Bill strzelając do ciężarnej Panny Młodej w "Kill Bill" wzniósł się na wyżyny własnego masochizmu. Oglądając "Seks w wielkim mieście 2" ja również wzniosłem się na wyżyny własnego masochizmu, w przeciwieństwie do twórców filmu, którzy najwyraźniej wznieśli się w akcie jego tworzenia na wyżyny własnego sadyzmu. Natomiast polscy dystrybutorzy, którzy wprowadzili film w kinowy obieg naszego znękanego ostatnimi tragediami kraju, bez wątpienia wznieśli się na wyżyny perwersji, już nie tylko własnej, bo dzielonej z rzeszą widzów, gotowych z różnych i sobie tylko wiadomych przyczyn skonfrontować swoje rzeczywiste problemy z wydumanymi pseudo problemami bohaterek tej abstrakcyjnej w naszych swojskich realiach opowieści.
Na wypadek, gdyby ktoś tego nie wiedział, wspomnę, że genezą recenzowanego sequela jest serial telewizyjny "Seks w wielkim mieście" (tytuł oryginalny "Sex and the city"), emitowany w latach 1998-2004 i wyprodukowany przez stację HBO, a oparty na motywach książki o takim samym tytule (autorstwa Candace Bushnell). Książka stanowiła zbiór dosyć luźnych opowiastek z życia tzw. singli w realiach nowojorskiej "dżungli", natomiast serial rozwinął się w już mocno rozbudowaną fabularnie historię czterech przyjaciółek (Carrie Bradshaw, Samanthy Jones, Charlotte York oraz Mirandy Hobbes), uwikłanych w sieć głównie łóżkowych perypetii. Książka była bestsellerem, serial wielokrotnie nagradzanym hitem, w związku z czym spotkanie w/w przyjaciółek na dużym ekranie było tylko kwestią czasu. Słowo stało się ciałem w roku 2008, kiedy to do kin na całym świecie szturmem wdarła się kontynuacja serialu pt. (oczywiście) "Seks w wielkim mieście". Przyjaciółki były tu o cztery lata starsze, ale wciąż tak samo (pod wieloma względami) wyzwolone, aczkolwiek już nieco mniej drapieżne i tak jakby bardziej emocjonalnie dojrzałe (chociaż akurat to stwierdzenie osobiście poddaję w wątpliwość). Cóż, czas płynie i bohaterki opowieści w pewnym momencie zauważyły, że są już... dorosłe. Taki stan rzeczy musiał wywołać określone reperkusje w ich ekranowym życiu, co zaowocowało niefortunnym zabiegiem fabularnym, polegającym na niezbyt udanym mariażu - pretensjonalnej w kinowym wydaniu - satyry na samotników z wyboru z cukierkowatą komedią romantyczną. Film nie był zbyt dobry, co nie zmienia faktu, że odniósł duży sukces komercyjny. Naturalną konsekwencją tego ważnego (a właściwie najważniejszego) dla producentów filmu faktu, stała się decyzja o nakręceniu jego kontynuacji, do czego (niestety) doszło...
|
|
"Seks w wielkim mieście 2" jest nudny i długi, a chociaż nie jest szary, to jednak jest (parafrazując niezbyt wyszukany dowcip) do dupy. Rozpada się na dwie części i tak naprawdę trudno powiedzieć, która z nich jest gorsza: ta amerykańska (początkowa i końcowa), czy ta bliskowschodnia (środkowa). Ta pierwsza - początkowa - część ciągnie się przez bitych czterdzieści lub więcej minut i w zasadzie nie wynika z niej nic sensownego, poza tym, że stanowi ona przesadnie rozwleczone preludium do pierwszego punktu zwrotnego tej nużącej fabuły, czyli do jej w/w drugiej części, podczas której akcja z Nowego Yorku przenosi się do Abu Zabi, stolicy jednego z Emiratów Arabskich. Tą geograficzną zmianę scenografii wymusza "proza" życia na Manhattanie, w jakiej tkwią bohaterki i jaką wydają się być zmęczone (zwłaszcza Carrie Bradshaw, zmagająca się z widmem nadciągającego w jej mniemaniu kryzysu małżeńskiego). W związku z czym korzystają z zaproszenia nieprzyzwoicie bogatego szejka i wyruszają w egzotyczną podróż do świata baśniowego niemal luksusu, by spędzać czas na słodkim nic nie robieniu i rozmowach (w gruncie rzeczy) o niczym, a także paradować w olśniewających (chociaż akurat i to stwierdzenie osobiście poddaję w wątpliwość) kreacjach na tle pustynnych plenerów. To wszystko składa się na wyjątkowo mdłe danie, w dodatku obficie podlane sosem kiczowatej estetyki, dla mnie ciężkiej do strawienia. A pozostając przy terminologii kulinarnej dodam, że "Seks w wielkim mieście 2" jest jak tandetnie urządzona restauracja, z totalnie przesłodzonym menu, w dodatku serwowanym w rytmie tandetnej muzyki przez równie tandetne kelnerki, mające za sobą niezbyt udany romans z chirurgią plastyczną...
|
|
Właściwie nie wiem, dlaczego obejrzałem ten film, zwłaszcza, że już kiedyś zemdliło mnie na sam widok pierwszego "olśniewającego" i promującego go plakatu (z wyretuszowaną do granic możliwości Sarah Jessicą Parker, czyli ekranową Carrie Bradshaw), dającego jako taki przedsmak czekających nas w sequelu atrakcji. Może jednak faktycznie uczyniłem to z czysto masochistycznych pobudek? Tak czy siak potrafię zrozumieć ludzi, którzy z jakichś sobie tylko wiadomych powodów obejrzeli film albo zechcą go obejrzeć. Osobiście odradzam wizytę w kinie, ale oczywiście nie mogę nikomu zabronić udania się na seans. Jeśli ktoś ma ochotę zafundować sobie akurat taką, a nie inną odskocznię od rzeczywistości - proszę bardzo! I nawet pewnemu znanemu politykowi i jego śp. psu Sabie nie mogę zabronić pójścia tą drogą...
2/10
 |
wytwórnia - New Line Cinema, HBO, Village Roadshow, 2010
scenariusz i reżyseria - Michael Patrick King
produkcja - Darren Star, M.P. King, J.P. Melfi, S.J. Parker
zdjęcia - John Thomas
montaż - Michael Berenbaum
scenografia - Jeremy Conway
czas projekcji - 146 minut
wystąpili
Sarah Jessica Parker
Kristin Davis
Cynthia Nixon
Kim Cattral
Chris Noth
Jennifer Hudson
Mario Cantone
Jason Lewis
Evan Handler
Art Malik
Penélope Cruz
John Corbett
|
(Carrie Bradshaw)
(Charlotte York)
(Miranda Hobbes)
(Samantha Jones)
(Mr. Big)
(asystentka Carrie)
(Anthony Marantino)
(Jerry 'Smith' Jerrod)
(Harry Goldenblatt)
(szejk Khalid)
(Carmen Garcia Carrion)
(Aidan Shaw)
|
|
 |