|
UWAGA - TEKST ZAWIERA SPOJLERY! |
Wytwórnia Dreamworks już od kilku lat może być z powodzeniem nazywana królem
filmów animowanych. Jedną bajką zabrała monopol Disneyowi dosłownie w mgnieniu
oka. Oczywiście mowa tu o "Shreku", który wyznaczył nową ścieżkę w tworzeniu
filmów animowanych. To czym Shrek zwabił miliony dzieci (i dorosłych) na całym
świecie, to genialne połączenie humoru, oraz iście ‘bajkowych ‘postaci z
przepiękną animacją komputerową. Ale Shrek nie odniósłby tak wielkiego sukcesu
gdyby twórcy nie poszli ciut dalej wrzucając do bajki mnóstwa cytatów i
zapożyczeń filmowych, czym zjednali sobie przychylność tych trochę większych
dzieci :). Po tak wybuchowym początku przyszły kolejne hity, może nie lepsze od
"Shreka", ale dalej jednak zarabiające kasę na całym świecie i sprawiające, że
najmłodsi zamiast nowej zabawki zaczęli namawiać rodziców na wypad do kina. Były
to kolejno: "Epoka Lodowcowa" (FOX Animation), "Potwory i Spółka" (Disney/Pixar),
"Gdzie jest Nemo" (Disney/Pixar), "Shrek 2" (Dreamworks) i teraz właśnie "Rybki
z ferajny" – kolejny przebój ze stajni Dreamworksa. Każdą z tych animacji zwykło
się porównywać do "Shreka", ale w przypadku "Rybek z ferajny" lepsze wydaje się
porównanie do zeszłorocznego hiciora "Gdzie jest Nemo", którego akcja w
większości także działa się pod wodą. Moim skromnym zdaniem "Rybki..."
przebijają Nemo w swojej przebojowości i atrakcyjności, a składają się na to 3
główne zalety filmu. Ale o tym potem, teraz może po tym przydługim wstępie
napiszę wreszcie o czym film jest ;)
W zasadzie to w filmie mamy trójkę głównych bohaterów (bynajmniej nie trójkąt
miłosny, to nie południowoamerykańska telenowela ;) o wdzięcznych imionach
Oscar, Angie i Lenny, którzy... nie, wróć - Oscar to rybka (rybek?) wychowany na
ulicy (ewentualnie morskim dnie, jak kto woli ;), a więc taki mały cwaniaczek i
ryzykant, a zarazem marzyciel, który buja w obłokach wyobrażając sobie jakby to
było fajnie być znanym i powszechnie lubianym rybkiem-piosenkarzem. Na jego
nieszczęście są to tylko marzenia, które pomimo wielkich ambicji wydają się
nigdy nie spełnić. Oscar zarabia na swoje utrzymanie w myjni wielorybów (nie, to
nie jest dowcip ;) należącej do niejakiego Sykesa mającego powiązania z mafią. I
tu poznajemy Angie, rybkę-sekretarkę, najlepszą przyjaciółkę Oscara, która
drobnym zbiegiem okoliczności jest w nim po uszy zakochana, czego sam
zainteresowany zdaje się nie dostrzegać. Do tego dodajmy jeszcze rekinią rodzinę
z Don Lino na czele i jego dwoma potomkami Lennym i Frankie'm po prawicy i
lewicy. Don Lino jako ojciec chrzestny rekiniej mafii marzy o tym, żeby jego
synowie przejęli wkrótce działalność rodzinną. Problem polega na tym, że Lenny
to wrażliwa dusza i za bardzo nie chce być częścią spuścizny tatusia, a na
dodatek jest wegeterianinem ;). Na skutek nieszczęśliwego zrządzenia losu
Frankie ginie przygnieciony przez kotwicę. Załamany Lenny płynie donieść ojcu o
tragicznym zdarzeniu, podczas gdy na miejscu tragedii pojawia się przypadkiem
Oscar. Przerażony spotkaniem z rekinami biedak zostaje przypadkowo uznany za
tego, który poskromił rekina, co w rezultacie daje mu przydomek 'pogromcy
rekinów', sławę i rozgłos którego tak bardzo pragnął, oraz daje początek różnym
ciekawym wydarzeniom...
Jak wcześniej pisałem, film "Rybki z ferajny" jest moim zdaniem lepszy od "Gdzie
jest Nemo" pod kilkoma względami. Pierwszy z nich to fabuła. Nemo był jak na mój
gust zbyt familijny, tzn. wszystko się tam obracało wokół tego jak to rodzina
jest najważniejsza. Nie jest to oczywiście złe przesłanie, Broń Boże, to bardzo
dobry przykład dla dzieciaków, ale momentami Nemo był aż nudny w swej
nachalności i moralizatorstwie, co mi przynajmniej (jak i podejrzewam wielu
osobom, które lata dziecięce mają już dawno za sobą) trochę popsuło przyjemność
oglądania. W "Rybkach..." jest zupełnie inaczej - jedyna rodzina jaką
obserwujemy na ekranie to rodzina mafijna (czyli jakby na to nie patrzeć
przykład do naśladowania nie za dobry ;), a i tak jest to tylko wątek poboczny.
Bajka ta stawia sobie bowiem za zadanie rozśmieszyć młodego widza pokazując mu
fascynujący podwodny świat pełen kolorów i barw, oraz bardzo ciekawej galerii
postaci. Oczywiście morał jest, bo w takich produkcjach jest to mus - "TRZEBA
ZAWSZE BYĆ SOBĄ I NIE WSTYDZIĆ SIĘ TEGO KIM SIĘ JEST" głosi. Przesłanie jak
najbardziej na miarę XXI wieku, ale jest ono wyeksponowane dopiero pod koniec i
pokazane w przystępny, a co najważniejsze, śmieszny sposób.
Drugą moim zdaniem ogromną zaletą "Rybek..." jest obsada zgromadzona do
podkładania głosów głównych bohaterów. Will Smith pasuje idealnie do Oscara -
dziecka podwodnej ulicy i cwaniaczka, który wystrzeliwuje z siebie słowa z
prędkością karabinu maszynowego. Will w zasadzie powtarza swoją rolę z serialu
"Bajeru w Bel Air" (który uczynił go sławnym), co nie jest błędem. Wręcz
przeciwnie - sam fakt zobaczenia animowanej wersji tej roli powinien starczyć,
aby przyciągnąć wiele osób do kin. Następnie mamy Renee Zellweger jako
słodziutką Angie. Tak jak normalnie fanem tej pani nie jestem, to jej cukierkowy
głos pasuje jak ulał do zakochanej rybki. Jack Black jako Lenny sprawił, że
kilkukrotnie niemalże spadłem z fotela ze śmiechu ;). Przeniósł całą swą
ekranową charyzmę na postać rekina-nieudacznika, którego się po prostu nie da
nie lubić. Jest też Angelina Jolie jako uwodzicielska femme fatale, która także
podłożyła swój głos bez zarzutu, no i oczywiście dwaj wielcy światowego kina -
Robert de Niro (Don Lino) i Martin Scorsese (Sykes), którzy oprócz podłożenia
głosów, przy okazji sparodiowali swoje największe aktorskie dokonania. Jest też
miejsce dla wielu postaci epizodycznych, które tak jak Pinokio i Ciastek w "Shreku"
dodają kolorytu przygodom głównych bohaterów - są dwie meduzy-rastafarianie,
których akcent rodem z Jamajki doprowadzał mnie co chwilę do coraz to
głośniejszego rechotania, jest też krewetek, który w obliczu zjedzenia przez Don
Lino wygłasza piskliwym głosikiem całą litanię o swojej tragicznej sytuacji
życiowej (swoją drogą to chyba najlepszy tekst w całym filmie). Tak więc za
dobranie głosów twórcy mają dużego plusa (szkoda tylko, że widzowie w Polsce nie
będą mieli okazji obejrzeć oryginalnej wersji. Pomimo mojego całego szacunku do
talentu komediowego Cezarego Pazury uważam, że nie ma on najmniejszych szans w
starciu z Willem S.).
Dzięki możliwościom technicznym animacja postaci w "Rybkach..." bije na głowę
wszystkich swoich znamienitych poprzedników. "Rybki..." to podwodne
odzwierciedlenie aktorów podkładających głosy. Oscar wygląda dokładnie jak Will
Smith, mało tego - on się porusza i tańczy/rapuje jak Smith! To samo można
powiedzieć o Loli, której ruchy przywodzą na myśl tylko jedną osobę - Angelinę
Jolie. O reszcie można powiedzieć dokładnie to samo... no dobrze, przyznaję się
bez bicia, że miałem problemy z rozpoznaniem Jacka Blacka, ale to tylko dlatego,
że większą uwagę przykładałem do wsłuchiwania się w jego głos (jaaaasne ;).
Trzecią zaletą, o której zamierzam wspomnieć, jest przepiękna animacja
komputerowa. Pomijając wcześniej wspomniane świetne animacje postaci, cały
podwodny świat dosłownie kipi życiem, a samo miasto to żywcem zatopiony Nowy
Jork ;) Nie ma takiego wrażenia sztuczności jakie pozostawiało po sobie Sydney w
"Gdzie jest Nemo" - tutaj aż chciałoby się zamieszkać! ;)
Na koniec zostawiłem sobie to, co w "Rybkach..." najlepsze - humor tak słowny
jak i sytuacyjny plus mnogość cytatów filmowych. Tego aspektu nie ma co
porównywać do wcześniejszych produkcji Dreamworks, bo każda z nich wybijała się
świetnymi dialogami i dowcipami. Nie inaczej jest też tutaj - bar sushi w
mieście zamieszkałym przez ryby, billboard Coca-Coli, która pod wodą przybrała
nazwę Coral-Coli (wyobraźcie sobie proszę siebie pijących jakikolwiek płyn pod
wodą ;), koło ratunkowe R.M.S.Titanic zatopione w mule niedaleko miasta, czy
szkic nagiej Kate Winslet z byczym brylantem na szyi ;) wiszący w biurze Don
Lina, to tylko niektóre z wielu takich dowcipów przewijających się przez cały
czas trwania filmu. Są także świetne teksty w stylu:
- Jubiler: Przykro mi, ale ta perła to podróbka.
- Małża: Jaka podróbka?!? 8 lat ją tworzyłam
;)))
albo
- Frankie: ta tam ta tam ta tam tam tam... ( w zamyśle autora miało to wyglądać
jak motyw przewodni ze "Szczęk" ;) )
- Lenny: Przestań, nienawidzę jak to robisz...
- Frankie: Cicho tam, to nasz rekini motyw przewodni!
;)))
Jest też oczywiście mnóstwo cytatów i nawiązań filmowych . Poza tymi z Titanica,
które przytoczyłem są jeszcze "Chłopcy z ferajny" (bo niby do czego nawiązuje
tytuł? ;), "Ojciec Chrzestny" czy nawet "Depresja Gangstera" ;) Oczywiście to
tylko parę przykładów, które się najczęściej przewijają. A przy okazji
wyłapywanie takich perełek to naprawdę całkiem niezła frajda porównywalna do
zrobienia jakiegoś fajnego psikusa znienawidzonemu sąsiadowi ;)
Podsumowując, takie filmy jak ten sprawiają, że człowiek na te półtorej godziny
zapomina o swoim wieku i reszcie świata całkowicie zagłębiając się w świat
oferowany przez twórców i przy okazji zaliczając świetną rozrywkę co jest chyba
bardzo ważne. "Rybki z ferajny" to kolejna bardzo udana produkcja z wytwórni
Dreamworks, która powinna się spodobać tak dzieciakom jak i dorosłym, bo
przecież w każdym z nas tkwi dziecko ;)
RYBKI Z FERAJNY
[Shark
Tale]
USA; Animowany; Czas Trwania: 100 minut;
|
 |
Reżyseria: Bibo Bergeron / Vicky Jenson
Scenariusz: Michael Wilson
Muzyka: Hans Zimmer
Dialogi polskie: Bartosz Wierzbięta
Wystąpili:
Oscar: Will Smith |
Cezary Pazura
Don Lino: Robert De Niro | Krzysztof Stelmaszyk
Angie: Renée Zellweger | Joanna Trzepiecińska- Anderman
Lola: Angelina Jolie | Brygida Turowska
Lenny: Jack Black | Jarosław Boberek |
 |
|
Autor recenzji: Dariusz Kuźma - BEOWULF
|
|
Klub Miłośników Filmu,
19.10.2004 |