"Gdy odkryjemy tajemnicę zaszyfrowania ludzkich genów,
odkryjemy nie tylko tajemnicę życia, lecz także tajemnicę Boga..."
Najpierw zagrywałem się w grę komputerową pod tym samym tytułem (nawiasem mówiąc bardzo
fajną grę), potem usłyszałem o japońskim filmie animowanym. A właściwie to nie słyszałem
o nim zbyt dobrych i pochlebnych opinii - co widać było po stosunkowo niskich ocenach w
różnego rodzaju głosowaniach internautów, w pismach filmowych czy recenzjach. I w końcu
miałem nadzieję - może to trochę dziwnie zabrzmi - wreszcie zobaczyć słabe anime, któremu
z czystym sumieniem będę mógł wystawić niższą ocenę. Bo ja dotąd nie natknąłem się na
taką japońską animowaną produkcję, która byłaby naprawdę słaba lub w ogóle by mi się nie
spodobała (nie biorę pod uwagę dziecinnych pozycji, takich jak "Pokemon" czy "Czarodziejki
z Księżyca" - tego typu anime jakoś mnie nie bawią i do mnie nie przemawiają...). "Niestety"
- moje oczekiwania spaliły na panewce... Bo koniec końców - "Sin - The Movie" po prostu mi
się spodobał - momentami nawet bardzo. Cóż, to tylko po raz kolejny uświadczyło mnie w
przekonaniu, że nie należy się sugerować czyjąś oceną, recenzją, zdaniem czy nawet opinią
większości. Przed
przeczytaniem poniższej recenzji małe ostrzeżenie - mogą się w niej znajdować spojlery.
"Sin - The Movie" to kolejna w świecie anime pozycja z dość popularnego w tych produkcjach
gatunku - cyberpunkowy thriller z akcją w dalekiej lub całkiem bliskiej przyszłości.
W tym przypadku całość rozgrywa się w futurystycznym mieście Freeport, zbudowanym na
zgliszczach dawnego Nowego Jorku. Film to historia głównego bohatera - Johna Blade'a (coż
za idealne imię i nazwisko dla herosa :), przeplatana krótkimi retrospekcjami; na początku
John przypomina sobie śmierć swojego przyjaciela i partnera - "JC", który zginął podczas
jednej z akcji (nasz bohater pracuje w elitarnej jednostce Hardcorps). Później - w trakcie
filmu - przypomina sobie śmierć swojego ojca oraz własny, ciężki stan po zamachu na ich
życia. Po tym zdarzeniu Blade stał się pół-człowiekiem, pół-maszyną, a to za sprawą
implantów cybernetycznych wszczepionych w jego całe ciało. Teraz jego głównym celem stała
się zemsta oraz eliminowanie mutantów, które od jakiegoś czasu terroryzują miasto. Owe
mutacje to wynik eksperymentów przeprowadzanych na ludziach przez dość psychopatycznego
doktorka - Celar'a Sinclaire - w którego chorym umyśle narodził się projekt stworzenia
nadczłowieka, super-żołnierza - o wiele silniejszego, lepszego i "wydajniejszego" od
człowieka. Jego mała armia - stworzona przez demoniczną córkę Elexis Sinclaire, która
postanowiła dokończyć dzieło ojca - nawiedza Freeport (on sam został zamordowany i spalony
za swoje "heretyczne" i dość niebezpieczne plany). Na szczęście oddział Hardcorps zawsze
czuwa w pogotowiu. Sama fabuła filmu jest dość banalna i właściwie jest tylko pretekstem
do ukazania ciekawej, widowiskowej akcji oraz wszelkich wyczynów Johna Blade'a. Choć - o
dziwo - nie brak tu trochę innych, głębszych wątków - szczypta dramatyzmu, współczucia oraz
miłości (temat-rzeka :) - więc "bezmyślna" strzelanina na szczęście nie wzięła góry nad
wszystkim. Natomiast nieco banalna jest sama końcówka - jak zwykle wszystko dobrze się
kończy, dobro poskramia zło... A przecież można było pokusić się o coś bardziej
oryginalnego, nadać końcówce trochę tragizmu czy dramatyzmu, uczynić ją ciekawszą i bardziej
zakręconą. Szkoda. W sumie to trochę się czepiam, bo przecież większość filmów posiada
cukierkowe happy-endy, ale powoli zaczyna mnie to drażnić - wieć czas ów aspekt skrytykować
:) Szkoda, że producenci nie potrafią wymyślić czegoś innego, zaskoczyć widza jakimś
ciekawym pomysłem lub nietypowym zakończeniem. Wyjątki się zdarzają, ale zbyt rzadko...
|
|
Film jest bardzo brutalny (mnóstwo scen gore) i posiada niezły klimat - mutacje i
eksperymenty na ludziach w wykoaniu SinTECH'u przypominają chociażby wyczyny korporacji
Umbrella znane z kultowej już i bardzo dobrej gry komputerowej "Resident Evil" (stosunkowo
niedawno powstała jej adaptacja filmowa). Do wykonania technicznego nie można się
przyczepić, m.in. bardzo dobra jest oprawa muzyczna, a najbardziej do gustu przypadły mi
dwa utwory - pierwszy to słyszalny podczas napisów początkowych świetny, elektroniczny
kawałek "Like No Other" (Rennie Pilgrem) oraz kompozycja z napisów końcowych (Masamichi
Amano). Na sam koniec zostawiłem sprawę jednego minusa całości - mianowicie fakt, że
film jest za krótki (niecała godzina). Tym większa szkoda, gdyż to udane moim zdaniem
kino science-fiction, film dobry, a czas nie pozwala mu w pełni rozwinąć skrzydeł.
Chciałoby się dłużej cieszyć oko akcją oraz dłużej śledzić losy walki głównego bohatera
z tworami korporacji SinTECH. Niestety - mamy na to tylko ponad 50 minut.
|
 |
SIN - THE MOVIE
Rok produkcji: 2000, Japonia
Czas trwania: 57 min.
Reżyseria: Yasunori Urata
Muzyka: Masamichi Amano
Zdjęcia: Yasutoshi Maruyama
Produkcja: J. Ledford, T. Iwakami, Y. Yamaki
Głosy podkładali:
Markham Anderson (John Blade),
Shelley Calene-Black (Jennifer "JC" Armack),
Chris Patton (John Armack),
Taylor Matthews (Elexis Sinclaire),
Andy McAvin (Vincenzo Mancini),
LaTeace Towns (Kait Palmer),
Danielle Kimball (Elyse)
|
 |
|
 |
Autor recenzji i zdjęć: Adam Łudzeń - ALIEEN
|
Moja ocena: 7,5/10 |
|