Julia to kobieta po czterdziestce. Ma dobrze zarabiającego męża,
17-letnią córkę, nowe, przestronne mieszkanie i w zasadzie wszystko,
czego dusza zapragnie. Tłumaczy mało ambitne książki do kupienia w
kiosku za parę czeskich koron, ale pracować tak naprawdę nie musi.
Czas w ciągu dnia wypełnia więc spotkaniami z młodszym od siebie
kochankiem albo na pogaduszkach z niezbyt rozgarniętą, ale dobrą
przyjaciółką. Namiętnie słucha też piosenek Niny Simone. I właśnie w
dniu, kiedy z porannych wiadomości dowiaduje się o jej śmierci, jej
życie ulega zmianie. Niby robi śniadanie temu samemu mężowi, tak
samo zapracowanemu i nieobecnemu, jak zawsze. Rozmawia z tą samą,
lekko zbuntowaną, acz mądrą i kochającą córką. Robi tłumaczenie
kolejnych rozdziałów grafomańskiego czytadła, tak samo
beznadziejnego jak poprzednim razem… I wtedy stwierdza, że dobrze
byłoby mieć w domu pianino. A że spokojnie może sobie na to pozwolić
– harlequin nie ucieknie, mąż nie wróci wcześniej z pracy, pieniądze
też bez problemu się znajdą – wyrusza na poszukiwania. Nie tylko
instrumentu, ale także nowej definicji samej siebie.
„Sekrety” w reżyserii Alice Nellis to nie czeska wersja Bridget
Jones ani odpowiedź sąsiadów na nasze „Nigdy w życiu!”. To film z
trochę innej szuflady. Humoru, jak na czeskie kino, w tym filmie
akurat nie ma zbyt wiele. Bohaterka nie zmaga się też z problemami
typu nadwaga, nałogi, depilacja czy brak internetu. Kłopoty Julii są
mniej oczywiste. Z pozoru wszystko jest u niej w jak najlepszym
porządku, wiele pań na pewno by jej zazdrościło. Gdzieś pod spodem
coś jednak gnije i w coraz szybszym tempie smród przedostaje się do
góry. Z tym właśnie ma szansę zmierzyć się Julia w trakcie
poszukiwań pianina, przemierzając czeską stolicę. Tutaj także widać
różnicę między tą produkcją, a naszymi rodzimymi poprawiaczami
nastroju (wątpliwymi, dodajmy…). Praga w „Sekretach” jest naprawdę
piękna, mieszkanie Julii nowoczesne, biurowiec jej męża na światowym
poziomie, ale to, co widzimy na ekranie to rzeczywistość, a nie
ubarwione pastelami dekoracje. Nikt nie udaje, że Czechy to kraina
mlekiem i miodem płynąca. Kilku polskim filmowcom przydałaby się
krótka wycieczka za naszą południową granicę, by pobrać od Nellis
parę lekcji, jak cieszyć oko widza, a jednocześnie dalej być
wiarygodnym i nie żenować. Dobrym pomysłem było też, by ta urokliwa
i raczej pozytywna w wymowie historia, przedstawiona została nie w
konwencji stricte komediowej, ale swojego rodzaju filmu drogi –
trudnej, wyboistej i najeżonej przykrymi niespodziankami. Julia
budzi się z poczuciem, że jej życie skręciło na jakiś boczny,
niebezpieczny tor. To, co dzieje się potem ma sprawić, by się nie
wykoleiła. Nic jednak nie wskazuje na to, by miało jej się udać –
problemy piętrzą się bowiem przed nią na każdym zakręcie. A gdy
dowiadujemy się o kilku tytułowych sekretach, sprawa przybiera
jeszcze dramatyczniejszy, już zupełnie niekomediowy ton. Dzień z
każdą godziną wydaje się coraz bardziej przypominać koszmar, ale nie
znaczy to wcale, że trzeba go spisać na straty…
To mógł być naprawdę świetny film. Przystępny, a jednocześnie
niegłupi, powiedziałbym nawet, że ambitny, z optymistycznym
przesłaniem i sporą dawką uroku. Coś jednak nie zagrało. Film trwa
jedynie 1,5 godziny, a mimo wszystko miejscami mocno się dłuży.
Pomimo dość przystępnej formy, nie jest łatwo się w niego wczuć.
Świat widzimy bowiem jedynie oczami występującej w każdej scenie
filmu, głównej bohaterki, a ciężko ją z miejsca polubić. Reżyserka
nie ulega schematom, nie mamy więc do czynienia ze złym, winnym
wszystkim problemom mężem i dobrą, skrzywdzoną żoną. Jednak
przyjmując taką, a nie inną formę dla rozwoju fabuły, takie – niby
słuszne – nakreślenie postaci, psuje odbiór. Mnie Julia w trakcie
trwania filmu chwilami wręcz irytowała i w pewnym momencie
zwyczajnie przestało mnie obchodzić, co zaraz wydarzy się na
ekranie. Wcielająca się w nią Iva Bittovà wcale nie gra źle, w
niektórych scenach radzi sobie wręcz wyśmienicie, ale mimo wszystko
w moim mniemaniu nie pasowała do odgrywanej postaci. Głównie
fizjonomicznie. Filmowa Julia to introwertyczka, jest zamknięta w
sobie, trudno jej okazać jakiekolwiek uczucia, nawet wtedy, gdy
świat wali jej się na głowę. A w połączeniu z niezmiennym wyrazem
twarzy Bittovej, przypominającym minę zatroskanej babuleńki
odprowadzającej wnuki pod bramę przedszkola, odnosi się wrażenie, że
w filmie brakuje jakichkolwiek emocji. W przypadku dramatu
obyczajowego nie ma chyba nic gorszego – „Sekrety” po kilkunastu
minutach wywołały u mnie zobojętnienie. Na szczęście nie do samego
końca…
Film ratuje przede wszystkim muzyka. Piosenki Niny Simone
wkomponowane są tutaj po mistrzowsku – sceny, w których słychać je w
tle, można by pewnie oglądać na okrągło. Zresztą cała ścieżka
dźwiękowa skomponowana przez, znany niegdyś także i w Polsce, zespół
BUTY, zasługuje na uwagę. Dla Alice Nellis muzyka jest bardzo ważna
i, jak sama przyznaje, to ona właśnie była jednym z impulsów do
stworzenia scenariusza. Odgrywa więc ona w filmie bardzo istotną
rolę, jednak trudno nie oprzeć się wrażeniu, że w niektórych
momentach reżyserka stąpa po cienkiej granicy między artyzmem a
kiczem. Mowa tu o scenach tańca, niemal żywcem wyciętych z musicalu,
które same w sobie są naprawdę piękne (zwłaszcza tango na
skrzyżowaniu), ale nie do końca komponują się z całą resztą i burzą
tempo narracji.
Muzykę wnosi też do „Sekretów” wątek młodego pianisty, właściciela
komisu z używanymi instrumentami. Debiutujący na szklanym ekranie
Miloslav König radzi sobie z tą rolą znakomicie. Ukazuje całą
złożoność charakteru swojej postaci i we wszystkich jego odmianach
jest tak samo wiarygodny. Ma także wielki udział w jednej z
najważniejszych scen, gdy śpiewa wielki szlagier Simone, „Little
girl blue”. Przepiękna, świetnie nakręcona sekwencja, jak zresztą
cała końcówka filmu. I z tym mam właśnie problem. „Sekrety” są
bowiem jednym z tych obrazów, które trochę nużą, a nawet irytują w
trakcie oglądania, ale podczas napisów końcowych zaczynamy się
zastanawiać, czy może nie tak właśnie miało być. A jeśli tak, to czy
rzeczywiście być tak musiało?
To ciężki do ocenienia film. Nie opiera się na schematach. Nie stara
się być do bólu zabawny. Nie jest ckliwy. I to plus, pytanie tylko
„jaki więc jest?”. No właśnie… Na pewno miejscami urokliwy i
zdecydowanie niegłupi. To jednak niewiele. „Sekretom” wyraźnie
czegoś brak – i to raczej nie w samej treści, bo można się w niej
doszukać całkiem sensownej głębi, ale w formie. Alice Nellis chciała
zrobić chyba zbyt wiele – w rezultacie popełnionych zostało kilka
błędów, które pociągnęły za sobą kolejne i z ambitnych planów
zrealizowana została tylko część. Dla znudzonych życiem
czterdziestolatek z problemami film ten może okazać się kultowym –
możliwe, że trzeba mieć do niego pewną specyficzną wrażliwość. Dla
reszty „Sekrety” będą chyba jednak tylko kolejnym niezłym przykładem
młodego, czeskiego kina. Jeśli się załapiecie - super, jeśli nie –
bez obaw, za tydzień lub dwa zobaczycie w kinie coś na podobnym
poziomie. Możliwe, że także po czesku.
 |
Tytuł polski: Sekrety
Rok i kraj produkcji: 2007 / Czechy,Słowacja
Czas trwania: 97 minut
Reżyseria: Alice Nellis
Scenariusz: Alice Nellis
Zdjęcia: Ramunas Greicius
Obsada: DIva Bittová, Ivan Franek Ivan Franek,
Marta Issová Marta Issová, Miloslav König Miloslav König,
Karel Roden Karel Roden, Miroslav Krobot Miroslav Krobot
|
 |
Autor recenzji: Karol Barzowski |
Klub Miłośników Filmu
30.09.2008 |
|