Strona główna KMF



Czy zastanawiałeś się, drogi widzu, jaki zgubny i katastrofalny w skutkach wpływ na twoje życie mógłby mieć fakt odbycia seksu oralnego z psem? Czy pomyślałeś kiedykolwiek, co stałoby się gdybyś zrobił TO swemu Azorkowi, Fafikowi czy innemu Pimpusiowi? Nie? Cóż, w takim razie z pewnością mogę stwierdzić, że w sferze mentalno-psychicznej wszystko u ciebie w porządku. Czego powiedzieć o twórcy "Sleeping dogs" raczej nie sposób.


Film otwiera sekwencja dość powiedzieć niesmaczna i osobliwa - znudzona studentka, wiedziona nieznaną jej dotąd nieodpartą pokusą odbycia czegoś nowego, postanawia uszczęśliwić swego osobistego psa na modłę francuską. Po tym fakcie odczuwa jednocześnie odrazę i uciechę. Odrazę - tłumaczyć zapewne nie trzeba. Radość natomiast wynika z odwagi i wyjątkowości popełnionego przed momentem aktu. Co najmniej dziwna to mieszanka uczuć, jednakże godna swego rodzaju podziwu. Od tego momentu, mogę to zagwarantować, każde pojawienie się na ekranie bohaterki, granej przez rozlazłą Melindę Page Hamilton, powodować będzie skurcze żołądka i ogólne słabości. Nie jestem pewien, czy takie było zamierzenie reżysera, z pewnością jednak ten właśnie efekt osiągnął. Jeżeli jednak film kręci się w ciągu 16 dni na podstawie scenariusza napisanego w 3 dni, takich konsekwencji należałoby się spodziewać.




Amy (Melinda Page Hamilton) jest nauczycielką w klasach 1-3. Czasy studenckie dawno więc przeminęły, pozostało jednak nieodwracalne wspomnienie tamtego wieczoru spędzonego ze Steve'em (Steve to pręgowany bokser wylegujący się zazwyczaj na legowisku przy kanapie). Amy właśnie spotkała Johna, mężczyznę swojego życia, który natychmiast prosi ją o rękę. Brak kompletnej szczerości wobec swego partnera nie daje jej spokoju, jednakże Amy nie ma jeszcze odwagi podzielić się swym brudnym sekretem z ukochanym. Oprócz tego wszystko między nimi układa się wspaniale. John i Amy decydują się więc odwiedzić wreszcie jej rodziców i poprosić o ostateczne błogosławieństwo przed ślubem. Aby jednak było weselej, rodzinka Amy jest, delikatnie rzec ujmując, oryginalna. Matka to surowa, staroświecka, zagorzała katoliczka. Ojciec jest byłym nauczycielem, który nienawidził nauczania i swych podopiecznych przez każdą sekundę swego życia. Natomiast brat Amy to bezrobotny, zblazowany ćpun, który wyniszcza konsekwentnie wszystko i wszystkich dookoła siebie. W tych okolicznościach historia się zawiązuje, i przyznać trzeba, że od tego momentu akcja rozwija się w tempie lawinowym.


Fabuła zasadza się jednak na dość durnym pomyśle, rodem z filmów pokroju "American Pie" czy "Wieczny student". Dalej wędruje poprzez klimaty komediowo-dramatyczne, nie osiadając w żadnym z nich na dłużej. Reżyser nie precyzuje tym samym w żaden sposób w jakim tonie odebrać jego opowieść. Rozpoczyna gagiem z filmów młodzieżowo-studenckich klasy C, i ciągnąc dalej ten pomysł w klimacie komedii, kończy w atmosferze klasycznego dramatu z happy-endem. Część komediowa, przyznać trzeba, jest momentami dość zabawna (jeżeli przejdzie się już do porządku dziennego nad faktem, TYM faktem). Reżyser Bob Goldthwait sprawnie żongluje standardowymi komediowymi środkami przekazu, ustalając dialogowe pauzy czy montażowe cięcia w najbardziej odpowiednich momentach. Część dramatyczna również nie jest aż tak banalnym i oklepanym wyciskaczem łez, jakiego można by się spodziewać. Aktorzy sprawują się bez zarzutów, choć jednocześnie nie należy spodziewać się fajerwerków i wodotrysków. To po prostu sprawne reżyserskie rzemiosło, w lidze kina niezależnego oczywiście. Reżyser przekazuje kilka idei na temat stosunków międzyludzkich i sposobów "zarządzania" nimi. Nic nowego nie zobaczymy w sferze zaufania, szacunku i szczerości, jaka łączy ludzi na co dzień. Jeżeli natomiast chodzi o drugą kwestię - Goldthwait próbuje nam wmówić pewną koncepcję dotyczącą budowania związków. Z jego opowieści wynika, że białe kłamstwo jest środkiem lepszym i bezpieczniejszym niż prawda. Próbuje udowodnić, że na kłamstwie (i nie chodzi tu już jedynie o wieczór ze Steve'em) można zbudować trwałe związki partnerskie i rodzinne. Zdecydowanie nie mogę zgodzić się z tą tezą i widzę ją jedynie jako pewien skrót myślowy pozwalający szybko i sprawnie wybrnąć z zakończenia historii stworzonej w ciągu 3 dni.




Od strony technicznej "Sleeping Dogs" to kompletna porażka, nawet w kategoriach filmu niezależnego, kręconego za pieniądze z komisowych zastawów ekipy filmowej. Zdjęcia video, najczęściej prześwietlone i z koszmarną kompozycją kadru, nie pomagają w odbiorze filmu. Montaż to sinusoida - część scen zmontowana sprawnie, a część niestety wybija z rytmu. Muzyka raczej nie istnieje, poza sugestywną francuską piosenką z pierwszej sceny. Całość sprawia wrażenie kiepskiego wyrobnictwa, będącego efektem zmagania się z czasem i finansami. Dość ciekawa jest zaś historia tytułu tego filmu. W styczniu 2006 film miał premierę na festiwalu Sundance pod tytułem "Stay". Następnie w październiku w Londynie zaprezentowany został pod tytułem "Sleeping Dogs", który to tytuł wrócił do Stanów jako "Sleeping Dogs Lie" - co jest skrótem przysłowia "nie wywołuj wilka z lasu". Znaczenie w języku angielskim jest więc dwuznaczne i w pełni trafne. W tym wypadku tytuł staje się najciekawszym elementem filmu.


Odsuwając na bok obleśny charakter początkowej sceny pozostaje nam standardowy kom-rom, który nie jest już tak oryginalny. Wiele widzieliśmy już filmów opowiadających o relacjach rodzinnych, tajemnicach życiowych i fundamentalnej szczerości w związku dwojga ludzi. O ekscentryczności i niekonwencjonalności filmu świadczy więc tylko i wyłącznie jedna, durna, obrzydliwa i bezsensowna scena. To z pewnością za mało by być filmem interesującym i podnoszącym argumenty do ciekawej dyskusji - ogólnie rzecz biorąc - po prostu dobrym.






Rok produkcji: 2006
Kraj: USA
Czas trwania: 87 minut

Reżyseria: Bob Goldthwait
Scenariusz: Bob Goldthwait
Zdjęcia: Ian S. Takahashi
Muzyka: Gerald Brunskill

Obsada: Melinda Page Hamilton, Bryce Johnson, Geoffrey Pierson, Colby French, Jack Plotnick, Bonita Friedericy, Brian Posehn, Morgan Murphy, Steve Agee, Lisa Salzano, Candiss Cogdill, Harvey J. Alperin, Ernest Misko i inni


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Andrzej Wiśniewski - JIMI
Klub Miłośników Filmu
18.03.2008