It ain't over 'til it's over!
Rocky Balboa - bokser pochodzenia włoskiego, który zdobył sławę i
uznanie dzięki ogromnej chęci walki i niezłomnej sile woli. Rocky
Balboa - postać filmowa, która wyszła poza ekrany kin i telewizorów,
postać, która przez lata inspirowała, motywowała i utwierdzała w
przekonaniu, że wszystko jest możliwe. Rocky Balboa - ikona popkultury,
która na zawsze zapisała się w annałach kina oraz stała się częścią
światowej kultury. O Rockym można pisać wiele, a i tak nie odda to
fenomenu jakim się stał od 1976 roku, kiedy Sylvester Stallone wraz z
Johnem Avildsenem powołali go do życia. Po 30 latach od premiery i 16
latach od ostatniej odsłony, aktor postanowił wrócić po raz ostatni do
postaci, która uczyniła go sławnym, wrócić w jednym tylko celu - aby
pożegnać się z Rockym; oddać mu cześć i pozwolić odejść we wspaniałym
stylu na zasłużoną emeryturę.
Bałem się tego filmu od momentu, kiedy usłyszałem o zamiarach jego
nakręcenia. Bałem się, że będzie to kompromitacja, że wyciąganie
bohatera minionych dekad i wciąganie go w XXI wiek okaże się sztuczne i
niestrawne, że Stallone już się nie nadaje do tej roli. Rocky to jedna
z filmowych ikon mojego - jak i (przypuszczam) wielu widzów -
dzieciństwa. A zresztą - dzieciństwa, młodości, dorosłości - czy to
ważne? Wiadomo o co chodzi. Przez większość mojej filmowej edukacji
Rocky był przy mnie, krążył gdzieś w świadomości, stał się pewnym
symbolem, który na zawsze ze mną pozostanie. Ale spartaczenie
ostatniego filmu może przecież naruszyć nawet najtrwalszy wizerunek.
Tak jak było z piątą częścią, o której nawet sam Stallone wypowiada się
negatywnie. Dlatego też z niepokojem zasiadałem do samego filmu, cały
czas zastanawiając się czego po nim oczekuję, jakiego chciałbym od
aktora i reżysera w jednym, zakończenia serii bez wpadki. Teraz już
wiem, że moje obawy były niepotrzebne. Nie zawiodłem się. "Rocky
Balboa" jest świetnym zakończeniem sagi, więcej - jedynym prawidłowym
finiszem, takim, który chciałem zobaczyć, ale nie potrafiłem go sobie
wyobrazić. Stallone podołał wyzwaniu. Dokonał nawet czegoś więcej -
udało mu się zatrzeć wrażenie przesytu po piątej odsłonie oraz pięknie
podsumować przygody słynnego boksera; spiąć klamrą wszystko to, co
przyszło nam oglądać przez trzy dekady. Odetchnąłem z ulgą. Nie, nie
tak - poczułem się dumny z tego, że mogłem uczestniczyć w tej
przygodzie oraz obserwować jej ostatnią rundę.
Od początku wiadomo było, że nie można będzie pójść drogą, którą
wyznaczyły poprzednie części, a więc "Rocky Balboa" podszedł do tematu
z zupełnie innej strony. To już nie opowieść o herosie walczącym z
pasją z trudami życia - to przede wszystkim historia człowieka, który
chce się z nim pogodzić. Stallone pozbawia złudzeń od samego początku.
Jego bohater jest najnormalniej w świecie stary i to widać nawet po
aktorze, który niedawno skończył 60-tkę (choć jak na ten wiek,
prezentuje się naprawdę świetnie). Rocky przeżył swoje, widział już
wiele i wykorzystał dobrze swój czas. Jest tego świadomy. Tak jak jest
świadomy upływającego czasu. Ukochana żona - Adrian - odeszła już z
tego świata. Dzielnice, w których Rocky się wychował, przeszły
całkowitą przemianę. Wszystko przemija. Pozostała mu restauracja i
przyjaciele. I syn, który buntuje się przeciwko życiu w cieniu ojca.
Rocky'ego nie obchodzą blaski sławy i euforia zwycięstw. Nie musi
nikomu niczego udowadniać. A jednak zgadza się na jeszcze jedną walkę,
na ostatnie w swoim życiu rundy w ringu. Czuje, że musi to zrobić, bo
inaczej jakaś jego cząstka zawsze będzie się zastanawiała. Dokonuje
wyboru, zamiast siedzieć i patrzeć jak kolejne lata przelatują mu przed
oczami. Bo "Rocky Balboa" to również film o podejmowaniu decyzji i
braniu za nie pełnej odpowiedzialności. To obraz o niezłomnej woli
walki, która doprowadza do poznania samego siebie, film pełen
spoglądania z dystansu na wszelkie życiowe osiągnięcia, zaznaczający
to, co tak naprawdę się liczy. Stallone patrzy przez pryzmat Rocky'ego
na swoje życie pełne wzlotów i upadków. Dlatego też "Rocky Balboa"
przepełniony jest sentymentem za przeszłością tak filmową, jak i
realną. Stallone włożył w tę produkcję wiele z siebie. Jakaś jego
cząstka także z tym filmem umarła.
Przez długi okres czasu zastanawiał mnie fakt doboru Antonio Tarvera
jako ostatniego przeciwnika Rocky'ego. Jest jakiś taki sztywny i
nieatrakcyjny z filmowego punktu widzenia. Gdzie mu tam do Apollo
Creeda, Clubber Langa czy Ivana Drago. Ale już zrozumiałem o co chodzi
- a przynajmniej tak mi się wydaje - tak właśnie miało być! Mason Dixon
stanowi jedynie efektowne tło i okazję do porównań z wielkimi
poprzednikami Rocky'ego. Nie może im zagrozić, nie taki jest cel tej
postaci. Ostatnia odsłona nie ma być efektowną opowieścią, a
sentymentalnym powrotem i pewnym rozliczeniem. A Stallone zdaje się
przy okazji wyrażać swój komentarz - nie ma już tych wielkich bokserów;
ich epoka minęła bezpowrotnie i została zastąpiona efektownym show
pełnym fajerwerków i grubych pieniędzy. W dzisiejszych czasach nie ma
już gladiatorów wychodzących na ring, by w glorii chwały stoczyć
pojedynek - są tylko tego namiastki. Jednak nigdy ich nie zapomnimy.
Tak jak nie zapomnimy o Rockym, który w jakiś sposób ich wszystkich
uosabia.
Co mnie w filmie najbardziej ucieszyło i wzruszyło (tak, wzruszyło!),
to wszelkie montaże i wstawki nawiązujące do przeszłości. Bo "Rocky
Balboa" to, jak już kilkukrotnie wspominałem, obraz niesłychanie
nostalgiczny, wracający niezliczoną ilość razy do filmowej przeszłości,
której staje się częścią. Występują w zasadzie wszyscy żyjący
bohaterowie, którzy mieli jakąś większą styczność ze światem "włoskiego
ogiera", a również znalazło się miejsce dla pewnej dziewczynki, która
kiedyś wyzywała filadelfijskiego boksera od świrów - teraz sama ma
dziecko. "Rocky" stał się filmem łączącym kilka pokoleń. Coś
wspaniałego. Takich nawiązań i smaczków jest wiele. W samej walce
montaż potyczki Rocky'ego z Dixonem przeplata się ze wstawkami Creeda,
Langa i Drago (część piąta nie została w filmie wykorzystana). Nie
mogło oczywiście zabraknąć wspomnień żony oraz ukochanego trenera. Są
znane i kochane motywy muzyczne jak np. słynne "Gonna Fly Now" (a na
soundtracku znajdują się również nieśmiertelne piosenki: "Eye of the
Tiger" czy "Burning Heart"). Jednym słowem skompilowane jest tu
wszystko. To takie jakby spojrzenie w pigułce na świat wykreowany wokół
tej niezwykłej postaci, spojrzenie, które zachęca do sentymentalnego
powrotu do wszystkich nakręconych odsłon. Raz za razem.
Nie będę się kusił o jakieś obiektywne podsumowanie. Nie potrafię. Nie
chcę. "Rocky Balboa" jest dla mnie pomimo wszelkich teoretycznych wad,
filmem wielkim i polecam go wszystkim, którzy kiedykolwiek czuli
sympatię do boksera z Filadelfii. Ci, którzy zechcą, znajdą w nim
jakieś błędy, omsknięcia i wpadki - ok, ich prawo. Lecz wszyscy inni
odnajdą w nim to, za co tak naprawdę Rocky'ego pokochali, za co go
szanowali przez te wszystkie lata; za co płacili kupując bilety do kin
i wielokrotnie odtwarzali jego przygody w domowym zaciszu. Tylko tyle i
aż tyle. Bezcenne. Wielkie brawa należą się Sylvestrowi Stallone za
sposób w jaki rozstał się ze swoim celuloidowym wcieleniem. Za to ma
mój szacunek i dozgonną wdzięczność. Jeden rozdział się zamyka, kolejny
rozpoczyna - Sly sprostał zadaniu i bardzo ładnie zakończył serię
wyznaczającą jego karierę. Dla niego to też zamkniecie jakiegoś etapu i
żywię głęboką nadzieję, że otwarcie nowego. Życzę mu wielu sukcesów;
żeby pokazał jeszcze filmowemu światu na co go stać, a stać na wiele. I
pomimo tego, że ciężko uwierzyć w to, że mistrz Balboa nie będzie już
wracał, by stale udowadniać, że jak się chce to wszystko jest możliwe,
to styl w jakim odszedł, powtórzę to jeszcze raz, jest wspaniały,
wzruszający, pełen godności i życiowego doświadczenia. Rocky, jesteś
najlepszy!
 |
ROCKY BALBOA
Rok produkcji: 2006
Kraj: USA
Czas trwania: 102 minuty
Reżyseria: Sylvester Stallone
Scenariusz: Sylvester Stallone
Zdjęcia: J. Clark Mathis
Muzyka: Bill Conti
Obsada:
| Sylvester Stallone | .....Rocky Balboa |
| Burt Young | .....Paulie |
| Antonio Tarver | .....Mason Dixon |
| Milo Ventimiglia | .....Rocky Jr. |
| Geraldine Hughes | .....Marie |
| Tony Burton | .....Duke |
| A. J. Benza | .....L. C. |
|
 |
 |
Autor recenzji: Dariusz Kuźma - BEOWULF |
Klub Miłośników Filmu 09.03.2007 |
|