Strona główna KMF


- To ja stworzyłem Simone.
- Nie, to ona stworzyła ciebie.




Kiedyś za prawdę przyjmowano to, co można było zobaczyć na własne oczy. Później sfilmowany przez braci Lumiere pociąg wjeżdżający na stację, spowodował ucieczkę widzów z pierwszej projekcji kinowej. Ten zabawny epizod rozłożył pomost pomiędzy życiem a iluzją. W Polsce Ludowej krążyło powiedzonko, że jedyną prawdziwą informacją w "Trybunie Ludu" była data. Media stały się potężnym środkiem, kształtującym świadomość odbiorców. W grotesce politycznej "Fakty i akty", bohater grany przez Roberta De Niro, z rozbrajającą swym cynizmem szczerością wyjaśnił mechanizm informacji telewizyjnej, którą można dowolnie manipulować. Obecnie na proste pytanie "- Skąd o tym wiesz?", pada jeszcze prostsza odpowiedź "- Widziałem w telewizji". Technologia przekazu elektronicznego jeszcze nigdy nie miała tak blisko do zagadnień, nurtujących socjologów. Środek informacji sam stał się informacją, kupowaną w ciemno przez wiecznie śpieszących się odbiorców.

Dysponujące mocą stwarzania całych światów kino, znajduje się obecnie na najlepszej drodze do wyprodukowania iluzji doskonałej. George Lucas, Peter Jackson, Ridley Scott, James Cameron i wielu innych mistrzów, dzięki cyfrowej technologii są w stanie zabrać widza do krain, których nie sposób odwiedzić w inny sposób. Komputery pokonały już nawet barierę wygenerowania sztucznego bohatera, choć do pełnej doskonałości cyfrowo animowanych ludzi, wciąż brakuje przysłowiowej bożej iskry, tchniętej w martwe piksele. A co by było, gdyby ta bariera została przekroczona?

Reżyser Viktor Taransky nie miał ambicji uwodzenia widzów wizjami nowych, nieistniejących światów. On chciał tylko robić dobre, ambitne kino współczesne. Lecz w amerykańskim systemie, kontrolowanym przez wielkie wytwórnie, nie ma miejsca na artystyczne fanaberie reżyserów. Te przynależą aktorom, a raczej gwiazdom, dostającym grube miliony za rolę. Reżyser może być zredukowany do roli posługacza dla gwiazdy, co właśnie stało się udziałem biednego Viktora. Zdruzgotany odejściem zmanierowanej gwiazdeczki, opuszczony przez wszystkich, z nieukończonym filmem, Taransky zostaje bez pracy. Pewnego dnia odwiedza go umierający szalony naukowiec Hank Aleno, wręczając twardy dysk z programem komputerowym Simulation One, napisanym w celu stworzenia wirtualnej aktorki. Taransky kończy film, wstawiając w nakręcone sceny Simone, cyfrowy twór Simulation One. Nagle cały świat oszalał. Nieznana wcześniej, eteryczna i zjawiskowa Simone, staje się sensacją, której sława wykracza poza świat filmu. Każdy chce ją zobaczyć, poznać, dotknąć, porozmawiać. Simone trafia na okładki najlepszych kolorowych pism, wydaje płytę, udziela wywiadów i równocześnie zaciekle strzeże swej prywatności, ku niezadowoleniu fanów. Ale nikt nie wie, że Simone w ogóle nie ma, że jest tylko zbiorem jedynek i zer, całkowicie kontrolowanym przez świetnie bawiącego się mocą demiurga Viktora. Lecz ta radosna manipulacja wktórce odbija się również na reżyserze...

"Simone" (lub jak kto woli "S1m0ne"), to spełnienie reżyserskiego snu. Iluż to twórców musiało naginać swoje wizje do producenckich wymagań i gwiazdorskich widzimisię. Jeżeli aktor się nie nadaje, to można go wyrzucić, tak? Nie! Na to mogą sobie pozwolić tylko nieliczni (jak Kubrick, który z "Oczu szeroko zamkniętych" usunął wszystkie sceny z Harveyem Keitelem i nakręcił je od nowa z Sydneyem Pollackiem). Taka carte blanche jest rzadkością. David Lynch pomimo oscarowych nominacji za "Człowieka słonia", musiał pracować pod producenckie dyktando na planie "Diuny", a Paul Schrader został zwolniony w trakcie produkcji prequela "Egzorcysty" i zastąpiony Rennym Harlinem. Ot, hollywoodzki chleb powszedni. "Simone" to tęsknota twórcy za sytuacją, w której będzie on niepodzielnym władcą planu filmowego i reklamowej otoczki wokół. Bez szefów produkcji przykręcających kurek z dolarami, bez poprawek scenariusza, dokonywanych na boku przez wynajętych "script-doctorów", bez odbierania prawa do ostatecznego montażu i przede wszystkim bez kapryśnych gwiazd, pomiatających twórcami w imię obłędnie pojętego luksusu.

Lecz cała komediowa otoczka filmu, ze znakomicie bawiącym się swą rolą Alem Pacino, spada na plan dalszy. Głównym bohaterem "Simone" jest bowiem publiczność, zachwycająca się tytułową bohaterką. Scenarzystą, producentem i reżyserem (spełniony sen o władzy nad filmem?) jest Nowozelandczyk Andrew Niccol. Po debiutanckiej "Gattace" (1997), to on wymyślił Trumana Burbanka, nieświadomego uczestnika reality show w fenomenalnym "Truman Show" Petera Weira z 1998 roku. Oglądając "Simone" nie sposób oprzeć się oczywistym podobieństwom twórczej metody Andrew Niccola, zaprezentowanym w "Truman Show". W obu filmach Niccol nie troszczy się o powolne (i tak bardzo przecież filmowe) odsłanianie tajemnic. Widz od razu otrzymuje informację, kto oszukuje, kto jest oszukiwany i kto pociąga za sznurki. Budując swe nieprawdziwe światy, twórca przedstawia je jako coś najzupełniej normalnego i znajomego widzom. Znacznie ciekawsza jest wiwisekcja socjotechniki, aplikowanej z dużego i małego ekranu.


UWAGA - SPOJLERY!!

Odwrócony natomiast został kierunek oszukiwany-oszukujący. Motorem fabularnym "Truman Show" było szukanie prawdy i wyjścia z fantasmagorycznego świata przez bohatera, wspaniale zagranego przez Jima Carreya. Choć śmialiśmy się z widzów tej absurdalnej telenoweli, to jednak identyfikowaliśmy się z nimi, kiedy w napięciu kibicowali Trumanowi, walczącemu ze sztormem. Jedynym przegranym był Christof, pozujący na boga tego sztucznego świata. Ten happy-end był jednak dwuznaczny. Czyżby publiczność zmądrzała i naprawdę chciała dobrze dla swego idola? Przecież jego sukces był automatycznie końcem ich ulubionego reality show. Lecz przecież wystarczy przełączyć na inny kanał...

A teraz wyobraźmy sobie, że na innym kanale właśnie rodzi się nowe bożyszcze - nieziemsko piękna Simone, której urok potrafi rozpalić nawet azbest. Jej wielbiciele mieszkają w tym samym świecie, który otaczał Seaheaven (miasto-studio, w którym mieszkał Truman). W "Simone" również mamy happy-end i jest on tak samo prześmiewczy. Widzowie nie zostają wyprowadzeni z iluzji, zaś Viktor Taransky odzyskuje żonę wraz z córką i razem z nimi kontynuuje radosne wciskanie medialnego kitu ogłupiałym z zachwytu widzom.

KONIEC SPOJLERÓW

Diagnoza Niccola jest tym razem bezlitosna. Widz po prostu chce być oszukiwany. Viktor Taransky nie potrafi przekonać żony ani policji, że Simone to wytwór komputera. W tym momencie kłania się nadrzędna funkcja produkcji filmowej i telewizyjnej, jako snu na jawie, w którym możemy bezpiecznie przeżyć swe największe marzenia i najgorsze koszmary. Z wypiekami czytamy bzdety o operacji plastycznej Anny Powierzy, kretyńsko śmiejemy się z wielkiego tyłka Jennifer Lopez, obstawiamy kogo w tym tygodniu obrazi Eminem, obliczamy dzień, w którym Michaelowi Jacksonowi odpadnie nos i zastanawiamy się nad tym, który wytatuowany debil jeszcze nie przeleciał Pameli Anderson. Kolorowe życie gwiazd stało się substytutem przaśnej codzienności. Idol jest potrzebny za wszelką cenę. A kiedy już go pokochamy, wybaczymy mu wszystko. Viktor Taransky chciał zniszczyć sławę Simone, prokurując film ze swoją cyfrową pięknością, ubraną w suknię ślubną i tarzającą się w błocie wśród świń. Preparuje wywiady z Simone, wygłaszającą pochwałę narkotyków. Rezultat - Simone została Kobietą Roku, a jej wywrotowy wizerunek entuzjastycznie odebrano jako ważny społeczny głos, na pohybel ciemnogrodu. Skąd my to znamy? Kłania się branża filmowa, choć nie tylko. Kiedy Gaspar Noe wydalił z siebie obrzydlistwo pod tytułem "Nieodwracalne", tzw. poważna krytyka doceniła tę jatkę, przypinając jej bezpieczną etykietkę "odważnego dzieła przekraczajacego granice". Lecz Mel Gibson już nie mógł liczyć na nowatorskie splendory, kiedy "Pasję" sprowadzono do "szargającego uczucia krwawego pulpetu". Jedna krwawa rzeźnia jest cacy, a druga jest be? Przecież w obu tych filmach przemoc jest ekstremalna i trudna do oglądania. Film Andrew Niccola pod płaszczykiem fantastycznej komedii nie pozostawia złudzeń, co do ludzkiej natury. Pochłaniacze kolorowych obrazków strawią i uwierzą we wszystko, byle opakować to w ładne ciało lub chwytliwą ideologię.

Kilka ciekawostek. Aby utrzymać tytułową bohaterkę w tajemnicy, materiały przedpremierowe zawierały odpowiednio spreparowane cyfrowo wizerunki Simone. W tę postać wcieliła się 24-letnia kanadyjska modelka Rachel Roberts. Była to jej pierwsza (i jedyna dotąd) rola filmowa, co ułatwiło Niccolowi sprzedanie dziennikarzom kłamstwa o całkowicie cyfrowej aktorce, grającej cyfrową bohaterkę. Jej personalia pojawiły się w napisach końcowych dopiero w edycji DVD. W scenie gali oscarowej, kontrkandydatki Simone noszą nazwiska z branży komputerowej Lotus Corel, Claris Apple i Lisa Packard. Al Pacino imię dla swego bohatera otrzymał po Victorze Frankensteinie - nie trzeba chyba wyjaśniać dlaczego. W kilku scenach żywą kopię Simone zagrała Rebecca Romijn-Stamos ("X-Men" "Femme Fatale"), wyglądająca naprawdę jak siostra Rachel Roberts. W filmie ważną role odgrywała synchronizacja mowy Ala Pacino z obecną na ekranach Rachel. Po wielu próbach zdecydowano się w końcu na cyfrowe wstawienie Rachel w kadr, zamiast kręcić całość na żywo. Przy znakomitych efektach wizualnych pracowało aż osiem firm.

"Simone" to przykład komedii, proponującej śmiech podszyty gorzką ironią (w sekwencji koncertowej Simone śpiewa piosenkę pod tytułem "You make me feel like a natural Woman"). Andrew Niccol niezwykle gładko nakreślił obraz współczesnego połykacza medialnych produktów. Nieważne czy jest nim kura domowa, czy poważny krytyk - wyprowadzić na manowce można wszystkich. Sceptycy mogą sarkać na komediowy ton, przesłaniający poważniejszą próbę analizy socjologicznej i na kilka niewiarygodnych zwrotów akcji. Cóż - "Simone" to jednak fantastyka. Jeszcze... A dla wielbicieli "Truman Show", to seans obowiązkowy.




S1M0NE

wytwórnia - New Line Cinema, Niccol Films, 2002
czas projekcji - 117 minut
scenariusz i reżyseria - Andrew Niccol
zdjęcia - Edward Lachman
muzyka - Carter Burwell, Samuel Barber
montaż - Paul Rubell
scenografia - Jan Roelfs
kostiumy - Elisabetta Beraldo
efekty wizualne - Kent Demaine, Will Robbins

wystąpili:

Al Pacino
Rachel Roberts
Catherine Keener
Evan Rachel Wood
Winona Ryder
Jay Mohr
Elias Koteas
Jeffrey Pierce

(Victor Taransky)
(Simone)
(Elaine Christian)
(Lainey Christian)
(Nicola Anders)
(Hal Sinclair)
(Hank Aleno)
(Kent)


e-mail
 Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI Klub Miłośników Filmu,   2005. 04. 03