Strona główna KMF


Aż trudno uwierzyć, że mój ulubiony serial ma już 18 lat. Jakby na to nie patrzeć - dorastałem z Simpsonami (mimo, iż oni sami przez te wszystkie lata prawie się nie zmienili). Pamiętam, jak oglądałem przygody szalonej rodziny jeszcze w dzieciństwie, dzięki uprzejmości polskiej telewizji. Później mieliśmy wielką przerwę, kiedy tymczasem reszta świata mogła cieszyć się największymi czasami świetności serialu. Dopiero po latach, stacja dla dzieci FoxKids zaczęła pokazywać losowe odcinki serialu. Nie trwało to jednak długo - wkrótce stacja zmieniła nazwę (na Jetix), a "Simpsonowie" (i kilka innych ambitniejszych pozycji) zniknęli, ustępując miejsca głupawym kreskówkom. I kiedy w Polsce trzeba było stawać na głowie, aby obejrzeć kolejne sezony serialu, w USA już trwały pierwsze przymiarki do pełnometrażowego filmu kinowego. Wśród wieloletnich fanów serii zawrzało. Wkrótce zaczęły pojawiać się kolejne informacje: że nad filmem pracuje cała ekipa znana z serialu, że reżyseruje David Silverman (twórca "Potworów i Spółki", ale i autor kilku odcinków "Simpsonów"), a za muzykę odpowiedzialny będzie Hans Zimmer. Pojawiły się pierwsze plakaty, a po nich zwiastuny, które wywołały prawdziwą euforię wśród fanów serialu... i nie tylko. No i wreszcie jest, po tylu latach "Simpsonowie" wreszcie we wspaniałej, jedynej w swoim rodzaju wersji kinowej!




W Springfield życie toczy się w swoim codziennym, nieśpiesznym rytmie: Homer przesypia kolejne godziny, w chwilach przytomności zajadając pączki, Lisa bezskutecznie próbuje nawracać mieszkańców do zmiany stylu życia na bardziej przyjazny środowisku, Bart wymyśla kolejne sposoby, aby doprowadzić dyrektora Skinnera do szału, Maggie wciąż nerwowo żuje smoczek, a Marge nadal nad całym tym bajzlem stara się zapanować. Jednak już wkrótce naszych bohaterów czeka prawdziwe niebezpieczeństwo. Dziadek Simpson doznaje w kościele wizji, podczas której przepowiada miastu rychłą zagładę. Jednak nikt specjalnie nie przejmuje się majaczeniem staruszka. Nikt, z wyjątkiem Marge, dla której każde kolejne wydarzenie zdaje się być potwierdzeniem proroctwa. Już wkrótce Spriengfield stanie się areną prawdziwe strasznych wydarzeń. A wszystko zacznie się od świni, którą przygarnie Homer...




Chyba największą zaletą pełnometrażowej przygody Simpsonów jest prawie całkowita wierność serialowi. W tym filmie jest po prostu wszystko to, za co fani kochają serial. Mamy tu do czynienia z całą galerią pokręconych postaci znanych dobrze z telewizji: jest skąpy i nieczuły bogacz Pan Burns, jest lokalny mafiozo Fat Tony, jest nawet wiecznie bełkocząca staruszka-wariatka, wożąca w wózku koty. Mogę także zaryzykować stwierdzenie, iż w jednej scenie pojawiają się dosłownie wszyscy znani nam mieszkańcy Spriengfield! Poza tym twórcy nie zadają sobie trudu, aby przedstawić świat Simpsonów nie zaznajomionym z kreskówką. Zostajemy wrzuceni ot tak, po prostu, do Springfield, bez tłumaczenia kto jest kim i z całą masą żartów i nawiązań, które zrozumieją tylko fani. Nie znaczy to oczywiście, że nie znający serialu widzowie nie będą się bawić znakomicie, wprost przeciwnie - na pokazie, w którym uczestniczyłem, śmiała się cała sala, a wątpię czy chociaż połowa zna dobrze telewizyjny oryginał. Jednym słowem - każdy tu znajdzie coś dla siebie. Uniwersalność twórców z Foxa widać doskonale już w pierwszej scenie, gdzie oglądamy koncert słynnego młodzieżowego zespołu Green Day - to małe cameo ucieszy zarówno miłośników zespołu (bo w końcu pojawili się w "Simpsonach") jak i przeciwników (bo członkowie zespołu po chwili toną w odmętach springfieldzkiego jeziora).




Oczywiście "Simpsonowie" to przede wszystkim, podobnie jak serial, mocna satyra na Amerykę i wszystko co z nią związane: idealistyczny model rodziny, politykę, konsumpcyjny styl życia itd. Kiedy dodamy do tego mnóstwo nawiązań filmowych, slapsticku, wszelkiego rodzaju parodii i szalonych pomysłów, powinniśmy otrzymać jakiś solidny mętlik. Tymczasem w świecie Simpsonów wszystko to zgrabnie się ze sobą łączy, tworząc szalony portret typowej amerykańskiej rodziny. Co więcej, zespół z Foxa nie bawi się w polityczną poprawność czy jakiekolwiek ugrzecznienia względem filmu pełnometrażowego, przenosząc całą swoją złośliwość i śmiałość na ekran kinowy. W kilku momentach nawet dają się ponieść chwili i wyjść poza pewne granice przyzwoitości - szczególnie w scenie jazdy Barta na desce, czy też kiedy Homer szczerze stwierdza co myśli o Springfield, bez cenzury. Cieszy odwaga autorów i fakt, iż na taką samowolkę im pozwolono, nawet jeśli to miało oznaczać nieco starszą grupę wiekową. Jednak biorąc pod uwagę, że film już po pierwszym tygodniu wyświetlania zarobił 70 milionów dolarów, producenci chyba nie żałują, że dali ekipie taką swobodę.




Tym bardziej dziwi mnie tragiczna decyzja studia o zdubbingowaniu filmu we wszystkich krajach nieanglojęzycznych. U nas z zasady robi się tak tylko przy filmach skierowanych do młodego widza, a jak można się domyślić, "Simpsonowie" dla takiego odbiorcy się nie nadają. Czy to, że film jest animacją musi automatycznie oznaczać, że musi mieć swoją polską wersję językową? Rozumiem, że przede wszystkim Fox stara się w ten sposób pozyskać jak największą widownię, nawet tą nie obeznaną z serialem - w końcu większość skusi się łatwiej na film po polsku niż z napisami. Jednak w ten sposób daje też wiernym zagranicznym fanom serialu (takim jak np. ja) solidny wycisk, każąc mu męczyć się przy nieporadnej ojczystej wersji. Bo jak miłośnik serialu może w jednej chwili zapomnieć o słynnym "D'oh!" Dana Castellaneta, albo "Oh Homie..." Julie Kavner, czy też o tym szalonym chichocie Barta w wykonaniu Nancy Cartwright? Co z Hankiem Azarią, Yeardley Smith, Harrym Shearer? Potężne (nawet w Polsce) grono wielbicieli "Simpsonów" przejdzie niezłe katusze oglądając wersję polską. Oczywiście nie jest ona zła, nie jest też za to specjalnie dobra. Miłogost Reczek staje na głowie aby jego Homer był choć w połowie tak zabawny jak oryginał, choć niespecjalnie mu się to udaje, Joanna Wizmur (pani od Dextera) jako Bart wypada dość zgrabnie, choć wciąż daleko od amerykańskiego ideału, reszta jest na dość przeciętnym poziomie i chyba najlepiej w tym gronie wypada Adam Ferency, ale ten aktor ma zadanie o tyle łatwe, że jego postać w ogóle nie pojawiała się wcześniej w serialu. Inna sprawa to zupełnie nieudolne tłumaczenie, które wzorem "Shreka" naśmiewa się często z polskiej rzeczywistości i jest bogate w różne polityczne aluzje i inne rodzime wtręty. O ile w przypadku zielonego ogra wyszło to dobrze, tu wypada mało przekonująco. To jest Springfield, USA, a bohaterowie to Amerykanie! Po co to na siłę zmieniać? Dość jednak o kontrowersyjnym dubbingu i tłumaczeniu - Imperial-Cinepix trochę ugiął się pod wpływem mnóstwa głosów sprzeciwu i łaskawie wrzucił w losowych miastach kilka kopii z napisami. Nalegam, abyście takich właśnie wersji poszukiwali w kinach, lekceważąc wybrakowaną wersję polską. Wybór po stokroć lepszy, a dla znających serial - jedyny słuszny.




Technicznie "Simpsonowie" w wersji kinowej nie odbiegają zbyt wyraźnie od serialu, a jedynie wzbogacają jego otoczkę o dodatkowe wyjątkowo ciekawe elementy. Widać wielki przeskok jakościowy przy rysunkach, które zyskały wyraźnie na kolorystyce, cieniowaniu, ale i większej ilości detali. Mamy też spory rozmach inscenizacyjny, z pięknymi widokami i kilkoma naprawdę spektakularnymi akcjami. Popisali się też spece od efektów specjalnych, co widać m.in. w sekwencji z początku filmu, albo w scenie gdy mieszkańcy miasta zbierają się pod domem Simpsonów. Znakomicie sprawdza się też muzyka Hansa Zimmera - fantastyczna ścieżka dźwiękowa, która szybko wpada w ucho i powala swoim patetycznym tonem, tak absurdalnym i zabawnym w niektórych sytuacjach. Bo jak tu się nie śmiać, kiedy chórek z pełną powagą śpiewa "Look out! He's a Spider-pig!"? Zresztą, cały film przypomina wielką majestatyczną epopeję, podniosłą i poważną. Z tym, że cały ten zamysł z łatwością legnie w gruzach, gdy tylko pojawi się Homer i swoją głupotą psuje cały efekt. Nie muszę chyba dodawać, jak świetnie wygląda to na ekranie.




Z rodziną Simpsonów znam się już od wielu lat. Uwielbiam te postaci, ten humor, te nawiązania i aluzje! Dlatego z taką niecierpliwością i niepokojem czekałem na ten film. Ale teraz, kiedy wreszcie Simpsonowie zaczynają szturm na kina, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że było warto czekać te wszystkie lata, bo otrzymałem film dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłem. Szalony, niesamowicie zabawny, z zakręconymi i tak dobrze mi znanymi postaciami, z masą nawiązań ("Poltergeist"!), z kolejnymi tekstami-perełkami do pokaźnej simpsonowej kolekcji, z piękną animacją i fantastyczną ścieżką dźwiękową, z zupełnie absurdalną i odjechaną fabułą... po prostu: ze wszystkim tym co w "The Simpsons" kocham najbardziej. I niech to posłuży za największą rekomendację.






Tytuł polski: Simpsonowie: wersja kinowa
Rok i kraj produkcji: 2007 / USA
Czas trwania: 87 minut

Reżyseria: David Silverman
Scenariusz: Matt Groening
Muzyka: Hans Zimmer

Głosy w oryginalnej wersji językowej:
Dan Castellaneta, Julie Kavner, Nancy Cartwright, Yeardley Smith, Harry Shearer, Hank Azaria, Marcia Wallace i inni


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Karol Baluta - KAROL
Klub Miłośników Filmu
03.08.2007