To była sobota, 25 stycznia 2009 roku. Los Angeles,
rozdanie nagród Gildii Aktorów Ekranowych. Ralph Fiennes wręcza statuetkę dla
najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Wygrywa Meryl Streep za „Wątpliwość”. Nie
widziałem wtedy jeszcze tego filmu – miał pojawił się w polskich kinach dopiero
miesiąc później. Niemniej jednak, Streep to klasa sama w sobie – można było
śmiało założyć, że zasłużyła. Aktorka wbiega zaskoczona na scenę. Dziękuje
producentom, reżyserowi, swoim partnerom na planie – stała śpiewka. I nagle
krzyczy, wymachując rękami, jakby chciała zaznaczyć, że będą to niesamowicie
ważne słowa: „Muszę wspomnieć też o wybitnie uzdolnionej Violi Davis – Boże,
niech ktoś jej da jakąś rolę!!!”. Streep wytrzeszcza oczy, mówiąc tym samym „Jak
to możliwe, że ona dotąd nie dostała nic porządnego do zagrania?!?”. Kamera
pokazuje wtedy uśmiechniętą, choć nieco speszoną czarnoskórą kobietę po
czterdziestce. Nigdy wcześniej jej nie widziałem.
Viola Davis... Aktorka teatralna, która nie miała szczęścia do filmu. Nawet w
„Wątpliwości” zagrała przecież tylko w jednej scenie – nikt pewnie nie
przypuszczał, że ukradnie ją samej Meryl Streep! Zaowocowało to zresztą
nominacjami do niemal wszystkich najważniejszych nagród i, co za tym idzie,
zapoznaniem świata z jej nazwiskiem. Bo przedtem... Ktoś mógł ją pamiętać z
„Solaris” Soderbergha, widać ją w reżyserskim debiucie Denzela Washingtona „Antwone
Fisher”, mignęła kilka razy w „Niepokoju”... Ale jej filmografię wypełniają
głównie role typu sekretarka, matka z dzieckiem, pracownik socjalny,
policjantka. Jej głos słychać też podczas przesłuchania Danny'ego Oceana w
pierwszej scenie słynnej trylogii. To by jednak było na tyle... Nawet po apelu
Meryl Streep, wiele się w tej kwestii nie zmieniło. Owszem, Davis pojawiła się
na dłużej niż jedną scenę w dużej produkcji, jaką było „Jedz, módl się, kochaj”.
Jednak rola przyjaciółki bohaterki granej przez Julię Roberts była tak
bezbarwna, że nawet sama Streep nie zdziałałaby tu więcej. Aż w końcu przyszedł
czas na „Służące”. Pierwszy film, w którym dostała tak rozbudowaną, ważną rolę.
Film, który jest prawdziwym popisem tej niesamowitej aktorki.
Davis gra tu Aibileen – jedną z wielu czarnoskórych służących pomagających w
domach „białych państwa”. Jest rok 1963, Jackson w stanie Missisipi. Gdy
Aibileen poproszona zostaje o pomoc w napisaniu artykułu o pracach domowych, nic
nie zapowiada fascynującej historii, jaka wydarzy się na naszych oczach. Ale
młoda, ambitna dziennikarka rozmowy o wywabianiu plam skieruje w końcu na
zupełnie inny tor. Wyemancypowana dziewczyna, która sama została wychowana przez
czarnoskórą służącą, nie akceptuje tego, jak traktuje się te kobiety. Choć
gotują, sprzątają, piorą, opiekują się dziećmi swoich pracodawców, to nie mogą
korzystać z ich toalety. Są na każde zawołanie, czasem nawet w dwóch miejscach
naraz, ale nie mają co liczyć na życzliwość i szacunek. Taka ich praca, taki
los, taki świat. Obie panie, wraz z innymi służącymi z Jackson, doprowadzą do
wydania książki pisanej z ich perspektywy. Ale nie będzie tu miała miejsca żadna
rewolucja. Kobiety nie zrzucą z siebie białych fartuszków, nie pokażą nikomu
środkowego palca. Po raz pierwszy w życiu poczują się za to ważne. Poczują, że
mają głos i ktoś ich słucha.
Nie lubię używać określenia „ważny film”. Ale ten taki jest. Traktuje o istotnym
problemie, który dla dzisiejszego widza jest dość abstrakcyjny. Niektóre sceny
„Służących” wydawać się mogą wręcz groteskowe. To jednak nie żaden gag, ale
smutna prawda – w dodatku nie tak bardzo oddalona, jak się wydaje. Moim zdaniem
szkoły zamiast na „Bitwę warszawską”, powinny urządzać wyjścia właśnie na ten
film. Bo wiedzy, którą można z niego wynieść, nie znajdziemy w podręcznikach. I
wcale nie chodzi tu konkretnie o problem segregacji rasowej – raczej o
współodczuwanie, szacunek do drugiego człowieka. Przecież nie jest z tym dzisiaj
tak różowo. Wystarczy włączyć wiadomości...
„Służące”, mimo tego, że pokazują ważny temat, robią to w bezpretensjonalny
sposób. Nie znajdziemy tu zbyt wielu patetycznych scen, wielkich słów
wypowiadanych w takt dramatycznej muzyki. To w gruncie rzeczy prosta, pozytywna
historia. A, wbrew pozorom, taki film zrobić jest niezwykle trudno. Wszystko
można bowiem uprościć, przesłodzić, sprawić, że całość przestaje być szczera.
Reżyser Tate Taylor zachowuje jednak odpowiednie proporcje, udanie łączy
wszystkie składniki i najwyraźniej ma sporą wprawę w mieszaniu. Gdy już się
wydaje, że historia przybiera zbyt sentymentalne tony, wystarczy zaledwie
chwila, by się przekonać, jak bardzo się myliliśmy. „Służące” wzruszają, ale
także śmieszą. Dają do myślenia, ale są też świetną rozrywką... Film jest dość
wyważony i nawet czarno-białe charaktery okazują się mieć sporo odcieni
szarości. Choć łatwo było przedstawić świat, w którym każdy biały człowiek jest
zły i wyniosły, a czarny dobry i pokrzywdzony, udało się tego uniknąć. Niektórzy
powiedzieć mogą, że kosztem długości filmu (prawie 2,5 godziny) i zbyt wielu
wątków. Jednak, gdyby się porządnie zastanowić, żaden z nich nie wydaje się
zbędny. Wręcz przeciwnie – chyba właśnie dzięki temu, że przedstawiono ich tak
wiele, historia ta nie jest plastikowa. Ale żywa, wiarygodna, wywołująca
prawdziwe emocje.
„Służące” to jednak przede wszystkim znakomite kreacje aktorskie. Viola Davis z
pewnością wykorzystała daną jej szansę i udźwignęła tę trudną rolę. W jej
Aibileen nie czuć żadnej fałszywej nuty. Jest tak samo wiarygodna, kiedy się
boi, wycofuje, jak i wtedy, gdy w przypływie odwagi decyduje się opowiedzieć
swoją historię. Ale nie tylko ona tutaj błyszczy. Świetnie spisała się też
chociażby Emma Stone w roli dziennikarki Skeeter. Aż miło patrzeć, jak udanie
rozwija się kariera tej młodej dziewczyny. Duże wrażenie pozostawia po sobie
„czarny charakter” Bryce Dallas Howard. Aktorka czasem szarżuje, czasem
balansuje na granicy przerysowania, ale nigdy jej nie przekracza. Równie
znakomite są Octavia Spencer jako Minny oraz Sissy Spacek, tworząca ze swojej
małej rólki istną perełkę. Prawdziwym objawieniem jest tu jednak Jessica
Chastain. Pokazuje ona w tym filmie zupełnie inne oblicze, niż w „Drzewie życia”
czy „Długu”. Jako głupiutka, ale dobroduszna Celia jest po prostu niesamowita.
Postać, która z początku wydaje się płaska i jednowymiarowa, z biegiem czasu
okazuje się być bardzo złożona, wręcz fascynująca. Niby drugi plan, ale nie ma
chyba nikogo, kto po seansie nie zapamiętałby Chastain w tej roli. Trzeba
przyznać, że aktorka ta wkracza do hollywódzkiej czołówki z prawdziwym impetem.
Narodziła się nowa gwiazda?
Nie ma się co oszukiwać – „Służące” nie są oryginalnym, przełomowym filmem. To
bardzo klasyczna amerykańska historia, która z pewnością wpisze się w gust
członków Akademii. Nie wydaje mi się, aby do końca roku pojawił się tytuł, który
miałby większe szanse na oscarowe nominacje. „Służące” zdobędą ich mnóstwo – to
wręcz oczywiste. Wielu krytyków przedstawia to jednak jako zarzut. Że jest to
film obliczony na wywoływanie konkretnych emocji, że stworzony został „pod”
nagrody itd. A ja pytam – i co z tego? Ważne, że te emocje (i to całą ich gamę)
wywołuje. Niech wygrywa! Przecież to dobra, ba!, bardzo dobra produkcja,
dopieszczona w każdym szczególe. Wyważona, spójna, wiarygodna – czego chcieć
więcej? No i te wybitne aktorki – byłaby wielka szkoda, gdyby nie zostały za
swoją grę wyróżnione. Uprzedzi je jednak pewnie Meryl Streep - mówi się, że
nadszedł czas, by otrzymała w końcu swojego trzeciego Oscara. Ale... jak to ona
sama powiedziała we wspomnianym już przeze mnie przemówieniu, „Nie ma czegoś
takiego jak 'Najlepsza aktorka'. Jestem w posiadaniu sekretnych informacji i
wiem, że to prawda. Gdy tylko dostajemy do zagrania ciekawe role, każda z nas
wygrywa”. Jeśli by tak na to spojrzeć, „Służące” mogłyby zmienić tytuł na
„Zwyciężczynie” - takiego nagromadz enia
ciekawych, wielowymiarowych ról kobiecych w jednym filmie nie było już bowiem od
bardzo dawna.
Ocena:
9/10
|
 |
Służące
Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 146 min.
Reżyseria: Tate Taylor
Scenariusz: Tate Taylor
Zdjęcia: Stephen Goldblatt
Aktorzy:
Emma Stone, Viola Davis, Bryce Dallas Howard, Octavia Spencer, Jessica Chastain, Ahna O'Reilly, Allison Janney
|
|
Autor tekstu:
Karol Barzowski
[e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 25 listopada 2011
Oprawa html:
Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
STRONA GŁÓWNA
RECENZJE |
ANALIZY |
ARTYKUŁY
FORUM DYSKUSYJNE |