Strona główna KMF
        

Wojna domowa jest jednym z najgorszych wydarzeń, jakie może stać się udziałem odrębnych grup społecznych zamieszkujących ten sam obszar. Ran przez nią zadanych narodowi nie da się szybko wyleczyć. Podziały wciąż trwają. Przykładów nie trzeba szukać daleko: Irlandia... Hiszpania... Jugosławia... Wszyscy pamiętamy z nie tak znów odległej historii, co się działo w tych krajach.
A ilu z nas pamięta 1994 rok?
Wiadomości ze świata: tunel pod kanałem La Manche otwarty - STOP - premiera Sony PlayStation - STOP - umiera Kurt Cobain - STOP - umiera Kim Ir Sen - STOP - pokojowa nagroda Nobla dla Szymona Peresa, Icchaka Rabina i Jasera Arafata - STOP - II miejsce dla Edyty Górniak w konkursie Eurowizji - STOP.
Z całą pewnością te wydarzenia pamięta każdy z nas. A ilu z nas zapamiętało o jednej z najkrwawszych wojen w historii świata? Wojnie o największej dynamice strat wśród ludności cywilnej? 800 000 ludzi zlikwidowanych w ciągu trzech miesięcy. O tym się nie mówi, o tym się nie pamięta. Polska TV i radio jeszcze w 1994 roku niezdecydowane były, czy w polskiej pisowni ów nieszczęsny kraj zapisuje się jako Ruanda, czy Rwanda. Dziennikarze plątali nazwy plemion Hutsi i Tutu z prawdziwymi Tutsi i Hutu. Dla nas Czarny Ląd to biała plama na mapie świata. Niegdyś tę białą plamę zmazywali Livingstone, Stanley i Speeke. Obecnie na nowo o Afryce opowiadają Terry George, Raoul Peck oraz Michael Caton-Jones. Wielkich geografów zastąpili wielcy reżyserzy.

Akcja filmu rozgrywa się na terenie katolickiej szkoły, przy której stacjonuje oddział belgijskich Błękitnych Hełmów dowodzony przez kpt. Delona (Dominique Horwitz). Szkołą opiekują się ksiądz ojciec Christopher (John Hurt) oraz angielski wolontariusz Joe (Hugh Dancy). Wszyscy oni staną już wkrótce przed najtrudniejszymi wyborami w ich życiu. Następstwem zamachu stanu stanie się nieokiełznana i bezsensowna rzeź ludzkich istnień. W tym wypadku nawet definicja "wojny domowej" traci swój sens. Wojną nie można nazwać sytuacji, w której jedno z plemion zostaje poddane zaplanowanej eksterminacji. Giną wszyscy bez wyjątku, kobiety, starcy, dzieci, a nawet 12 żołnierzy ONZ zarżniętych maczetami przez członków plemienia Hutu. Reżyser nie stara się zgłębić źródła nienawiści. Zamiast tego koncentruje się na przebiegu wydarzeń. Pogłębiającej się z każdym dniem fali zbrodni ludobójstwa przeciwstawia pokój i miłość głoszoną przez niestrudzonego ojca Christophera. Ksiądz, który słowem i czynem udowadnia istotę pomocy bliźnim i pomimo chwil zwątpienia do końca się nie poddaje. Kpt. Delon z kolei to człowiek ograniczony zasadami, których musi przestrzegać. Wypełnia rozkazy, choć niejednokrotnie jest im przeciwny. Emocje ukrywa pod warstwą munduru i przy zapalonym papierosie.
Ostatni z nich, Joe, to jeszcze młody i niedoświadczony nauczyciel, który staje się świadkiem najgorszego koszmaru w swoim życiu. To on jest najtragiczniejszą postacią w filmie, bo to w nim rozgrywa się walka między poświęceniem, obietnicą, a racjonalnym wyborem. Beznadziejna sytuacja, w jakiej się znalazł każe mu kierować się rozumem, a nie sercem.
Wszyscy trzej znajdują się w sytuacji kryzysowej, każdy z nich jest bohaterem, ale jednak to nie oni są celem ataków Hutu. Reżyser zdaje sobie z tego sprawę, dlatego nie ma tu ckliwych happy endów i sentymentalnych zakończeń. Ta wojna nie ma reguł, jest bezmyślna, a jej celem jest tylko i wyłącznie żądza krwi. Znamienną kwestię wypowiada korespondentka BBC (Nicola Walker) w rozmowie z Joe:

"- Płakałam codziennie (...) Za każdym razem, gdy widziałam martwą kobietę w Bośni, białą kobietę, myślałam... to mogła być moja matka... A tutaj? Po prostu martwi Afrykanie. W głębi wszyscy jesteśmy samolubnymi stworzeniami".

Jej całkowity brak emocji w sytuacji, w której się znalazła jest dalekim echem odczuć świata zachodniego. Wojna w Jugosławii nie schodziła z pierwszych stron gazet i ust światowych polityków przez całe lata. Kontyngenty ONZ i NATO bez przerwy były wysyłane w strefę konfliktu. Z Afryki zaś biali uciekli, niczym szczury z tonącego okrętu. Miast ratować sytuację pozwolili, by lokalni watażkowie żerowali na plemiennych animozjach i z dnia na dzień dochodziło do rozlewu krwi.
Reżyser "Shooting Dogs" dał się już poznać jako niezwykły filmowy rzemieślnik podpisując się pod "Rob Royem", "Szakalem", czy "Dochodzeniem". Biorąc tym razem na warsztat tragedię, jaka miała miejsce w małym, środkowoafrykańskim państwie, stworzył film poruszający i pełen goryczy. Oparta na faktach próba odtworzenia wydarzeń w Państwowej Szkole Technicznej to rejestracja sytuacji, w której strach miesza się z bezwładem, a ból i łzy są nieodłącznym udziałem każdego, kto w tej szkole znalazł schronienie. Rozterki, z którymi zmaga się każdy z bohaterów tego filmu nie pozwalają sądzić, iż mamy do czynienia z sytuacją, która mogłaby się zdarzyć w każdym cywilizowanym państwie. Tutaj śmierć trzyma w ręku maczetę, a jej obliczem jest twarz sąsiada, sprzedawcy ze sklepu oraz policjanta.
Misja, jaką postawili sobie twórcy rodzącego się kierunku filmów o Afryce, jest ważna z conajmniej dwóch powodów. Po pierwsze krwawa historia Afryki musi ujrzeć światło dzienne. Musimy o niej wiedzieć i być świadomi tego, co dzieje się nie tylko w krajach bogatych w ropę i diamenty albo tych zamieszkałych przez białych, ale również o tych z dala od Europy i USA. O człowieku zamieszkującym owe kraje, który nie jest pewien, kiedy straci dach nad głową, bliskich, kiedy straci życie. Po drugie filmy te to nasz rachunek sumienia. To spojrzenie wstecz i analizowanie popełnionych błędów. Mam nadzieję, że każdy z nas zastanowi się po seansie i wyciągnie odpowiednie wnioski. Pamiętajmy o tym.

Ocena: 8/10

 

SHOOTING DOGS

Czas trwania: 115 min.
Rok produkcji: 2005


Reżyseria: Michael Caton-Jones
Scenariusz: David Wolstencroft
Muzyka: Dario Marianelli
Zdjęcia: Ivan Strasburg
Scenografia: Astrid Sieben
Montaż: Christian Lonk

Wystąpili:

John Hurt,
Hugh Dancy,
Dominique Horwitz, Nicola Walker,
Claire-Hope Ashitey

Klub Miłośników Filmu | 21 XII 2006



e-mail
 Autor recenzji: Tomasz Jamry - DZIADEK