Lubię komedie romantyczne. Choć w zasadzie wszystkie są oparte na jednym i tym samym, w kółko powtarzanym schemacie, to mimo wszystko historia kina była bez nich skromniejsza i cokolwiek wybrakowana. Te nowoczesne bajki na dobranoc dla dorosłych, doprowadzone przez amerykańskich twórców do perfekcji, spełniają znakomitą rolę terapeutyczną, wprowadzają w weselszy nastrój, pomagają widzieć nas samych lepszych i ładniejszych. Wreszcie pielęgnują naiwną momentami wiarę w miłość doskonałą i spełnioną, siłę uczucia okazywanego bez wstydu i uprzedzeń, zakończonego obowiązkowym pocałunkiem przeznaczonych sobie ludzi. Równocześnie daleko im do pretensjonalnej, zniechęcającej formy melodramatycznej. Scenariusze skrzą się dowcipem, dialogi potrafią rozśmieszyć nawet gości na stypie po grabarzu. Słowem idealny produkt nie tylko na romantyczny wieczór we dwoje, gdy na zewnątrz deszcz. Kom-romy można łykać w niemal każdym stanie emocjonalnym. Nadają się zarówno na babskie nasiadówy, jak i na samcze zalewanie wódą doła po rozstaniu. Wtedy żelazny zestaw, zawierający rozczochraną Meg Ryan, Billy'ego Crystala ze słowotokiem, czy roztrzepaną Renee Zellweger, potrafi czynić cuda. I nie ma żadnego znaczenia, że ciągle oglądamy tę samą historyjkę miłosnych podchodów, najeżonych zupełnie przewidywalnymi kłopotami. "Serce nie sługa" nie stanowi tu żadnego wyjątku.
Pracująca w telewizji, 33-letnia atrakcyjna Jane Goodale (Ashley Judd), pewnego dnia poznaje przystojnego nowego pracownika Raya Browna (Greg Kinnear). Feromony zaczynają krążyć. Jane bardzo szybko wiąże się z Rayem, który do pełni szczęścia musi zerwać ze swoją poprzednią partnerką. Idylla, wypełniona seksem, romantycznymi chwilami i znalezieniem wspólnego mieszkanka z widokiem na World Trade Center, nieoczekiwanie kończy się z winy Raya, który nie potrafi skończyć swego poprzedniego związku. Zdruzgotana i bezdomna Jane wprowadza się do przestronnego mieszkania swego kolegi z pracy, lekkoducha i kobieciarza Eddie'ego Aldena (Hugh Jackman). Rozpoczynają się ciężkie dni przeżywania obowiązkowego doła, w trakcie których Jane może liczyć na wsparcie swej najlepszej przyjaciółki Liz (Marisa Tomei) i trzeźwe, kąśliwe uwagi Eddie'ego. Kluczem do wyjścia na prostą okazuje się tzw. teoria nowej krowy. Za tą dziwną nazwą kryje się prasowy artykuł, opisujący godowe preferencje byków. Nagle Jane zauważa oczywistą zależność między zachowaniami zwierząt hodowlanych, a jej gorzkimi doświadczeniami z mężczyznami. Liz proponuje Jane prasowe publikacje jej błyskotliwych spostrzeżeń. Tak oto nasza bohaterka, używając pseudonimu i twarzy zmyślonej dr behawiorystyki Marie Charles, staje się ogólnokrajową sensacją. Jej teorie znajdują poklask nie tylko samej Oprah Winfrey, ale i swojej szefowej Diane, która okazuje się tajemniczą kobietą niegodziwca Raya. Tymczasem krótkie chwile spędzane z Eddie'em, coraz bardziej przekonują Jane, że Ray nie jest ostatnim mężczyzną, który potrafi ją pokochać...
Nic nowego, prawda? Kolejna, seryjna bajeczka o uwieńczonym sukcesem poszukiwaniu prawdziwej miłości, w lukrowanym, amerykańskim stylu. I po raz kolejny ten schemat ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Przede wszystkim to zasługa znakomitej obsady. Miło widzieć śliczną Ashley Judd w lżejszym repertuarze, odmiennym od mrocznych thrillerów, typu "Kolekcjoner" czy "Amnezja". Aktorka ze swoim poczuciem humoru i naturalną żywiołowością wydaje się być stworzona do komedii romantycznych, a mimo to dość konsekwentnie od nich stroni, wybierając produkcje cięższego kalibru. Czyżby bała się szufladki z napisem "angażujcie mnie, gdy Meg Ryan jest zajęta"? W "Serce nie sługa" epizodzik telewizyjnej charakteryzatorki zagrała Naomi Judd, matka Ashley.
Australijczyk Hugh Jackman, dzięki obu częściom "X-Men" przebojem wdarł się do czołówki kina akcji. Filmami "Kate i Leopold" oraz "Serce nie sługa" udowodnił, że nie tylko potrafi łamać szczęki swoich przeciwników, ale i kobiece serca. No, coż, przystojniakowi z takim uśmiechem i talentem nie straszna żadna konwencja. Może Hugh kiedyś zagra samego Jamesa Bonda? Warto także nadmienić, że aktor musiał na jeden dzień opuścić plan "X-Men", by dokręcić zakończenie filmu, ze sceną finałowego pocałunku na ulicy. Pierwotne zakończenie miało miejsce na dachu budynku i podczas montażu nie znalazło uznania w oczach reżysera.
Greg Kinnear z kolei, mimo znakomitych warunków fizycznych, zagrał nieco ospale i nieprzekonująco, choć to aktor o ogromych możliwościach (nominacja do Oscara za rolę w "Lepiej być nie może"). Przyćmiła go błyszcząca na drugim planie Marisa Tomei, która jako przyjaciółka głównej bohaterki, mogła sobie pozwolić na większy luz i swobodniejszą ekspresję, przypominającą jej rolę u boku Mela Gibsona w "Czego pragną kobiety".
Reżyserem filmu był Tony Goldwyn, bardziej znany z aktorskich ról w m.in. "Uwierz w ducha", "Raporcie pelikana", "Ostatnim samuraju" czy "Szóstym dniu". "Serce nie sługa" to jego trzecia próba reżyserska i zarazem trzecie zawodowe spotkanie z Ashley Judd. Wcześniej oboje zagrali w "Kuffs" i "Kolekcjonerze". 41-letni Goldwyn, otrzymawszy od wytwórni 23 mln dolarów na "Serce nie sługę", chciał nazwać swoje najnowsze dzieło "Animal Husbandry", zgodnie z tytułem powieściowego pierwowzoru Laury Zigman. Pod naciskiem producentów musiał jednak zmienić tytuł na "Someone like you", od rozbrzmiewającej w zakończeniu filmu piosenki Vana Morrisona pod tym samym tytułem (ta sama piosenka kończyła także "Dziennik Bridget Jones"). Skoro jesteśmy przy piosenkach, trzeba pochwalić reżysera (oraz szefa muzycznego filmu) za uatrakcyjnienie filmu zarówno popowymi hitami, znakomicie oddającymi nastrój poszczegolnych scen, m.in. "It must be Love" Madness, "Train in Vain" Annie Lennox, jak i urokliwymi, klasycznymi melodiami Bizeta, Mozarta czy Haendla.
Gra znaczonymi kartami w niczym nie przeszkadza znakomitej zabawie, jaką jest oglądanie tego filmu. Sympatyczne postaci, zabawne sytuacje i dialogi, nie tworzą co prawda żadnej nowej jakości, ale nie tego się oczekuje od komedii romantycznej. Od początku przecież wiadomo, że dwoje antagonistów Jane i Eddie w końcu wylądują sobie w ramionach, oczywiście po obowiązkowym pościgu Jane ulicami Nowego Jorku za swoim ukochanym. To samo miały do zagrania Renee Zellweger, goniąca zaśnieżonymi ulicami Colina Firtha we wspomnianym już "Dzienniku Bridget Jones", czy Jeanne Garofalo śmigająca na wrotkach w kierunku Bena Chaplina w komedii "Jak pies z kotem". Film Tony'ego Goldwyna to idealnie wpisująca się w gatunek, jeszcze jedna propozycja obejrzenia zabawnej i pokrzepiającej historii, z nieodłącznym, budującym morałem, że prawdziwa miłość zawsze zwycięża. Proste i przyjemne filmidło.
SERCE NIE SŁUGA
(Someone like you)
 |
wytwórnia - Fox 2000 Pictures, 2001
czas projekcji - 94 minuty
reżyseria - Tony Goldwyn
scenariusz - Elizabeth Chandler
wg powieści - "Animal Husbandry" Laury Zigman
zdjęcia - Anthony B. Richmond
muzyka - Rolfe Kent
montaż - Dana Congdon
scenografia - Dan Leigh
kostiumy - Michelle Matland, Ann Roth
wystąpili:
Ashley Judd
Greg Kinnear
Hugh Jackman
Marisa Tomei
Ellen Barkin
Catherine Dent
Peter Friedman
Laura Regan
Donna Hanover
LeAnna Croom
Shuler Hensley
|
(Jane Goodale)
(Ray Brown)
(Eddie Alden)
(Liz, przyjaciółka Jane)
(Diane Roberts)
(Alice, siostra Jane)
(Stephen, mąż Alice)
(Evelyn)
(Mary Lou Corkle)
(Rebecca)
(farmer)
|
|
|
Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI
|