Strona główna KMF
       

Ryszard Ochódzki, prezes Klubu Sportowego "Tęcza", znów ma bardzo poważny problem. Wiecznie pijąca sekretarka Maria Wafel informuje go, że pan prezes musi szefowi mafii oddać dwa miliony. Złotówek? Ależ skąd - w walucie Zjednoczonej Europy! Ochódzki mgliście przypomina sobie jakieś finansowe szczegóły ze swej bujnej przeszłości, kiedy po stanie wojennym sporo podróżował po świecie i wszędzie robił jakąś kasę. W jedyny znany sobie sposób oczywiście. Zresztą nieważne. Kasa ma być. Sekretarka podsuwa pomysł sprzedania klubowej ziemi na Suwalszczyźnie miejscowej parafii. Ksiądz Puder nie jest zainteresowany, lecz podsuwa Ochódzkiemu jąkającego się prezesa banku. Ryś w przebraniu kasuje od niego 9 mln złotych i rozpływa się w powietrzu. Podczas ucieczki poznaje swoją byłą zawodniczkę, która zaciąga go do łóżka pod nieobecność swego męża, byłego pułkownika UB, obecnie pułkownika policji Zygmunta Molibdena. Mąż niespodziewanie wraca, chce zastrzelić oboje, a Ryś w ostatniej chwili chowa forsę w mieszkaniu swego byłego umundurowanego przyjaciela. Mając na niego haka, Molibden składa Rysiowi propozycję nie do odrzucenia - zostaniesz posłem mniejszości litewskiej! Ochódzki wchodzi do parlamentu...

Gdyby po wyjściu z kina ktoś zapytał mnie "i jak? warto?" nie wiedziałbym co odpowiedzieć. Jedno jest pewne i właściwie było pewne, odkąd film Barei zaczął święcić triumfy - "Miś" jest absolutnie nieprzekraczalny i nasz śp. Mistrz musiałby wstać z grobu, żeby zrobić coś lepszego, bo nawet jego przyjaciel i współautor "Misia" Stanisław Tym wyżej przysłowiowego wała nie podskoczy. I nie podskoczył, dlatego z takim uporem podczas promocji filmu Tym zarzekał się, że "Ryś" to nie "Miś". Miał rację. Ale przecież czerpał z "Misia", realizując "Rozmowy kontrolowane" z których z kolei czerpał, pisząc i reżyserując "Rysia". Każda część tej - niech będzie, że nadamy jej naciągane miano - trylogii, powstawała w przełomowym okresie naszej historii. "Miś" wieszczył upadek komunizmu (choć sam Bareja w to nie wierzył), kiedy ekipa Gierka przebierała na ostatnich nogach. "Rozmowy kontrolowane" opowiadały o stanie wojennym, a realizowane były po Okrągłym Stole. "Ryś" to próba obśmiania miernoty umysłowej oraz rządzy władzy i pieniądza ludzi, którzy butnie i śmiesznie proklamowali coś czego nie ma, czyli IV RP. Tylko próba.

Kiedyś nawet absurdy wymyślane przez rządzących, a także trawiące ich decyzje mechanizmy społecznej zapobiegliwości i obywatelskiej prewencji były rozciągnięte w czasie. Można było usiąść, podpatrzeć, posłuchać co się mówi na mieście i skrobnąć filmowego paszkwila na rzeczywistość, który po premierze nadal był aktualny. Teraz szczytem satyrycznej aktualności jest codzienne wydanie "Szkła kontaktowego", a w najgorszym wypadku "Lupy tygodnia" w TVN24. Nasza "wuadza" nigdy wcześniej nie miała okazji do tak szybkiego sączenia w eter własnej głupoty. Idiotyzmy wymienianych jak rękawiczki ministrów i prorządowych klakierów wymagają niemal nieprzerwanej transmisji na żywo. Bo obecnie rząd nie rządzi. Rząd bez przerwy organizuje konferencje prasowe. Jeśli prześpi się tydzień, można stracić mnóstwo wymieszanej z przerażeniem zabawy, wypełniającej ramówki programów informacyjnych. A wymagająca czasu produkcja filmowej satyry na rządzących, to już siłą rzeczy musztarda po obiedzie. W taką nieuchronną pułapkę wpadł Stanisław Tym. Choć z drugiej strony, jak genialnie pokazał to Stanisław Bareja, niezależnie od ustroju absurd na wierchuszce pozostaje, wymieniają się tylko gęby na mównicy. Dlatego też reżyser "Rysia" pociągnął kilka gatunkowych srok za ogon. Czasami zupełnie niepotrzebnie.

Oś intrygi to przemieszanie pogoni za niewygodnie zbunkrowaną forsą, rodem z "Misia" oraz miotanie się tytułowego bohatera w niechcianych, narzuconych powinnościach, jak z komedii pomyłek i "Rozmów kontrolowanych". To pierwsze, czyli absurdalne motanie szyków Rysiowi, wyszło Tymowi niemal tak dobrze, jak w "Misiu". Niemal, ponieważ klarowność finansowych ciągotek Ochódzkiego została stępiona niekończącym się korowodem mniej lub bardziej chaotycznych epizodów z burleskowym rodowodem. Walka o forsę w "Misiu" przy całej swej zawiłości była inscenizacyjnie przejrzysta, a soczyste dialogi pomagały w odbiorze, zamiast śmieszyć za wszelką cenę. Stanisław Tym poszedł w kabaretowe skecze i sitcomowe prostactwo. Zamiast dialogów napisał satyryczne one-linery, bardzo często zwalające z nóg komizmem, ale będące sztuką dla sztuki. Tym poszalał sobie na całego z patentem, którym zabłysnął w słynnym kabaretowym skeczu "Pora relaksu", gdzie zabawnie przekręcał każdy wyraz, nadając mu diametralnie inne znaczenie. Tego tu mamy mnóstwo, aż do przesady. Film kinowy to nie "HBO na stojaka". Oglądając zwiastun, zmontowany właśnie z takich momentów, można się było uśmiać. Pozostawało pytanie o to, co będzie pomiędzy śmiesznymi tekstami. Częstokroć nie ma nic, bo one szczelnie wypełniają całe sceny. A to, wbrew pozorom, nie jest prostą drogą do skutecznego rozśmieszania. Bo co innego śmiać się z epizodów, a co innego śmiać się i patrzeć z zainteresowaniem na przebieg fabuły. To samo zastrzeżenie dotyczy całej sensacyjnej otoczki ze ściganiem Rysia przez bandziorów i płatnego zabójcę - wydaje się, że widza obchodzi to jeszcze mniej, niż samego twórcę, który na domiar złego wiele wątków zaczął i nie skończył, co jest kardynalnym błędem scenopisarskim. Dla Tyma ważne było powtykanie w fabułę nadzianych znanymi twarzami epizodów, z których niestety nic dla całości nie wynika. No dobra, Tym wespół z Bareją z takiego właśnie pojmowania komedii uczynili swój atut, ale najmniejsze nawet epizody z Barei wryły się w pamięć. A z "Rysia" niekoniecznie.

Odbiór filmu wzrasta w momencie wstąpienia Rysia w szeregi parlamentarzystów. Płaski śmiech z komedii pomyłek zastępuje śmiech z podtekstami. Robi się "misiowato". Przewijająca się przez cały film Telewizja Witraż ze śliczną Magdaleną Różczką z przylepionym do twarzy firmowym uśmiechem nr 5, to oczywista parodia Telewizji Trwam, a brednie prezenterek, posłów i zaproszonych gości to robienie sobie jaj z telewizyjnych debat i politycznych konfrontacji. Perełką jest scena, w której poseł Ochódzki do kompletnie pustej sali sejmowej wygłasza tekst ze szkolnego zeszytu, czyli znany z wielu internetowych stron "szkolny humor", nieświadomie idiotyczne zapiski małych Polaków. I co się okazuje? Ano to, co wszyscy wiemy. Język sejmowych wystąpień w zasadzie niczym się nie różni od szczerych szkolnych wypocin. Mało tego - puste audytorium szybko wypełnia się fizycznymi pracownikami Sejmu, zszokowanymi, że jednemu posłowi na mózg padło i wreszcie z mównicy gada prawdę. Wielki finał z tandetnym wiejskim festynem, promującym Ochódzkiego na prezydenta, także robi wrażenie, choć jest to oczywista powtórka z pompatycznych i symbolicznych zakończeń "Misia" i "Rozmów kontrolowanych". Stanisław Tym wiedział gdzie przyłożyć i nie warto mu zarzucać, że w "Polaków portrecie własnym" poszedł w dosłowność. Przynajmniej na chwilę odpuścił sobie tanie grepsiarstwo.

Tym z "Misia" wyrósł i nim posiłkował się bezustannie. Na dodatek otoczył się królewskim zestawem aktorów w najmniejszych nawet epizodach. Krzysztof Kowalewski (jedna z najlepszych ról w filmie, Tyma skasował bez dwóch zdań) powrócił jako pułkownik Molibden z "Rozmów kontrolowanych". Jego postać może przyprawić o konsternację - w "Misiu" grał kierownika produkcji filmowej Jana Hochwandera, by w kolejnym filmie zagrać kogoś zupełnie innego. Powstało pytanie - czy to ta sama postać, czy tylko ten aktor zagrał dwie różne role? W "Rysiu" Ochódzki w pewnym momencie krzyknął do Molibdena "Hochwander!", dzięki czemu można wysnuć niezbyt odkrywczy wniosek, że UB miało swoich ludzi nawet w Przedsiębiorstwie Państwowym Film Polski. W początkowej scenie napadu na bank na moment widać kurdupla, przebranego w strój ludowy. To odsyła do genialnej sceny wręczenia paszportów Ochódzkiemu i Aleksandrze "bardzo porządnej dziewczynie - trudno, co robić" Kozeł. U Barei akcję komentowały sprzątaczki. Tutaj jest podobnie, choć bez komentowania, za to z Szapołowską, Jandą, Tyszkiewicz i Stalińską w rolach konserwatorek powierzchni płaskich. Jerzy Turek powrócił jako trener Jarząbek, który rzuca tę robotę i zostaje listonoszem, wypisz-wymaluj panem Józefem ze "Złotopolskich" (zresztą na początku filmu seksowna sekretarka Ochódzkiego pomyliła go z doręczycielem poczty).

Genialnie kretyński wierszyk, wygłaszany we wspomnianej scenie paszportowej z "Misia" powrócił jako kanciasta pieśń, śpiewana przez Marka Kondrata. Zofia Merle powtórzyła swoją rolę Lusi Wafel z "Rozmów kontrolowanych". Ciekawy przykład filmowego awansu - w "Misiu" była bezimienną przekupką, żalącą się "na Zachodnim strach jak łapią", a w filmie Sylwestra Chęcińskiego była garderobianą. Tutaj awansowała na sekretarkę Ochódzkiego. Obecny w "Misiu" w scenie wnoszenia do kiosku z mięsem łysej żony wściekłego klienta Wiktor Zborowski, zagrał w dwóch scenach "Rysia" razem ze swoim krewnym Janem Kobuszewskim. Twórca "Rejsu" Marek Piwowski, rzadko grający i jeszcze rzadziej reżyserujący (a szkoda), pojawił się jako poseł Kirkor, wręczający Ochódzkiemu "reklamowy gadżet" czyli grubo wypchaną kopertę. Przy okazji pewnej sceny wyjaśniło się, że głupim kaowcem z "Rejsu" był właśnie Ochódzki :). Numer rejestracyjny samochodu Rysia to RYS 1937 czyli rok urodzenia Stanisława Tyma. A z bardziej współczesnych nawiązań - Borys Szyc świetnie sparodiował swój serialowy wizerunek twardziela Kruszona z "Oficera", grając zezowatego przygłupa w policyjnym mundurze. Szkoda tylko Janusza Rewińskiego, który jako śpiewający prezes banku właściwie nie miał okazji do rozhuśtania swego fenomenalnego komizmu (choć scena telefonicznej rozmowy między nim i Ochódzkim jest doskonała). Swą ostatnią rolę zagrała tu Krystyna Feldman, jak zwykle z podziwu godną energią i werwą. No i jeszcze autor muzyki, czyli kochany i nienawidzony jednocześnie Piotr Rubik. Niniejszym uspokajam wszystkich przeciwników "Tryptyku świętokrzyskiego" - porządna, choć prosta, ilustracyjna muzyka tego utalentowanego kompozytora nie ma z uwielbianymi i opluwanymi oratoriami i psalmami nic wspólnego. Przypomina raczej partytury z "Pułkownika Kwiatkowskiego" i "C.K. Dezerterów".

Powraca pytanie "i jak? warto?". Odpowiem, jak gliniarz z "Kilera": "w sumie tak". "Ryś" to żadne arcydzieło, zostające daleko za "Misiem". To średnio udana próba wstawienia wymyślonego ponad ćwierć wieku temu bohatera w nową rzeczywistość, w której właściwie niewiele się zmieniło. Wokół ta sama bryndza moralna, to samo nurzanie się w kłamstwie, te same "ludowe mądrości" z socjalistycznym wychyłem. Wychodzi na to, że ulubionym ustrojem Polaków jest dyktatura bez terroru (cytując fantastyczną "Notekę 2015" Konrada T. Lewandowskiego). Stanisław Tym, który w filmie nie wygląda aż tak paskudnie, jak na plakacie, w gruncie rzeczy nie powiedział niczego, czego byśmy nie wiedzieli. Ale dobrze, że powiedział w ogóle, bo ileż można w kółko oglądać paszkwil na władzę, jakim była znakomita "Kariera Nikosia Dyzmy". Wyszedł mu film, który będzie się pamiętać dla kilkunastu znakomitych, wpadających w pamięć dialogów i kilku świetnych scen. Mimo wszystko to trochę za mało, jak na trzeci film z Ryszardem Ochódzkim. Apetyty były większe, co potwierdza smutną prawdę, że drugiego Stanisława Barei nie ma i nie będzie. Po prostu. Na koniec zostawiam najśmieszniejszy, moim zdaniem, tekst filmu - grający sanitariusza w jadącym ambulansie Tomasz Sapryk, widząc pozornie rannego Ochódzkiego wyjmuje telefon i mówi: "Czy to dom pogrzebowy 'Bóg tak chciał?' "



RYŚ

produkcja - Forum Film Poland, 2007
scenariusz i reżyseria - Stanisław Tym
zdjęcia - Marian Prokop
muzyka - Piotr Rubik

wystąpili:

Stanisław Tym
Krzysztof Kowalewski
Anna Korcz
Zofia Merle
Krzysztof Globisz
Marek Kondrat
Marta Lipińska
Eryk Lubos
Janusz Rewiński
Krystyna Feldman
Marek Piwowski
Joanna Szczepkowska
Anna Przybylska
Krystyna Janda
Agata Buzek
Paulina Holtz
Magdalena Różczka
Jerzy Turek
Danuta Stenka
Beata Tyszkiewicz
Grażyna Szapołowska
Borys Szyc
(Ryszard Ochódzki)
(płk. Zygmunt Molibden)
(Roma Molibden)
(sekretarka Maria Wafel)
(ksiądz Puter)
(gangster Kreda)
(Babunia)
(Dukan)
(prezes banku Koziczek)
(Wizuch)
(poseł Kirkor)
(Chirurka)
(Jolka)
(sprzątaczka Wiadro)
(sprzątaczka Rybik)
(kasjerka Winidur)
(dziennikarka)
(Wacław Jarząbek)
(Ruda)
(sprzątaczka Ręka)
(sprzątaczka Noga)
(policjant)


e-mail
 Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI Klub Miłośników Filmu,   2007. 02. 09