|
|
|||||
|
|||||
Rozmowa z Igliką Triffonovą
Jak wygląda obecnie kondycja bułgarskiego kina? Ciężko mi na to pytanie odpowiedzieć, ponieważ nastały ciężkie czasy dla bułgarskiego kina. Jakąś dekadę temu w Bułgarii nie powstawały praktycznie żadne filmy, czasem jedna produkcja rocznie - to był straszny okres. Kiedy proces tworzenia filmów zostaje zatrzymany, ciężko spodziewać się jakichś wybitnych produkcji. Teraz jest trochę lepiej. Kręcimy 5-6 filmów rocznie, a to już coś na wzór procesu. W ostatnich latach pojawiło się kilka bardzo udanych filmów, które zebrały nagrody na festiwalach w Moskwie, Karlovych Varach czy Sofii, gdzie niedawno po raz pierwszy w historii triumfował bułgarski film. W tym roku bułgarski dokument był również pokazywany w Cannes. Tak więc staramy się wychodzić z tego dołka, ale to ciężkie zadanie, głównie z powodu braku funduszy... A czy istnieją rządowe dotacje? Tak, ale na razie są niskie. Wszystko zaczęło się jakieś trzy lata temu, lecz kręcenie filmów to bardzo drogi interes, zawsze będzie potrzeba większych środków finansowych - Bułgaria to mały kraj, nie mamy tych środków zbyt wiele. Mamy natomiast duży problem z kinami. Ostatnio rozmawiałam o tym z bratem - że będąc w Polsce zazdroszczę wam kin i publiczności (śmiech). W Bułgarii jest z tym naprawdę duży kłopot. A jak Pani film, "Śledztwo", wpisuje się w proces odbudowywania bułgarskiego kina? Gdzieniegdzie jest on określany mianem przedstawiciela bułgarskiej Nowej Fali. Nowa Fala (śmiech)? Miło mi to słyszeć. Mój poprzedni film, "List do Ameryki", czyli mój pierwszy film fabularny, został określony przez rodzimych krytyków jako przedstawiciel Nowego Kina Bułgarskiego. Myślę, że mniej więcej wtedy to wszystko się zaczęło. "List do Ameryki" jest w Bułgarii bardziej znany niż "Śledztwo", możliwe, że dlatego, że "Śledztwo" jest o wiele mroczniejsze, trudniejsze w odbiorze. Bardzo się cieszę z popularności obu, cieszę się również z tego, że wraz z przyjaciółmi-reżyserami jesteśmy częścią tej Nowej Fali, czy jakkolwiek to nazwać. W "Śledztwie" przedstawia Pani pewne uniwersalne prawdy, wszystkie wydarzenia dzieją się ściśle w bułgarskich realiach, a jednak ubiera je Pani w trochę jakby amerykańską opowieść kryminalną... Brzmi świetnie (śmiech)! Dziękuję za taką opinię. Może ma Pan trochę rację, ponieważ pewna austriacka firma chce nakręcić remake "Śledztwa" ze znaną europejską obsadą, co mnie bardzo zdziwiło, ale świadczy chyba o tym, że rzeczywiście film wychodzi poza bułgarską mentalność i tak naprawdę ta historia mogła się wydarzyć wszędzie. A jak powstał pomysł na scenariusz do "Śledztwa"? To historia oparta na faktach. Piętnaście lat temu nakręciłam dokument o karze śmieci. Wtedy jeszcze obowiązywała ona w Bułgarii. Film ten opowiadał o trzech mężczyznach, którzy popełnili morderstwo i oczekiwali na karę śmierci. Wtedy właśnie nierozerwalnie złączyłam się z tym kontrowersyjnym tematem. Wtedy również pewien śledczy (jeden z najlepszych bułgarskich śledczych) dał mi do przeczytania akta tej sprawy. Żyłam z tym przez dziesięć lat i postanowiłam wreszcie napisać scenariusz na podstawie tamtych wydarzeń. Czytałam te akta wiele razy, całą sprawę znam od podszewki, co wielce pomogło mi w pracy. Dotykam w tym filmie wielu spraw, czasem bolesnych, w które sama wierzę. Uważam, że właśnie dlatego film ma wiele z dokumentu. A więc to bardzo osobisty film? Tak! Ta historia tkwiła we mnie przez wiele lat. Chciałam zrobić film o mrocznej stronie ludzkiej duszy, każdy taką ma. Nakręcenie "Śledztwa" było sposobem na zmierzenie się z moją własną mroczną stroną Jakieś przyszłe projekty? Tak, piszę nowy scenariusz. To znowu historia oparta na faktach, ale tym razem rzecz dzieje się w sądzie w Hadze. Z założenia to połączenie stylu bałkańskiego i zachodnioeuropejskiego. O wiele bardziej ambitne (śmiech). Dopiero zaczęliśmy pracę nad tym projektem, to ko-produkcja niemiecko-bułgarska i pierwszy mój tak duży film. Mam nadzieję, że wszystko wyjdzie dobrze. Ja również. Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.
|