Strona główna KMF
        

Kilka lat temu wzorem wielu dorastających dziewcząt fascynowałam się poezją. Zaznaczam, że nie były to jeszcze te czasy, kiedy objawieniem stali się dla mnie Bursa, Wojaczek czy Różewicz. Wtedy kochało się Pawlikowską - Jasnorzewską i płakało przy Poświatowskiej. Etap, przez który przechodzi wiele przedstawicielek płci niewieściej. Z czasem poezja Lilki z rodziny Kossaków przestała do mnie przemawiać tak silnie (na rzecz tegoż Bursy, jak i Wojaczka z Różewiczem) jednak pozostała mi w pamięci refleksja, jakiej doznałam czytając ujętą w zupełnie nowy sposób znaną każdemu historię Narcyza. "Nad sadzawką oprawną w modre rozmaryny... klęczałem, zapatrzony w moją twarz młodzieńczą... by się w niej doszukać przyczyny... czemu mnie nie kochają i za co mnie męczą?" Nie tak pamięta się opowieść o płochym młodzieńcu, który dziś jest uważany za natchnienie związkofobów, a który zbyt był pochłonięty uczuciem do samego siebie i zachwytem nad własną urodą, by docenić zainteresowanie dumnej Afrodyty... prawda? Samotność zawsze jest procesem, nawet jeśli rodzi się jako twór jednej chwili, rozmowy czy nocy. Żadna z bogiń nie czuwa nad nią, a gdyby czuwała, musiałaby wysłuchiwać rekordowej liczby modłów. Bo każdy jest tak naprawdę samotny. Na swój sposób... czasami nawet o tym nie myśli. Jeśli życie stwarza mu tę możliwość, by zapomniał o własnej samotności - chyba wtedy człowiek znajduje się najbliżej szczęścia. Ma różne oblicza. Potrafi być urodziwa i cudowna. To kapryśna niewiasta. Bezwzględna. Inteligentna jak sam diabeł. Zna każdy sekret, każde tajemne wejście. Jest bardzo sprytna, zna zasadę działania dla własnej korzyści. Nigdy nie objawi się wtedy, gdy nie może nic na tym zyskać. Potrafi być współczująca, umie słuchać. Ale to niebezpieczna przyjaciółka - nie chce nikogo uwolnić od swojego towarzystwa. Czuwa. Czeka. Ma kilku niezawodnych druhów. Strach na przykład. Tęsknotę. Często chadzają w parze. Lubi noce, zwłaszcza te bezsenne. Nie wypoczywa nigdy. Zawsze nasłuchuje. Jest wieczna jak ocean i zmienna jak wiatr. Oswaja się tylko wtedy, kiedy zostanie pokochana. A niełatwo obdarzyć ją uczuciem, bo lubi się wymykać, zniechęcać, przerażać. Może się pojawić wtedy, kiedy się przegra wielką bitwę i jest się w roli pokonanego. Kiedy pęka główna sprężyna życia i trzeba odbudować od nowa wszystko, w co dotąd się wierzyło, uważało za oczywiste i należne. Może pojawić się wtedy, kiedy nagle okazuje się, że wszystkie najbliższe osoby są zupełnie obce. Nie tylko nie chcą i nie potrafią zrozumieć, ale nawet nie podejmują próby wysłuchania. Może towarzyszyć wielkiej szansie i ogromnemu sukcesowi, które nagle separują od świata. Towarzyszy odmienności i nieprzeciętności. Pojawia się, kiedy winią cię za to, że jesteś tym, kim jesteś. Innym, więc gorszym. Idzie o jeden krok za desperacką walką o swoje, o swoje zdanie, swoje przekonania, prawo do bycia sobą, prawo do bycia kochanym za to kim się jest. Sprzyja oszukanym, którzy sądzili, ze wygrali dobry los, nie wiedząc, że już na wstępie zasady konfrontacji były nieuczciwe, bo ktoś zapomniał im zdradzić wszystkie reguły. Jest drugą twarzą zdrady i porzucenia. Zawodu i rozczarowania. Silnej nienawiści i prawdziwej miłości. Jest wszędzie. Sprzyja nagłym decyzjom, słucha spokojnie, jak bezsilnie rąbiesz pięścią w stół. Ona szepcze na ucho najbardziej szalone wyjście z sytuacji, takie, jakie akurat podsuwa jej żywa wyobraźnia. Biada temu, kto jej posłucha. "Nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znudzenia i samotności" głosi Desiderata. Od zawsze, od wieków obecna. Samotnie wynurzyła się z Chaosu Gaja. Samotność Boga, który stworzył człowieka na swoje podobieństwo. Błogosławione przekleństwo naszego człowieczeństwa.


Człowiek Słoń   Człowiek Słoń


"I am not an animal! I am a human being! I am a man!" to rozpaczliwe zdanie jest jednym z najsłynniejszych, jakie padło w "Człowieku słoniu" Davida Lyncha. Wypowiadający je John Merrick ma wspaniałą, czystą, dobrą duszę i okrutnie zniekształcone i okaleczone przez chorobę ciało. Nauczony, że ludzie prześladują go bądź śmieją się z niego, ukrywa się i ucieka. Lekarz, doktor Frederick Traves, pragnie pomóc mu odnaleźć godność i szczęście, chociaż choroba jest nieuleczalna. Przekonany, że jest jedynym, który widzi w Merricku człowieka, zrozumie z czasem, że często dawał się powodować pychą i zarozumialstwem. Wtedy dopiero dziwna, początkowo nieufna, z czasem coraz bardziej szczera i głęboka przyjaźń połączy obu mężczyzn. Ta inność Johna Merricka jest paraliżująca. Czyni tak wiele szkody, bo człowiek z natury swojej nawykł do płytkiego postrzegania. Dla własnego bezpieczeństwa potępia to, czego nie rozumie, odruchowo odrzuca to, co budzi w nim lęk i wstręt. John jest samotny - przeżywa swoją samotność, boi się jej, ale kryje się za nią, szuka w niej oparcia, gdyż jest... człowiekiem właśnie. Wrażliwym, dobrym, który boi się ludzi, lecz nie gardzi nimi za ich zachowania. Rozumie je nawet - nauczył się uznawać swoją inność za całkowicie separującą od innych, bez możliwości pokonania tej bariery. Cierpi na tym głęboko. Dręczy go bezradność. Nie podejmuje próby przekonania innych, co skrywają pozory jego okaleczonego ciała - tak łatwo przyjęto, że w tak odrażającej kreaturze nie może kryć się dusza. Ludzie śmieją się, uciekają, krzywią z odrazy - ale czy naprawdę dlatego, że są po prostu okrutni? Zakładają, że Johna ich zachowania nie mogą zranić. Nie myślą o tym, że mogłyby. Jest tylko dziwolągiem, wybrykiem natury, kimś, kto stoi niżej od nich. Bronią się przed refleksją, że może być taki sam jak oni - bo jak wtedy mierzyć normalność? Jak wtedy czuć się porządnym, szanowanym obywatelem? Jak wtedy bez pytań, bez obaw mościć się w swoim codziennym kołowrotku, odmierzanym przez uchylenia kapelusza, kupowanie pomidorów, jałmużnę ukradkiem wsuwaną do puszki żebraka pod kościołem? Otóż właśnie! John jest samotny. Ale tacy też są ludzie wokół niego, zbyt przestraszeni, zbyt zagubieni by powiedzieć "nie", a z pewnością zbyt przywiązani do swojego bezpiecznego rytmu, by wypowiedzieć przerażające słowo "rozumiem". Bo takie słowo znaczy, że już nie jesteśmy wzorem. Nasze zachowanie nie jest już jedynym możliwym, jedynym właściwym. Kiedy kuriozum zacznie postępować jak każde z nas - więcej, okaże się nawet lepszy, ma artystyczny talent, znakomity zmysł obserwacji, maniery dżentelmena - można jeszcze uciec się do patrzenia na niego jak na ciekawostkę, tak jak patrzy się ma małpkę żonglującą piłeczkami... ale jak trudno jest pójść dalej i powiedzieć magiczne słowo "rozumiem" - "widzę, akceptuję, jesteś taki jak ja". To znaczy...?


Prosta Historia   Prosta Historia


Zupełnie inną twarz ma samotność, którą pokazuje nam ten sam reżyser w jednym ze swoich największych dzieł, "Prostej historii". To samotność nadal bolesna, ale świadoma, oswojona, może nawet - pokochana. Alvin Straight wiele lat temu pokłócił się ze swoim bratem. Teraz dowiaduje się, że brat jest ciężko chory. Wyrusza zatem, żeby się z nim zobaczyć, całą drogę pokonując na małym traktorku. Przez sześć tygodni samotnie przemierza obszar od Iowa do Wisconsin. W drodze spotyka ludzi, z którymi dzieli się fragmentami swoich życiowych doświadczeń, pomagając im - i sobie. Alvin oswoił swoją samotność. Nie szuka na siłę zbliżenia do innych, nie wymaga od nich, by go wspierali czy zrozumieli. Jednocześnie jednak widzi w nich jednostki podobne do siebie. Nie ulega złudzeniu, że to, co przeżył, czyni go lepszym, innym, czy bardziej świadomym. Ma swój bagaż błędów, swoje grzechy, koszmary przeszłości. Kiedy mówi do ludzi, mówi do tych, którzy mają także swój bagaż - i wie o tym, szanuje to. Nie musi tych przeżyć rozumieć ani znać, po prostu zdaje sobie w pełni sprawę z faktu ich istnienia. Nie poucza, nie daje gotowych recept, nie próbuje nikogo nawracać ani namawiać do niczego. Po prostu mówi - o sobie. Tyle ile trzeba, ani słowa więcej. Słowa nie są potrzebne - one tylko zaciemniają obraz. Czy nie wystarczy, że każdy człowiek, którego spotykamy "coś kocha, czegoś się boi i coś stracił"? Wszyscy jesteśmy podobni - i wszyscy jesteśmy zamknięci w świecie własnych przeżyć. Jedyna metoda, by żyć zgodnie i właściwie, to zdawać sobie z tego sprawę i nie wnikać w nic na siłę. Przez całą podróż Alvin jest tylko sam ze sobą. Przez całe życie tak jest. Ale kiedy dociera do brata, wyjaśnienia nie są wcale potrzebne. I chociaż nic się nie zmieniło, nikt nie jest ani trochę mniej sam niż to było na początku, jest o kilku szczęśliwych ludzi więcej. Może to jest sekret?


Cienista Dolina   Cienista Dolina


Najwyższą sublimacją tytułowego uczucia jest... samotność w miłości. Czy może być lepszy przykład na to, niż mistrzowska "Cienista dolina"? Dwoje ludzi szukających się bez świadomości, że to robią. Ona jest stosunkowo młoda, zapalczywa, uparta. On ma wrażenie, że wszystko co mógł przeżyć - przeżył. Spokojnie kształtuje swoje życie zapadając w książki, w świat tajemnicy i wyobraźni, ale nawet nie na tyle, że rzeczywiście zachwycać się tym światem. Tworzy go - ale zostaje poza nim. Ona jest gotowa wiele poświęcić - on zachowuje dystans, chociaż jej potrzebuje. Ona ma żal - on nie rozumie jej oczekiwań. Ale są sobie bliscy, chociaż tak różni, chociaż tak bardzo dzielą ich oczekiwania wobec świata, życia, siebie. On chce żyć spokojnie, od popołudniowej herbaty do wieczornej pogawędki. Ona jest zachłanna. Chce go zrozumieć, przejrzeć, wydaje jej się, że tkwią w nim pokłady tajemniczego, wspaniałego geniuszu. Dopiero później dostrzega człowieka - chwiejnego, zagubionego, pełnego wad, zamkniętego w cyklu drobnych, rutynowych przyzwyczajeń. Wtedy zaczyna go kochać mocniej i pełniej, kiedy nagle dostrzega w tym układzie siebie, już nie niespełnioną literatkę podziwiającą swojego mistrza, ale kobietę, która rozumie więcej, więcej widzi, zna go, chociaż jemu się wydaje, że ukrył się przed nią. Dzięki niej on nabierze woli, zacznie zupełnie inaczej patrzeć na to, co wydawało mu się oczywiste, na siebie, na własne ustabilizowane życie. Wciąż nie rozumie, że zawdzięcza to jej uporowi, jej nieustępliwemu dążeniu do niego. Przerazi się, gdy zrozumie, że ona może zniknąć. Dziwna jest ta miłość statecznego, poważnego człowieka i kobiety pragnącej żyć pełnią życia, niepewnej, co będzie musiała pokonać, ale zdecydowanej, że pokonać to musi. Oni nigdy nie będą w stanie żyć w pełni dla siebie i ze sobą. Zbyt są ograniczeni przez to, co za nimi. Samotność zupełni różnych ludzi, którzy żeby się porozumieć, dotrzeć, odnaleźć muszą się pogodzić z tym, że nigdy nie będą w stanie się wzajemnie pojąć. Piękno tkwi w ich pragnieniu, by pozostać razem, piękno tkwi w tym, że ta samotność ich łączy tyleż, co dzieli. Są sobie potrzebni nie po to, by ją rozproszyć - nie mają ku temu możliwości, a może i nie mają chęci. Cenią się, dostrzegają. Idą razem i zupełnie osobno, czasami tylko patrząc sobie w oczy i podając na chwilę rękę. Może to jest szczęście?


Magnolia   Magnolia


Jest także "Magnolia" - manifest ogólnoludzkiej samotności. Tym razem jednak jest to takie oblicze samotności, które staje się synonimem nieszczęścia. Cierpiący syn umierającego ojca. Cierpiąca żona odchodzącego męża, która walczy z piekłem niezasłużonej nobilitacji. Cierpiący były geniusz, którego nikt nie potrzebuje, nikt nie chce od niego tego, co tak bardzo pragnąłby dać. Cierpiąca córka nieodpowiedzialnego ojca, która uczy się powoli, co znaczy zaufanie (czy się nauczy? Oto zagadka). Ludzie skrzywdzeni, ludzie szukający wyjścia po omacku, rozpaczliwie, przepełnieni strachem i poczuciem krzywdy. Pragną ucieczki, schronienia, zrozumienia. Cóż z tego, skoro to jest nieosiągalne? Oczyszczenie jest chwilowe. Zawsze chwilowe. Można zapaść się w sobie, zniknąć chociaż na chwilę dla świata, można próbować krzyczeć o własne prawa, wszystko to jest w zasięgu ręki. Na trochę, na moment ułudy, na moment odprężenia. Chociaż, może, w ostatecznym rozrachunku, warto o to zabiegać? Kiedy przestajemy walczyć, zaczynamy umierać.

Nigdy jej nie pokonamy. Jest pierwotna i towarzyszyła stworzeniu. Skaziła nas już u zarania dziejów, od tej pory stała się nieśmiertelna. Przeżyje nas. Będzie trwała, kiedy już znikniemy z tego padołu. Ostateczne zwycięstwo zawsze należy do niej. Naszym wyborem pozostaje akceptacja, walka bądź nienawiść. Albo - rezygnacja.


e-mail
 Autor tekstu: Karolina Chymkowska - DEJNA