Strona główna KMF
Love is a burning thing
and it makes a firery ring
bound by wild desire
I fell in to a ring of fire...

Od premiery gry "Silent Hill" na PlayStation minęło już siedem lat. Od tego czasu powstały już trzy jej kontynuacje, seria (poniekąd dość słabych) komiksów, a sam tytuł zdążył już stać się pozycją kultową, posiadającą wiernych fanów na całym świecie. Ale to w końcu nic dziwnego, bo survival horror Akiry Yamaoki posiadał wszystko, czego gracz mógłby od takiej pozycji oczekiwać. W przeciwieństwie do "Resident Evil", które pojawiło się trzy lata wcześniej, początek w nawet najmniejszym stopniu nie zapowiada zbliżających się wydarzeń. Rozpoczyna się niewinnie - w początkowej sekwencji widzimy samotnego ojca, Harry'ego Masona, który wraz z córką jedzie właśnie do Silent Hill - spokojnego, oraz jak to wskazuje nazwa, cichego miasteczka wypoczynkowego. Dochodzi jednak do wypadku, spowodowanego przez tajemniczą dziewczynę, która nagle pojawiła się na drodze. Harry traci przytomność, a gdy budzi się odkrywa, że jego córka Sheryl zniknęła. Dociera do opuszczonego, spowitego mgłą Silent Hill. Poszukując zaginionego dziecka, bohater trafia w ciemny zaułek, gdzie niespodziewanie atakują go potwory, żywcem wzięte z najgorszego koszmaru. Od tej chwili bohater, wraz z Cybil - policjantką z sąsiedniego miasteczka, będzie musiał zmierzyć się z przerażającym nieznanym złem, które zmienia Ciche Wzgórze w piekło na ziemi - i to dosłownie. Długą listę zalet gry zaczyna niezwykle umiejętne budowanie nastroju opowieści. Stałe balansowanie między zamglonym miasteczkiem, a jego alternatywną, złowieszczą wersją, a wraz z kolejnymi takimi zmianami, świat ten wydaje się być coraz bardziej przerażający. Kolejną wielką zaletą gry jest fabuła, bardzo niejednoznaczna, zarysowana tak subtelnie, że dopiero po kilkakrotnym zagraniu i wysłuchaniu na nowo wszystkich dialogów, ujawnia się cała prawda dotycząca przeklętego miejsca, w jakim znalazł się bohater. Kolejnym wielkim atutem była muzyka, skomponowana przez autora gry - Akirę Yamaokę. Ciężkie, chaotyczne brzmienia, zastępowane miejscami przez delikatne, melancholijne utwory, niezwykle się dopełniają, tworząc wyjątkowo surrealistyczną mieszankę. To wszystko sprawiło, że gra odniosła wielki sukces i znalazła wielu naśladowców (m.in. "Fatal Frame" i "Forbidden Siren" - obie zresztą wkrótce mają być zekranizowane).


Jednak nawet przy takim sukcesie, twórcy ze słynnego studia Konami długo zwlekali z nadaniem praw do realizacji filmu. A chętnych było sporo, w tym podobno sam Tom Cruise. Jednak niejakie "błogosławieństwo" dostał od autorów dopiero francuski reżyser Christophe Gans, autor świetnego "Braterstwa Wilków". Wielki fan serii i zapalony gracz nakręcił 40-minutowy film, w którym opowiedział Konami, dlaczego tak mocno zależy mu na stworzeniu filmu "Silent Hill". Przekonał Japończyków i już wkrótce potem machina poszła w ruch. W pisaniu scenariusza Gans poprosił współautora "Pulp Fiction" - Rogera Avary'ego, a pracy nad filmem zaprosił m.in. samego Akirę Yamaokę (jako autora muzyki i producenta), Samuela Hadidę (producenta, z którym pracował przy wcześniejszych swoich filmach), oraz kilku stałych współpracowników Davida Cronenberga. Budżet filmu zamknął się w niemałej kwocie 50 milionów dolarów, co pozwoliło na właściwy rozmach dekoracji i efektów specjalnych - w końcu jednym z zadań twórców było odtworzenie tych samych miejsc w kilku wymiarach. I tak w końcu, po siedmiu latach od powstania pierwszej gry o Cichym Wzgórzu, pojawił się nareszcie ponad dwugodzinny film opisujący historię przeklętego miasta.


Różnice widać już od początku. Zamiast Cheryl, mamy lunatykującą Sharon, a zamiast Harry'ego - zdesperowaną matkę Rose, która postanawia zabrać swoje dziecko do Silent Hill - miejsca, o którym dziewczynka opowiada we śnie. Nie zważając na sprzeciw męża, zabiera Sharon i udaje się do tajemniczego miasteczka, które już od ponad trzydziestu lat, po przerażającym pożarze, stoi opuszczone i - jak niektórzy mówią - nawiedzone, gdzieś w Tolouca Country. Podobnie jak w grze, na drodze pojawia się tajemnicza dziewczyna, która doprowadza do wypadku. Kiedy Rose budzi się, po Sharon nie ma śladu, dookoła roztacza się gęsta mgła, a z nieba spada, niczym płatki śniegu, czarny pył. Po pierwszej konfrontacji z potworami, spotyka policjantkę Cybil, z którą wcześniej bohaterka miała kłopoty. Teraz obie wyruszają w poszukiwaniu dziewczynki. W zmieniającym się ciągle miasteczku, będą musiały zmierzyć się z fanatyczną sektą, oraz kimś jeszcze groźniejszym. Kimś, kto całą sytuację wydaje się kontrolować już od samego początku... Tymczasem mąż Rose, Chris Da Silva, rozpoczyna prywatne śledztwo w sprawie zaginięcia żony i córki.

I fell into a burning ring of fire
I went down, down, down
and the flames went higher

Żadna z wcześniejszych adaptacji gier nie zbliżyła się aż tak do konsolowego czy komputerowego pierwowzoru. Silent Hill, mimo wielu poważnych różnic posiada wiele cech, które łączy ją z serią, a nawet miejscami ją subtelnie uzupełnia. Fani dostrzegą tu bardzo wiele nawiązań do konkretnych elementów znanych z (póki co) tetralogii Konami. Co bardziej spostrzegawczy gracz odnajdzie w "Silent Hill" sceny, sekwencje, czy elementy scenografii albo potwory, bezpośrednio nawiązujące do gier. Nie sposób jednak dostrzec kilku istotnych zmian. Przede wszystkim, tak wzbudzająca niezadowolenie fanów zmiana płci głównego bohatera. Przewrotnie, zabieg ten wyszedł historii na dobre - zamiast bezbarwnego i - co tu dużo ukrywać - bezpłciowego Harry'ego mamy piękną Rose Da Silvę w świetnej adaptacji Radhy Mitchell. Wbrew pozorom, nie chodzi tu o podłoże stricte finansowe (w końcu jak nauczył producentów "The Ring", widzowie bardziej wolą oglądać w horrorach kobiety), lecz o ukazanie niezwykłych relacji łączących matkę z córką. Staje się to zresztą tematem głównym filmu, czego nie ukrywa sam Gans, wkładając w usta bohaterów kwestię, że "matka jest bogiem w oczach swojego dziecka". Temat ukazany jest jednak na tyle wdzięcznie i inteligentnie, że film nie zmienia się ani przez chwilę w łzawy moralitet. Także rola Dahlii Gilespie (świetna Deborah Kara Unger) uległa znacznemu przekształceniu - u Gansa zostaje ona postacią tragiczną, odrzuconą przez ludzi i pozbawioną kochanego dziecka. Jej zadanie z gry przejmuje Christabella (Alice Kriege), pałająca nienawiścią religijna fanatyczka, która przewodzi niebezpieczną sektą. Tu pojawia się kolejny ważny temat filmu, który również poruszała konsolowa seria - kwestia wiary. Fanatyzm, ślepe trwanie w przekonaniach, oraz nietolerancja i agresja wobec wszystkiego co nieznane to kwestia nie tylko ważna, co i ciągle aktualna (szczególnie teraz, w Polsce ;)). Z zamierzenia, "Silent Hill" miało być horrorem ukazującym różne oblicza kobiet, jako matek i córek, obraz ich delikatności ale też stanowczości i uporu. Producentowi nie spodobała się jednak taka "feminizacja" obrazu (a szkoda!) i dlatego Gans i Avary musieli stworzyć postać Christophera - człowieka, który nie ma dostępu do tego Silent Hill, w którym znajdują się bohaterki. Będąc w tym samym miejscu, ale w innej rzeczywistości, czuje obecność swojej żony, mimo że nie może jej zobaczyć. Jak słusznie zauważyła Radha Mitchell w jednym z wywiadów, jest to naprawdę piękny sposób na ukazanie związku Chrisa i Rose. Ostatnią, szczególnie ważną zmianą jest postać Alessy, której to motywy postępowania oraz zadanie uległy największemu przeistoczeniu. Motyw ten został przedstawiony zupełnie inaczej niż w grze, gdzie Alessa odgrywała mniej "agresywną" rolę. Jednak w filmie, za jej pośrednictwem, pojawia się jeszcze jedna postać. Ale czy na pewno? Bo czym lub kim tak naprawdę jest "Żniwiarz" (pomijam tragiczne, polskie tłumaczenie tego dialogu)? Na to pytanie każdy musi udzielić sobie sam odpowiedzi.


I choć jak widać, fabuła miejscami bardzo znacznie odbiega od tego, co można było zobaczyć w grze, nie mam do Gansa żalu. Stworzył on własną interpretację wydarzeń w Silent Hill, z własnymi pomysłami i nowymi elementami fabularnymi, ale zachowując to, co było w grze tak istotne, czyli niejednoznaczność. Cała historia przypomina wielką układankę, której kolejne elementy wydają się nie mieć sensu, a całość wydaje się być mocno naciągana i chaotyczna. Nic z tych rzeczy. Bo kiedy przyjrzymy się filmowi bliżej, okazuje się, że historia wcale nie jest tak prosta, jak można się było spodziewać. Z każdą chwilą pojawiają się nowe pytania, które stawiają wydarzenia oraz kolejne postaci w całkiem nowym świetle. Okazuje się, że nikt nie jest tu ani do końca dobry, ani tak bardzo zły. Wielowymiarowość postaci, oraz widoczna przemiana jaka w nich zachodzi, pozwala wierzyć, że jest w tej opowieści znacznie więcej, niż można by się było po niej spodziewać na pierwszy rzut oka. A kiedy dodamy do tego wszystkiego zakończenie - enigmatyczne i niepokojące, znowu obraz zmienia swoją postać. I tak, zamiast oczywistego finału, dostajemy rewelacyjne, otwarte zakończenie, które nie poddaje się łatwej interpretacji.

The taste of love is sweet
when hearts like Ours meet
I fell for you like a child
oh, but the fire went wild

Istotnym elementem gier Konami była strona wizualna. Ten element został przez Gansa dopieszczony do granic możliwości. Z początku zamglone, zrujnowane miasto, z zakurzonymi meblami, odrapanymi i zniszczonymi przez czas ścianami, oraz pokrytymi czarnym pyłem ulicami, robi wrażenie opuszczonego i tajemniczego. Prawdziwa maestria rozpoczyna się wraz z wyciem syren, które zapowiadają przybycie zmieniającej wszystko ciemności. I nagle ściany pokrywa krwawa rdza, pojawiają się otoczone drutem kolczastym siatki, wszędzie wiszą zmasakrowane ciała, z maszyn bucha szary dym. Zaczyna się czas demonów. Z odmętów ciemności wyłaniają się przerażające, groteskowe monstra, pozbawione kończyn, płonące od wewnątrz. Bije z nich cierpienie i ból. Wszystko to daje obraz prawdziwego Piekła, z całym jego surrealizmem i okrucieństwem. Wciąż mam przed oczami scenę, w której Rose wybiega na szkolny plac, gdzie zauważa ogromne, zardzewiałe wiatraki, które obracają się z głośnym, nienaturalnym skrzypem. Tak przerażająco nie wyglądało nawet "Silent Hill" według Konami! Całą tę kompletnie wynaturzoną i odrealnioną wizję dopełnia muzyka Akiry Yamaoki - miejscami bardzo ciężka, metaliczna, rytmiczna, niczym odgłosy jakiejś piekielnej maszyny, lub też kojarząca się z niepokojącymi rytuałami, pieśniami prastarego kultu, pełna zawodzeń i szeptów. Innym razem z kolei spokojna, piękna, delikatna, idealnie wtapia się w te "mgliste" Silent Hill. Wszystkie utwory, które pojawiają się w filmie (no, może oprócz jednego, który Rose słyszy po pierwszej przemianie miasta), pochodzą z czterech części gry. Muzyka ta została umiejętnie wykorzystana przez Gansa, idealnie pasując do nastroju panującego w konkretnym momencie opowieści.


Dotychczasowe adaptacje raczej nie grzeszyły dobrym aktorstwem. Mila Jovovich lepiej w "Resident Evil" wygląda niż gra, a reszta obsady to tylko tło dla niej. Podobnie "Mortal Kombat", które skupiało się na efektownych walkach, a nie dialogach, toteż aktorzy mieli za zadanie tylko przypominać postaci z gry. Nie mówiąc już o ekipie filmów Bolla, która to żenuje w każdym kolejnym filmie coraz bardziej (co robi w "Bloodrayne" Kingsley?!). Tymczasem "Silent Hill" w tym wypadku stanowi zupełnie nową jakość. Mitchell jako Rose jest świetna, przechodząc niezwykłą przemianę (sugestywnie, prawie niezauważalnie podkreśloną przez coraz bardziej zmieniający się ubiór), najpierw przerażona i słaba, później nabierająca coraz większej pewności siebie. Laurie Holden jako Cybil, twarda i nieugięta policjantka, obnaża całą prawdę o swojej bohaterce w jednej z końcowych scen - i robi to z wielkim wyczuciem. Niesamowicie ucharakteryzowana Deborah Kara Unger jako szalona Dahlia Gilespie jest wyjątkowo tajemnicza i na swój sposób bardzo niepokojąca. Jodelle Ferland - dziewczynka wcielająca się tu w trzy role, jest naprawdę utalentowana - spisuje się świetnie we wszystkich swoich filmowych wcieleniach. Nic dziwnego, że dostrzegł ją sam Terry Gilliam, dając jej rolę w "Tideland". Jednak najstraszniejszą kreację stworzyła Alice Kriege - jest przerażająca w roli fanatycznej przywódczyni sekty. Okrucieństwo w jej oczach i przyjemność z zadawania bólu w imię wiary straszy bardziej niż niejeden potwór.

Nie sposób nie zachwycić się tu samymi potworami, które - wbrew panującym w Hollywood ostatnimi czasy modom - nie są animowane komputerowo, lecz odgrywane przez prawdziwych aktorów i... tancerzy. Nic dziwnego, w końcu monstra poruszają się niczym w makabrycznym tańcu, impulsywnie, zwijając się w agonii i gniewie. Przy niewielkiej pomocy komputera, który dodał im złowieszczości, efekt jest wprost niesamowity. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie pierwsze napotkane przez Rose potwory, z powykrzywianymi twarzami, spazmatycznymi ruchami oraz - co chyba najstraszniejsze - wydające z siebie odgłos przypominający płacz dziecka. Scena robi kolosalne wrażenie! Nie mógłbym nie wspomnieć o Pyramid Head - tajemniczym osobniku z, jak wskazuje jego imię, wielką metalową piramidą na głowie. Potężny i milczący, z wielkim mieczem, oraz pozbawiony wszelkich skrupułów, przeraża już samym wyglądem - na swój sposób poważnym i dostojnym. Jest to najpopularniejsza postać z serii, która jednak pojawiła się dopiero w drugiej części gry. Tutaj pojawia się raczej jako smaczek dla graczy, choć można interpretować jego obecność na różne sposoby.


Nie jest to niestety adaptacja idealna (bo takiej chyba zrobić się nie da). Największą słabością filmu jest sposób, w jaki Gans buduje napięcie. Pierwsza połowa filmu jest rewelacyjna - po części mroczna, enigmatyczna, surrealistyczna. Jednak z każdą chwilą, przez kolejne odsłanianie tajemnicy, "Silent Hill" traci sporo ze swojego klimatu. Narracja nieco zwalnia na rzecz wyjaśniana co bardziej niezorientowanym widzom, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Głównym "spowalniaczem" akcji staje się wątek poszukującego prawdy Chrisa i jego konfliktu z Oficerem Gucci - element to nie tyle niepotrzebny, co zaburzający efektownie budowany wcześniej nastrój. Nie wnosi do fabuły to specjalnie nic nowego, a tylko zaburza świat znany z gry, przez irytującą dosłowność i dosadność. Kilka takich elementów przenika także do tego "nawiedzonego" Silent Hill. Najzabawniejsze jest w tym wszystkim to, że mimo takiego zabiegu i tak większość krytyków (np. wychwalany z niewiadomych powodów pod niebiosa krytyk Roger Ebert), oraz co mniej bystrych widzów nie zrozumiała fabuły filmu. Jednak tu muszę stanąć po stronie twórców - jaśniej i przejrzyściej już tego nie można było zrobić. Tylko po co? Większość fanów będzie na przykład rozczarowana widząc skąd pochodzi odgłos syren, albo wyjaśnieniami Mrocznej Alessy, jak do tego wszystkiego doszło (choć sama retrospekcja jest całkiem klimatyczna i świetnie zrobiona). Nie uniknęło też "Silent Hill" kilku mniej klimatycznych dialogów - kompletnie niepotrzebnie Avary wplótł w dialogi słówko "fuck" oraz banalnych dialogów w stylu "- Mówili, że te miasto jest nawiedzone. - Chyba mieli rację.". Na szczęście, takich wpadek jest mało i nie psują dobrego wrażenia, a kilka dialogów, w tym m.in. monolog Rose pod koniec filmu, wypada naprawdę świetnie.

I choć akcja, jak już wspominałem, przez pewien czas raczej stoi w miejscu, kulminacyjna scena w kościele wynagradza wszystko z nawiązką. Tak mrocznej, ciężkiej i autentycznie niepokojącej masakry nie było już w kinie dawno! Nie ukrywając, mało ta scena ma wspólnego z grą, ale jako swoisty wkład reżysera, lubiącego takie elementy gore (patrz: jego nowelka w "Necronomiconie"), prezentuje się wprost wybornie. Dobre wrażenie pozostawia też finał, którego niejednoznaczność, subtelność i melancholijność, nie pozostawi widza obojętnym. Niewątpliwie brakuje trochę "Silent Hill" do ideału jeśli chodzi o adaptację gry - udowodnił to grad nieprzychylnych recenzji (choć większość z nich, jak choćby w Wyborczej, jako argument "przeciw" stawia sam fakt bycia adaptacją gry!) oraz mieszane opinie publiczności nie znającej serii. Świadczy to przede wszystkim o tym, że "Silent Hill" jest filmem głównie dla fanów, którzy bez problemów zrozumieją fabułę i wyłapią wszystkie nawiązania. Jeśli jednak nie znasz gry, a masz ochotę na mocny, klimatyczny i inteligentny horror ze świetną fabułą, film efektowny i mroczny - polecam z czystym sumieniem i życzę miłej zabawy... w samym środku piekła.

And it burns, burns, burns
the ring of fire
the ring of fire


SILENT HILL

Rok produkcji: 2006
Kraj: Japonia, USA, Francja
Czas trwania: 127 minut

Reżyseria: Christophe Gans
Scenariusz: Roger Avary
Zdjęcia: Dan Laustsen
Muzyka: Jeff Danna, Akira Yamaoka

Obsada:
Radha Mitchell   .....Rose Da Silva
Sean Bean   .....Christopher Da Silva
Laurie Holden   .....Cybil Bennet
Deborah Kara Unger   .....Dahlia Gillespie
Kim Coates   .....Oficer Thomas Gucci
Tanya Allen   .....Anna
Alice Krige   .....Cristabella

Wyślij e-mail Autor recenzji:
Karol Baluta - KAROL
Klub Miłośników Filmu
26.05.2006