revolveru",
tańczącą w głowie muzyką, przypominającą kompozycje Ennio Morricone,
cudownymi, często przerysowanymi, kreacjami aktorskimi, pamiętając przy
tym, iż to wszystko to lśniący diament, piękny, ale nie mający żadnych
właściwości magicznych. Pozwólmy zatem aby lśnił, a my mogliśmy się owym
blaskiem delektować...
|
Shine on You crazy
diamond ! |
 |
Revolver
Tytuł oryg: Revolver
Gatunek: Sensacja
Rok prod: 2005 USA
Czas trwania: 115 min
Reżyseria: Guy Ritchie
Scenariusz: Guy Ritchie
Muzyka: Nathaniel Mechaly
Obsada:
Jason Statham,
Ray Liotta,
Andre Benjamin
Klub
Miłośników Filmu | 04 III 2006 |
|
| Autor recenzji:
Iwona Kusion - ARRAKIN |