Strona główna KMF
        

"Ależ bzdura!", powiedzą niektórzy widzowie po seansie drugiej części przygodowego widowiska "Skarbu Narodów", i ciężko się będzie z nimi nie zgodzić. Bo sequel tak samo jak poprzednik jest maksymalną wariacją na tematy historyczne i łączy ze sobą wydarzenia oraz postaci, o których nikt by nie pomyślał, że mogą mieć ze sobą jakikolwiek związek, i robi to w sposób, którego nie powstydziłby się światowej sławy konspirator, Dan Brown. "Księga Tajemnic" idzie nawet jeszcze dalej kierując się kanonicznymi wręcz prawami filmowych kontynuacji: jest więc szersze spektrum wydarzeń, jest o wiele bardziej nieprawdopodobnie i generalnie jest wszystkiego więcej, wliczając w to członków obsady. Czy jednak fakt braku historycznego realizmu i szeroko pojmowana widowiskowość automatycznie świadczą o poziomie filmu? Czy ta efektowna bzdura może się podobać i być dobrą rozrywką? Tak, może. Chciałbym napisać, że długo szukałem określenia idealnie pasującego do tego filmu, ale byłaby to nieprawda, bo już podczas seansu wielokrotnie nasuwało mi się jedno słowo: "amerykański". Amerykański i to zupełnie nie w pejoratywnym tego słowa znaczeniu, jak to ostatnio stało się wręcz modne by nazywać i ganić hiperprodukcje zza oceanu. Amerykański ze względu na tematykę, sposób podjęcia tematu, realizacyjny luz, autoironię oraz szeroko pojmowaną rozrywkowość. Tylko Amerykanie mają odpowiednie środki i fantazję by stworzyć tak nieskrępowanie lekkie kino przygodowe, i tyle dystansu by śmiać się ze swojej, wielokrotnie tragicznej przeszłości, jednocześnie będąc z niej dumnymi. Będę bronił "Skarbu Narodów: Księgi Tajemnic" właśnie ze względu na jej amerykańskość.

Na wstępie chciałbym zauważyć drobny błąd w tłumaczeniu polskiego tytułu, ponieważ to nie tyle "skarb narodów", co "skarb narodu", ewentualnie "narodowy". To skarb amerykański był głównym motorem napędowym części pierwszej i to przede wszystkim z amerykańskiej historii scenarzyści czerpali pełnymi garściami i łączyli wszystko w jedną nieprawdopodobną całość. Tak samo jest w sequelu, a powiedziałbym, że praktyka ta jest jeszcze bardziej widoczna, bo nawet wyruszając do Londynu czy Paryża bohaterowie znajdują przede wszystkim nawiązania do, tak - amerykańskiej historii. Przez cały film widz zostaje zanurzony w amerykańskich mitach i dziejach, zostają mu przedstawiane teorie i opowieści, pokazywane zabytki i najważniejsze miejsca, a wszystko kończy się mistrzowsko po ... amerykańsku! I przepraszam za nadużywanie tego słowa, lecz określa ono sam film i zarazem podejście jego twórców. Wszystko, co się dzieje w tym filmie jest traktowane z dużym przymrużeniem oka. Pomijając już kwestie historyczne, to, co wyprawiają główni bohaterowie, do czego się posuwają i jak łatwo im to wszystko przychodzi jest tak jaskrawe, że po kilku chwilach przestaje się na to zwracać uwagę. Film jest wypełniony po brzegi wszelkiego rodzaju nieprawdopodobieństwami, ale podanymi lekko, przyjemnie i niezobowiązująco. Nie chcę zdradzać zbyt dużo z fabuły, bo właśnie odkrywanie z bohaterami poszczególnych fragmentów łamigłówki jest tu najfajniejszą zabawą, która potrafi wywołać szerokiego banana na twarzy, ale wątkiem głównym jest rozszyfrowanie kto krył się za zabiciem Abrahama Lincolna (czy jest coś bardziej amerykańskiego?) oraz o odkrycie pewnego legendarnego miasta, które według mitu było zbudowane ze złota. W centrum wydarzeń znajduje się oczywiście Benjamin Franklin Gates z rodziną oraz przyjaciółmi, a i tym razem akcja koncentruje się wokół sprawy osobistej – jego słynny pra-pradziadek, uznany za narodowego bohatera, zostaje publicznie oszkalowany i oskarżony o zorganizowanie zamachu na prezydenta Lincolna.

Wszystko jest tu na wskroś amerykańskie, obsada również, a może powinienem napisać przede wszystkim. Nick Cage czuje się wyśmienicie w roli, no cóż, jakby na to nie patrzeć – idealnego Amerykanina. Ben Gates to uosobienie tego wszystkiego, co kryje się pod pojęciami "American Dream" oraz "American Way of Life". Dobrze wyedukowany, inteligentny, dowcipny, łatwo się nie poddaje, nie można się przy nim nudzić, potrafi się posunąć nawet do porwania prezydenta aby oczyścić rodzinne nazwisko z zarzutów, a jednocześnie obowiązkowo skromny, uczciwy, popełniający błędy i potrafiący się do nich przyznać. Podobne cechy posiada jego ojciec. To samo z filmowym bad-guyem, w którego wcielił się nowy członek obsady, Ed Harris, który również pomimo tego, że stanowi opozycję dla protagonisty, to kieruje się szlachetnymi pobudkami i ma sumienie. Abigail Chase (Diane Kruger), to w takim wypadku idealna Amerykanka (to nic, że gra ją Niemka), która stanowi idealne uzupełnienie swojego mężczyzny, wzbogaca go, a i potrafi pokazać pazurki i sama wziąć sprawy w swoje ręce. I podobnie jest z Helen Mirren, tylko że pokolenie inne, bo "Skarb Narodów" promuje również rodzinę. Amerykański model rodziny. Justin Bartha ponownie wciela się w typowego fajtłapę o złotym sercu, który życiowego pecha nadrabia dowcipem i wiedzą – ilu to takich można by odnaleźć w amerykańskich filmach? Kontynuując, Harvey Keitel jest uosobieniem prawego amerykańskiego policjanta, który potrafi nagiąć reguły dla dobra sprawy, ale gdy trzeba nie cofnie się przed użyciem siły w obronie tego, co słuszne, a Prezydent Stanów Zjednoczonych z zamiłowania jest architektem i się przed nikim nie wywyższa, a na uwadze ma jedynie dobro narodu. I jego skarbów. Co najważniejsze, cała obsada wyraźnie czuje się dobrze w swoich rolach i musiała się świetnie bawić na planie, co przekłada się jeszcze bardziej na lekkość i klimat samego obrazu. Szczególnie Cage, który po raz kolejny zaskakuje autoironicznym spojrzeniem i ma kilka naprawdę świetnych komediowych wejść.

Humoru w "Księdze Tajemnic" jest pod dostatkiem i jest lepiej dawkowany niż w "jedynce". I w ogóle jest jakby trochę lepiej niż w części pierwszej, poza jednym aspektem, który oba obrazy ze sobą zrównuje – przez cały czas oglądania drugiej części męczy jakieś niesprecyzowane uczucie deja vu ... I tu dochodzimy do największej wady sequela – jest on zbyt podobny fabularnie do części pierwszej. Sam szkielet opowieści jest w zasadzie oparty na tych samych założeniach, co wcześniej, tylko ze zmienionymi poszczególnymi elementami składowymi. Nawet obsada pozostaje praktycznie identyczna. Pogłębia to efekt, że "to się już widziało", ale twórcy na szczęście mają tyle fachu w rękach (no cóż, zdziwi kogoś jeśli podsumuje to jednym słowem na "a"?), że umiejętnie tuszują to wszystko odpowiednio dawkowaną akcją, humorystycznym wydźwiękiem i przede wszystkim tym, co stanowi tak naprawdę sedno obu filmów – masą zagadek, tajemnic i historycznych odnośników.
Jeśli kogoś irytuje już sam mój opis filmu, albo jeśli nie lubi tego typu produkcji, to moja dobra rada jest taka, żeby się na ten film do kina nie wybierał, bo straci tylko czas. I nie jest to żadna złośliwość z mojej strony, ani bzdurne kategoryzowanie tych, którym się nie podobało, że są be i się nie znają. To po prostu oszczędność nerwów, pieniędzy i bluzgów kierowanych w myślach w stronę ekranu. Prawda jest taka, że nastawienie do filmu jest bardzo ważne, w szczególności takiego filmu. Dlatego osobiście zalecam nie zajmowanie się wyliczaniem dziur fabularnych czy historycznych głupot (chyba, że dla zabawy), a pójście na film z otwartym umysłem i chęcią rozrywki. Z takim podejściem nawet końcowe wielkie odkrycie wywoła szczery uśmiech na twarzy, a nie irytację czy znudzenie. A przynajmniej tak mi się wydaje. Ja w każdym razie bawiłem się wyśmienicie i nie żałuję wydanych pieniędzy.
 

SKARB NARODÓW: KSIĘGA TAJEMNIC
*               *                 *
National Treasure: The Book of Secrets
USA | 2007 | Akcja/Przygodowy | 124 min

Reżyseria: .... Jon Turteltaub
Scenariusz: ....
Gregory Poirier, Cormac Wibberley, Marianne Wibberley
Muzyka: ....
Trevor Rabin
Produkcja: ....
Jerry Bruckheimer

Obsada:

Ben Gates: .... Nicolas Cage
Riley Poole: .... Justin Bartha
Sadusky: .... Harvey Keitel
Abigail Chase: .... Diane Kruger
Patrick Gates: .... Jon Voight

Klub Miłośników Filmu | 04 I 2008


e-mail

Autor recenzji: Dariusz Kuźma
- BEOWULF