Strona główna KMF


Był sobie zwykły facet (Nick - James "Soprano" Gandolfini), mający rodzinę i spokojne życie. Rudą żonę (Kitty - Susan Sarandon) zamienił jednak na bardziej rudą kochankę (Tula - Kate Winslet). Połączenie papierosów i romansu z ognistą sprzedawczynią bielizny, która uwielbia seks, okazało się zabójczą mieszanką. I chociaż całość została wrzucona w konwencję musicalową, opowiedziana historia wcale nie podchodzi do przedstawionych uczuć z ogromem lekkości. Żona pójdzie się rozmówić z kochanką męża, co oczywiście zakończy się bójką, a i kochanka nie będzie chciała wypuścić mało atrakcyjnego mężczyzny ze swych łapek. Jednak czy romans może stanąć na drodze tej odmiany miłości, która oznacza jej uparte trwanie w myśl tradycyjnych wartości?




"Romance & Cigarettes" stara się łączyć pastisz zaczerpnięty z "Cry-baby" z mdłą słodyczą "Moulin Rouge" i porwać niczym "Evita". Niestety się to nie udaje, bowiem pomimo kilku scen, do których pragnie się wracać kilkakrotnie, całość pozostawia widza obojętnym. Bracia Coen wyprodukowali dla Johna Turturro historię pod wieloma względami intrygującą, tylko czemuż w kpinę tak często wkrada się szablonowy melodramat? Z jednej strony bardzo ciekawy przepis na musical: bohaterowie śpiewają wraz z oryginalnym wykonaniem i to często bez dbałości o jakąkolwiek synchronizację z tym ostatnim, a dodatkowo sceny te dzieją się w ich wyobraźni - są komentarzem do rzeczywistości, nie nią samą. Po przebrzmieniu kolejnej piosenki szybko zostaje przywrócony ład wypowiedzi, przypisany środowisku robotniczemu, którego język jest i tak poezją w zestawieniu z tym, co mówi Tula (brawa dla Kate Winslet za tę rolę!). Wyśpiewywanie smutków przeplata się tutaj z elokwencją rynsztokową i owo skontrastowanie przebrzmiałych przebojów z niewyszukanymi dialogami daje interesujący efekt. Trudno jednak powiedzieć, że to urzeka, zachwyca, czy też nieprzerwanie rozśmiesza.




"Romance & Cigarettes" to musical iście nowoczesny, korzystający jednak ze starej stylistyki. Turturro zawiera w swym obrazie dużą ilość zabawnych scen, ubiera całość w konwencję, która powinna automatycznie narzucać odbiór. Mimo wszystko tak do końca nie jest. Choroba, rozstania, cierpienie bohaterów... okryte jest kołderką melodramatyzmu i chociaż przyjęta struktura nakazuje całość traktować z przymrużeniem oka, to jednocześnie nie potrafię tego dzieła określić mianem "czarnej komedii", pomimo wrażenia, że tym właśnie być powinna. Zbyt mocno odwołuje się do dramatu w jego najbardziej tradycyjnej postaci. Gdyby wyrzucić wszelkie piosenki, które łagodzą szarą rzeczywistość, zostałaby opowieść, w której nie ma nic zabawnego. Mnie oczywiście także nie przekonuje ucieczka przed smutkiem codzienności akurat w świat muzyki, zaproponowany przez Turturro.


Warto zatem jedynie film ów ujrzeć dla momentów - dla kawałka Janis Joplin, któremu towarzyszy wiele ilustracji uczuć - tekst śpiewa zdradzona, rozgoryczona żona, jednocześnie jest tłem dla sceny miłosnej z udziałem dorastających dzieciaków, a także, gdy zdradzający mąż rozmawia przez telefon ze swą kochanką, piosenka wydostaje się z głośników radia i przeplata z potokiem słów Tuli, która objaśnia rozumienie znaczenia "Piece of my heart". Różne sytuacje, różne emocje, jeden tekst trafnie opisujący każdą z nich. Na tym kawałku jednak zaczyna się i kończy moje zainteresowanie oprawą muzyczną filmu. Turturro postanowił bowiem schlebić swojemu gustowi i otrzymujemy przestarzałe przeboje, a do każdego z nich napisany został odpowiedni klip. Jeżeli ktoś kocha latynoskie rytmy, czy też Elvisa Presleya, Jamesa Browna, ..., zapewne odczuje satysfakcję. Dla mnie większość z wykonywanych utworów to jedynie momenty, przy których można pokusić się o ziewanie, zwłaszcza, że ich interpretacja zawiera się w nich samych. Nie ma tutaj innowacyjnych propozycji odczytania danego tekstu piosenek, czy też stworzenia do nich ilustracji fascynujących, czy chociażby olśniewających (w trakcie oglądania momentami tęskniłam za niepohamowanym kiczem, jaki z uporem sadysty lansował Luhrmann).




W tym repertuarze nudy ma miejsce jednak jeden chwalebny wyjątek: scena, której narratorem jest Tom Jones. Nie mogę mówić o jakiejkolwiek sympatii względem muzyki tego twórcy, ale jeżeli miałabym wybrać jeden moment obrazu, warty poświęcenia kilkakrotnej uwagi, byłaby to właśnie historia Bo (Christopher Walken). To poprzez "Delilah" opowiada w sposób brawurowy o swym miłosnym rozczarowaniu. Mamy tu wszystko: zdradę, zazdrość, morderstwo i karę. Walken wdzięcznie pląsa po ulicy pomiędzy policjantami, a styl podstarzałego dzieciaka dodaje całości niezapomnianego klimatu. Oczywiście największa zasługa w tym samego aktora, który potrafi się wyśmienicie bawić rolą, jaka mu przypadła. To właśnie on i Kate Winslet odnajdują się najlepiej w musicalu, który stanowić ma przecież także kpinę z tego gatunku. Ich postaci są przerysowane, aktorzy podchodzą do nich z dystansem, a jednocześnie odwagą. Lula to uosobienie erotycznego kiczu, zawsze w mało gustownych strojach, z mocnym makijażem, a jej sposobem na zatrzymanie faceta jest oczywiście seks. Bo natomiast... po prostu czuje muzykę i potrafi ją uatrakcyjnić poprzez swoją osobę. Gdy się pojawia na ekranie, reszta aktorów zostaje zepchnięta gdzieś na plan dalszy. Szkoda, że Turturro nie wydobył więcej z tej postaci, szkoda, że całej opowieści nie zamknął w owym umownym, kpiarskim stylu, jaki prezentuje dwójka jego bohaterów. Zamiast tego stworzył teledyski do piosenek i postanowił wpleść je w jak najbardziej szarą rzeczywistość, tłumacząc przy tym, że najwspanialszą odmianą miłości jest ta, która potrafi przetrwać wszelkie burze. Faktycznie - reżyserski talent udowodnił, mimo wszystko mym zdaniem popełnił błąd na poziomie samego scenariusza. W efekcie dał światu film mogący okazać się jedynie miłym, przelotnym (bardzo przelotnym) romansem. Na poważny związek nie ma co liczyć, albowiem jest aż nazbyt monotonnie. Nawet jeżeli miłość jest ślepa, to kiedyś należy otworzyć oczy...




Rok produkcji: 2005
Kraj: USA
Czas trwania: 115 minut

Reżyseria: John Turturro
Scenariusz: John Turturro
Zdjęcia: Tom Stern
Muzyka: Paul Chihara, Marilyn D'Amato

Obsada:
James Gandolfini   .....Nick Murder
Susan Sarandon   .....Kitty Kane
Kate Winslet   .....Tula
Steve Buscemi   .....Angelo
Christopher Walken   .....Kuzyn Bo


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Iwona Kusion - ARRAKIN
Klub Miłośników Filmu
10.01.2007