STRONA GŁÓWNA
|
RECENZJE KMF
|
NAPISZ DO AUTORA
Ostatnim polskim filmem, jaki udało mi się zobaczyć przed „Rewersem” Borysa
Lankosza było „Zero” – również debiut, tyle że Pawła Borowskiego. Z poprzedniego
zdania wynikają trzy stwierdzenia, które pozwolę sobie wymienić w kolejnych
zdaniach. Pierwszym, oczywistym i mało znaczącym, jest te, które informuje
czytelnika, że obejrzałem „Zero”, przed „Rewersem”. Drugim, informacja o tym, że
Borowski razem ze swoją pesymistyczną opowieścią złożoną z tysiąca wątków
zadebiutował na srebrnym ekranie. Trzecim, fakt w pierwszym zdaniu ukryty za
małą kurtynką niedopowiedzenia – „Rewers” to pełnometrażowy debiut Lankosza. Po
ocierającym się o geniusz rozbiorze logicznym pierwszego zdania lub (jak kto
woli) rozbiorze, który usiłował ukryć nie do końca logiczne zdanie pierwsze
przejdę do sedna, do tego o co mi tak naprawdę chodzi. Cała błazenada w drużynie
z kiczowatą metaforyką „kurtynki niedopowiedzenia” ma bowiem zwrócić uwagę na
stwierdzenie numer trzy. A czemu? Temu, że nie pamiętam tak udanego polskiego
debiutu reżyserskiego. O ile „Zero” jest filmem rzemieślniczo dopieszczonym pod
każdym względem, to „Rewers”, któremu zresztą wspomnianego przed momentem
atrybutu również nie można odmówić, posiada w sobie to coś, za co kocha się
kino. Co? Cholera wie…
Historia osadzona jest w dusznej atmosferze wczesnych lat pięćdziesiątych, rzecz
jasna – na terenie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Nasilająca się
stalinizacjia, represje w stosunku do instytucji kościelnych, nagonka na byłych
żołnierzy Armii Krajowej i wszystkich tych, którzy myślą inaczej, aniżeli myśli
Partia – czas niekolorowy, więc i film Lankosza z kolorów rezygnuje na rzecz
klasycznej czerni i niemniej klasycznej bieli. Zdawać by się mogło, że opowieść
odbywająca się w takiej rzeczywistości, obrazowana za pomocą jedynie dwóch, i
antagonistycznych w dodatku, kolorów przeniesie nas do smutnego świata
pogrzebanych nadziei (świata rodem z „Zera”). Lankosz nie idzie jednak na
łatwiznę i oferuje nam coś zupełnie innego. Bawi się z widzem, wielokrotnie
zmieniając może nie tyle, co punkt widzenia, a konwencję w jakiej przedstawiane
są nam kolejne wydarzenia. Zaczynając od lekkiej komedii o młodym molu
książkowym (Może będąc na czasie uczynić zadość zabiegom feminizującym język i
powiedzieć „molicy książkowej”?) wypychanym przez matkę i babcię do kolejnych
kawalerów przechodzi do regularnej tragedii, którą to na powrót obraca w
komedię, tyle że już nie beztroską, a czarną, jak najprzedniejszy napój
serwowany w maćupkiej filiżance.
|
 |
 |
|
No dobrze, ale może nieco więcej o głównej bohaterce. Jest specjalistką od
polskiej poezji. Swój intelektualny potencjał marnuje w instytucji państwowej
propagującej, jak wiemy, jedynie jedno słuszne spojrzenie na sprawę kultury.
Otoczona portretami ojców założycieli i innych „zasłużonych” dla sprawy spędza
dnie przy małym biurku, w towarzystwie dwóch koleżanek i dyrektora
korzystającego zarówno z oficjalnych, jak i nieoficjalnych przywilejów
przysługujących osobie na jego stanowisku. W domu oczekuje na nią samotna matka
i ekscentryczna babcia wyglądająca na zbliżającą się śmierć. Niemniej, babcia
śmierci się nie da, dopóki jej wnuczka nie przyprowadzi do domu odpowiedniego
kawalera – to pewne. Pewne tak samo, jak to, że po odpowiednim mężczyźnie nawet
śladu – aż do pewnego niemiłego wieczora, kiedy to nasza wielbicielka poezji
zostaje napadnięta przez dwóch oprychów. Z pomocą przychodzi rycerz - wprawdzie
nie taki w srebrnej zbroi i z ostrym mieczem, a w gustownym płaszczu i z
nielichym prawym sierpem. Delikatna wielbicielka poezji zaczyna tracić głowę…
Mimo tego, że chciałoby się zdradzić, choć odrobinę więcej muszę zatrzymać (i
tak dość daleko posunięty) opis wydarzeń z jednego prostego względu: Pozbawienie
widza możliwości poprawnego odbioru filmu Lankosza nie pozwoliłoby mi spać po
nocach. W miejscu dalszego opisu umieszczę natomiast uderzenie w pierś i
przyznam się, że mówiąc jedynie o czerni i bieli zawieszonej w klimatach
wczesnego socrealizmu troszkę minąłem się z prawdą. „Rewers” jest bowiem
retrospekcją głównej bohaterki, leciwej staruszki żyjącej w czasach nam
współczesnych. Co więcej, okaże się, że wydarzenia mające miejsce w wieku XXI w
dość znaczący sposób wpływają na odbiór, czy ocenę wydarzeń sprzed
kilkudziesięciu lat.
Trochę bez sensu takie pisanie, a dwa akapity dalej pisanie sprostowań do tego,
co się napisało – tak wiem. Niemniej, mówienie o „Rewersie” w taki sposób, by
nie odebrać widzowi przyjemności związanej z jego seansem naprawdę nie jest
proste, a pisanie w sposób barwny i rzeczowy bez zdradzania kilku szczegółów
przekracza moje możliwości. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak złapać kilka
myśli buszujących w mojej głowie od czasu wizyty w kinie i spróbować wklepać je
do komputera leżącego na moich kolanach.
|
 |
 |
|
Efektem tej diablo skomplikowanej operacji jest właśnie rozpoczęty akapit.
Akapit, w którym powiem wam, że „Rewers” jest jednym z najciekawszych polskich
filmów ostatnich lat (zdecydowanie!), że „Rewers” to co najmniej cztery
znakomite kreacje aktorskie (z kreacją Buzek i Polony na czele), że „Rewers” to
doskonała odtrutka zarówno na nieudolne polskie kom-romy stworzone na schematach
zlepionych z wcześniej utartych schematów, jak i obrazy przedstawiające polską
rzeczywistość, jako świat pozbawiony nadziei na cokolwiek. W końcu, powtórzę to,
co powiedziałem i na początku – ma film Lankosza to „coś”, co działa na widza,
jak magnes i wahadełko hipnotyzera jednocześnie. No i tak na koniec –
solidaryzuje się z główną bohaterką, bo jak byłem dzieciak to też połknąłem
monetę i próbowałem ją potem odzyskać…
Obrzydliwe?
Tak wiem, ale w końcu i o tym jest „Rewers”!
A dla zainteresowanych: Nie znalazłem monety…