Strona główna KMF
        

"It was an urge... A strong urge"

Edmund Kemper III, zwany "geniuszem zbrodni"  






Jeffrey Dahmer, "morderca z Milwaukee", twierdził, że tacy jak on po prostu rodzą się już w pewien sposób uszkodzeni. Henry Lee Lucas, upamiętniony przez jedną z piosenek Nicka Cave'a na płycie "Murder ballads", winił za swoje mordercze instynkty trudne dorastanie. Ted Bundy oskarżał przemysł pornograficzny. Herbert Mullin, "morderca z Santa Cruz", słyszał głosy które nakazywały mu "zanucić pieśń śmierci". Carl Panzram winił pobyt w więzieniu ("więzienie uczyniło mnie potworem"), Bobby Joe Long - wypadek motocyklowy, po którym jakoby nie mógł zapanować nad własną seksualnością, a John Wayne Gacy obarczał winą bezpośrednio swoje ofiary. Seryjny morderca to określenie kryminalisty, który spełnia kilka wyodrębnionych przez kryminologów i psychologów kryteriów. Po pierwsze - za seryjnego mordercę uznaję się takiego, który ma na koncie trzy lub więcej ofiar. Ofiary najczęściej są nieznane swojemu oprawcy; w akcie zbrodni pojawia się chęć zdominowania i upokorzenia; morderstwa są dokonywane z pobudek psychologicznych, a nie dla chęci zysku, wreszcie - ofiary mają swoiste symboliczne znaczenie, co ujawnia się w sposobie popełniania kolejnych zbrodni. Najczęściej seryjni mordercy to mężczyźni w okolicach trzydziestki, ze średnio zamożnych środowisk, wielu z nich było wykorzystywanych i bitych w dzieciństwie. W większości dysponują ponadprzeciętną inteligencją, często są zafascynowani władzą i jej strukturami (policją, wojskiem, ochroną). Ted Bundy mordował młode dziewczyny z długimi brązowymi włosami - czy dlatego, że ten rysopis odpowiadał dziewczynie, która zerwała z nim zaręczyny? David Berkowitz, "syn Sama" głosił nienawiść do kobiet w ogóle - "one są winne wszystkiemu, co złe" powtarzał. Dlaczego zabijają? Dlaczego tak trudno ich zidentyfikować i schwytać? Jak to się dzieje, że człowiek nie panujący nad swoimi sadystycznymi skłonnościami, gnany owym "przymusem" o którym wspomina Edmund Kemper III, tak zręcznie ukrywa się za maską normalności? Nim zostaną rozpoznani i osądzeni, mogą zabić już nie kilka, ale kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób. Trudne dzieciństwo? Wykorzystywanie seksualne? Poczucie odrzucenia? Skaza genetyczna? Niemożność rozróżnienia dobra i zła, głęboka amoralność, a może jakieś szczególne, a niezbadane jeszcze uszkodzenie mózgu? Część z nich zdaje się wręcz krzyczeć "powstrzymajcie mnie", część prowadzi swoistą grę z policją. Na pytanie, dlaczego, nie ma jasnej odpowiedzi. Wciąż nie ma wypracowanego skutecznego schematu, który pozwalałby wykrywać potencjalnych morderców i zapobiegać zbrodniom. Nie ma właściwego klucza, by śledzić i rozpoznawać winnych. Wszystkie próby systematyzacji i racjonalizacji są błądzeniem po omacku. Jednoznacznej odpowiedzi nie ma.

"Wińcie tylko mnie" (z dziennika Erica Harrisa, jednego ze sprawców masakry w Columbine High School)






Jednak fascynują. Być może właśnie dlatego, że nie ma do nich odpowiedniego i precyzyjnego klucza. Że można tylko teoretyzować, stawiać hipotezy, budować opinie, kreślić historie których tłem jest właściwie wciąż to samo pytanie - co oddziela normalność od psychopatii? Gdzie leży ta granica i jak, kiedy, za sprawą czego można ją przekroczyć? I czy ja mógłbym? Jak bardzo bezpieczna jest moja normalność? Jak bardzo bezpieczny jest mój świat? Zło, jakie czai się w akcie brutalnej zbrodni, jest pierwiastkiem nieznanego, grozy, "inności" świata którego nie potrafimy pojąć i którego nie możemy pojąć, a który jednak właśnie swoją niepojętością fascynuje. Niemożliwe, a jednak się dzieje. I wciąż pozostaje niemożliwe. Wydaje się nieprawdopodobne, że twarze ludzi, którzy dopuszczają się tak niewyobrażalnych aktów przemocy i bestialstwa nie są naznaczone żadnym piętnem, że nie można ich odróżnić, że są takie zwyczajne - jak się zabezpieczyć, jak ustrzec, skoro te twarze nie różnią się w niczym od naszych, codziennie oglądanych w lustrze? Jest faktem bezspornym, że urok osobisty, którym Ted Bundy czarował swoje ofiary, nie pozostawił obojętnymi nawet sądu i ławy przysięgłych, mimo niepojętego bestialstwa jego czynów. Dylan Klebold i Eric Harris, którzy po prostu któregoś dnia przyszli do szkoły i otworzyli ogień, byli "bardzo miłymi chłopcami" jak wspominają ci, co ich znali. Normalność, zwyczajność, wdzięk, inteligencja, perspektywy - i w tle nienawiść, deprawacja, zło. Ten dualizm przyciąga, wabi, fascynuje, jak zagadka, na którą nie ma odpowiedzi. I dlatego na ekranach kin pojawiają się Hannibal Lecter, John Doe, Early Grayce, Mickey i Mallory. Postaci, za sprawą których odczuwamy przerażenie... ale i dzięki którym czujemy się paradoksalnie bezpieczniej.






Kliknij żeby przeczytać
Kliknij żeby przeczytać
Kliknij żeby przeczytać
Kliknij żeby przeczytać
Kliknij żeby przeczytać
Oni zabijali
naprawdę - część 1
Oni zabijali
naprawdę - część 2
Przeszli
do historii kina
Horror,
horror młodzieżowy
Aktorzy
przed sądem




e-mail  Autor tekstu: Karolina Chymkowska - DEJNA

STRONA GŁÓWNA KMF