Jest marzec roku 1939. W kierunku Nowego Jorku zmierza niemiecki
sterowiec Hindenburg III, z doktorem Jorge Vargasem na pokładzie. Wie
on, że jego życie jest w niebezpieczeństwie. Tu, w Nowym Świecie, ma
skontaktować się z innym naukowcem, Walterem Jenningsem. Niestety zanim
słynny Zeppelin zadokuje na szczycie Empire State Building, dr Vargas
będzie już tylko wspomnieniem. Następnego dnia rano Polly Perkins,
reporterka nowojorskiego "Chronicle", otrzymuje niepokojący list. Jego
autor twierdzi, że wie kto będzie następną ofiarą mordercy doktora Jorge
Vargasa. Panna Perkins niezwłocznie udaje się na spotkanie do
nowojorskiego kina. Tu, od doktora Jenningsa, dowiaduje się, że
tajemnicza organizacja założona jeszcze przed Pierwszą Wojną Światową
przez szalonego naukowca, doktora Totenkopfa, uknuła plan zagrażający
bezpieczeństwu świata... Chwilę potem, nie wiadomo skąd wkraczające do
miasta gigantyczne roboty, zaczynają siać w nim spustoszenie. Jedynym
człowiekiem który może ocalić Nowy Jork, symbol Ameryki, jest Sky
Kapitan...
"Sky Captain i Świat Jutra" od samego początku aż do ostatniej
sekundy jest filmem szalenie dziwnym. Stworzony niemal całkowicie przy
pomocy grafiki komputerowej, czerpiący z klasyki science-fiction,
kryminałów noir oraz kina współczesnego, z fabułą osadzoną w
alternatywnym wieku XX, akcją pędzącą do przodu niczym Orient Express
oraz komiksowym wręcz scenariuszem, wprawia widza w prawdziwe
zakłopotanie, graniczące niemal z totalną konsternacją. Bo na przykład
pozytywnie nastrajający widza piękny i klimatyczny początek, zepsuty
zostaje niewyjaśnionym nadejściem stalowych gigantów rodem z bajki
Warner Bros. Iście noirowskie, prowadzone na własną rękę dochodzenie w
laboratorium Waltera Jenningsa, wraz z pojawieniem się tajemniczego
zabójcy strzelającego laserem jak Marsjanie z filmu Tima Burtona, pęka
niczym bogato zdobione lustro i zapowiada kolejne 70 minut nieszczęść
dla tego filmu. Po wspaniałej walce powietrznej między Sky Kapitanem a
tajemniczymi maszynami, następuję kilkunastotysięcznokilometrowy lot
samolotem, o zbiorniku paliwa wielkości tego ze zwyczajnej awionetki, z
Północnej Ameryki do środkowej Azji - bez tankowania. I tak w kółko.
Jedna scena zabija drugą. Interesujące rozwiązanie, uśmiercane jest
głupim niedopatrzeniem. Wszystko jest takie pomieszane z poplątanym i
nie wiadomo do czego doprowadzi... Szkoda, bo odmienne losy naszego
świata przed i w czasie trwania II wojny światowej to naprawdę wdzięczny
temat na dobry film.
"Efekty specjalne jakich jeszcze nie widzieliście" - zapowiadał pan
spiker z polskiej wersji trailera Kapitana Sky'a. Jednak widzowie
seriali i filmów telewizyjnych kanału Hallmark mieli już pewnie
styczność z tak makabryczną tandetą. To co miało być zaletą tego filmu,
jest jednym z gwoździ do jego trumny. Przecież nawet w filmach
science-fiction istnieje granica dobrego smaku i "realności" nierealnych
trików komputerowych. W "Świecie Jutra" wszystko jest tak nienaturalne,
tak okrutnie spartaczone, że zamiast przyciągać, odrzuca, odpycha i
powoduje mdłości. Aktorzy, nieprzyzwyczajeni pewnie do studia
składającego się wyłącznie z blue-boxu, grają fatalnie. Nie potrafią
odnaleźć się w sytuacji, w fabule - nie potrafią zidentyfikować się ze
swoimi postaciami. Wyjątkiem jest tylko Angelina Jolie, która spędziwszy
na "planie" zaledwie trzy dni, świetnie bawiła się swoją rolą, oraz
Laurence Olivier, który na planie... nie spędził ani minuty. Zmarł
bowiem ponad 15 lat temu, a w filmie wykorzystano jedynie materiały
archiwalne z jego udziałem. Nie zmienia to faktu, że wypadł całkiem
nieźle w konfrontacji z tak utalentowanymi przecież Judem Law i Gwyneth
Paltrow, która musiała za coś w końcu dostać tego przeklętego Oscara!
Z drugiej jednak strony, film da się obejrzeć do końca. Zasługa to
pewnie wspomnianych odniesień do klasyki kinematografii: "Wojny Światów"
[z której notabene zaczerpnięto niektóre efekty dźwiękowe], "King
Konga", "Czarodzieja z krainy Oz", "Obywatela Kane'a", "Godzilli",
"Supermana", "Gwiezdnych Wojen", "Parku Jurajskiego" i wielu innych. Na
uwagę zasługują też niektóre dialogi [z genialnymi nieraz one-linerami -
w tym jedną, naprawdę zabijającą, ostatnią kwestią Kapitana Sky'a] oraz
muzyka, typowa dla filmów przygodowych, awanturniczych i heroicznych.
Doprawdy, momentami jest na czym ucho zawiesić.
Można powiedzieć, że Kerry Conran, debiutujący reżyser i scenarzysta
w jednej osobie, starał się, ale z braku doświadczenia chyba, nie za
bardzo mu wyszło. Nowatorskie efekty specjalne okazały się nie być wcale
takie nowatorskie, a tak stylizowany wygląd filmu [skądinąd męczący dla
nieprzygotowanego widza] można przecież osiągnąć już przy użyciu bardzo
prostych środków i przy minimalnym nakładzie pracy. Doborowa obsada nie
zachwyca, może dlatego, że na planie zdjęciowym spędziła niespełna
miesiąc. Podsumowując, "Sky Kapitan i Świat Jutra" to zawód na całej
niemal linii, a niewykorzystany potencjał, niespójność i nierealność
przesądziły o tak niskiej ocenie.
Ocena
2+/6
 |
Tytuł Oryginalny:
"Sky Captain and the World of Tomorrow"
Produkcja:
2004 | USA | Wielka Brytania | Włochy
Czas trwania: 106 minut
Wystąpili:
Jude Law (Sky Kapitan),
Gwyneth Paltrow (Polly Perkins),
Angelina Jolie (Franky),
Laurence Olivier (Dr Totenkopf),
Giovanni Ribisi (Dex Dearborn)
Scenariusz i Reżyseria: Kerry Conran
Muzyka: Robert Elhai i Ed Shearmur
Zdjęcia: Eric Adkins
Efekty Specjalne: Peter Fern i Mike Navarro |
 |
| Autor recenzji:
Michał Fedorowicz - hOPS |
|
Klub Miłośników Filmu |
29.11.2004
|
|