
Powszechnie znaną prawdą psychologiczną jest fakt, że na nasz charakter, kompleksy, zahamowania i problemy w relacjach z bliźnimi niejednokrotnie wpływa trudne dzieciństwo. "Trudne" jest tu pojęciem szerokim - nie mówimy bowiem wyłącznie o ojcu alkoholiku, który nie szczędził ojcowskiej pięści, czy wiecznie stroskanej i niczego nie zauważającej matce. Mówimy też o pozornie zupełnie normalnych i zdrowych komórkach społecznych, w których lęgną się obojętność, chłód, brak zrozumienia, niemożność komunikacji. Wielu z nas z mitycznie beztroskiego i radosnego okresu dzieciństwa wychodzi z duchowymi bliznami. Rodzice i dzieci, ucząc się siebie wzajemnie, często popełniają błędy. Czasami ze złej woli, czasami z nieświadomości, czasem przez źle pojętą miłość.

Dla Wendy i Jona Savage dzieciństwo było koszmarem, które woleliby wyrzucić z pamięci. Zasygnalizowana w filmie przemoc fizyczna nie wydaje się być jednak podstawowym problemem. Większym była niewątpliwie obojętność. Nieobecna matka, egocentryczny, skupiony na sobie ojciec, skąpiący dzieciom uznania i zainteresowania. W rezultacie Wendy i Jon wyrośli na poharatane, nie do końca stabilne jednostki. Ona, niespełniona dramatopisarka, jest dręczona przez palącą potrzebę zwrócenia na siebie uwagi, chociażby nawet przez sztuczne wywoływanie współczucia. On, pracownik naukowy, panicznie boi się nie tyle może stabilizacji, ile tego, że stabilizacja może być chwiejna, może grozić - kiedyś, jakoś - porzuceniem i samotnością. Woli się wycofać, aniżeli w przyszłości cierpieć. Brat i siostra mieszkają w innych miastach, żyją swoim życiem, i chociaż pozornie utrzymują bliskie kontakty, w rzeczywistości ich bliskość jest jedynie powierzchowna, nacechowana nieufnością i być może zadawnionymi pretensjami z okresu, gdy byli mali.

Kiedy ojciec Wendy i Jona zapada na demencję, rodzeństwo musi się zmierzyć z powagą trudnej sytuacji. Chcą przejąć odpowiedzialność i roztoczyć opiekę nad rodzicem, jak wypada młodszym członkom stada, ale są rozdarci między rzeczywistą, wynikającą z prawdziwego uczucia potrzebą a poczuciem obowiązku. Jeżeli jednak chcieliby nawet szukać jakiegoś wyjaśnienia, odpowiedzi czy zadośćuczynienia, jest już na to za późno. Ojca już nie da się winić. Nawet nie można mieć do niego pretensji. Traci powoli kontrolę nad swoim umysłem i ciałem. Staje się bezbronny, bezradny. Jego wybuchy gniewu przestają straszyć, nie mają znaczenia. Jon i Wendy odkrywają smutną prawdę, że obojętność wynikająca z charakteru jest mimo wszystko lepsza niż obojętność, którą rodzi choroba. On już nawet nie do końca rozpoznaje swoje dzieci. Boli to, że w miejsce siły, choćby okrutnej siły, pojawiła się bezsilność. I nagle role się odwracają. To dzieci stają się tymi, od których wymaga się opieki i punktu oparcia, i to one nie potrafią w pełni udźwignąć tego ciężaru. Nagle odkrywają, że to jest trudne. Że miłość, jakkolwiek kaleka, walczy o lepsze z poczuciem winy i świadomością, że się zawiodło. Tak jak zapewne kiedyś czynili to ich rodzice, Wendy i Jon kłócą się zażarcie, obrzucają pretensjami - i tak samo, jak niegdyś oni, ojciec próbuje uciekać, zapaść się w sobie, nie słyszeć. W końcu pojawia się świadomość, że nigdy nie próbowali szukać odpowiedzi - że ojciec, którego w dzieciństwie postrzegamy jako niemal półboga, jest również człowiekiem, który ma prawo być słaby i skrzywdzony przez własne przeżycia. A tam, gdzie dostrzegali wyłącznie obojętność i chłód, kryły się uczucia, których nie umiał okazywać, może ze wstydu, może z nieporadności. Zwykłe rodzinne dramaty rzadko kiedy są zwyczajnie czarno-białe. Może się w nich kryć coś więcej, może nawet jakaś droga wyjścia - bywa jednak, że odkrywana przypadkiem, zbyt późno. To jednak mimo wszystko zostawia miejsce na to, aby - przynajmniej częściowo - postarać się wybaczyć. I rodzicom, i sobie. Żyć dalej, nawet jeśli rekonwalescencja jest bolesna i długotrwała; dać sobie szansę.

"Rodzina Savage" trafia na polskie ekrany dopiero teraz, blisko rok po światowej premierze. Warto było jednak czekać, bo to naprawdę dobry film, świetnie poprowadzony i świetnie zagrany. Laura Linney jako neurotyczna Wendy i Philip Seymour Hoffman w roli zagubionego Jona znakomicie się uzupełniają, a Philip Bosco, wcielający się w postać chorego ojca, jest przejmująco ludzki i prawdziwy. To bardziej dramat, aniżeli komedia, ale są tutaj elementy czarnego humoru, które dodają lekkości i tworzą równowagę. "Rodzina Savage" jest filmem kameralnym, wyciszonym i refleksyjnym, a co najważniejsze - polegającym na inteligencji i wrażliwości widza. Nie wskazuje palcem, nie tłumaczy, nie dręczy nas łopatologiczną analizą. Rolę komentarza spełnia tutaj sam obraz. Każdemu, kto szuka w kinie refleksji, w zupełności to wystarczy.


| Autorka recenzji: Karolina Chymkowska - Dejna |
Klub Miłośników Filmu 11.12.2007 |