Jest rok 2007. Nastroje antyamerykańskie
jeszcze nigdy nie były tak bojowe, nawet w samych Stanach Zjednoczonych.
Przeciwko polityce prezydenta protestują już nie tylko rodziny żołnierzy
wysyłanych na bezsensowne wojny, ale również zwykli obywatele,
niezadowoleni z prowadzonej przez niego polityki. Październik tego
samego roku. USA przeżywa lekki kryzys gospodarczy, co budzi niepokój
wśród ekonomistów. Prezydent postanawia nieco uspokoić sytuację,
wygłaszając mowę na kongresie ekonomicznym w Chicago. 19 października.
Bush przylatuje do Chicago, gdzie wita go największa i najagresywniejsza
antyrządowa demonstracja w historii. Policja nie jest w stanie zapanować
nad tłumem, dochodzi nawet do bezprecedensowego wydarzenia – jeden z
protestujących przedziera się przez policyjny kordon, podbiega do
prezydenckiej limuzyny i niemal rzuca się na jej maskę. Sytuacja w
mieście staje się niebezpieczna. Godzina 19:00. Przed hotelem Sheraton,
gdzie głowa państwa ma wygłosić przemówienie, służby porządkowe
ustawiają blokady – nikt niepowołany nie ma prawa nawet zbliżyć się do
budynku. Godzina 20:00. Rozochocony udanym wystąpieniem prezydent
postanawia uścisnąć dłonie ludziom, którzy ciągle wierzą w słuszność
jego polityki. Godzina 20:13. Do zmierzającego w kierunku limuzyny Busha
zostają oddane trzy strzały – z czego dwa celne. Ranny prezydent niemal
natychmiast zostaje odwieziony do pobliskiego szpitala, jego stan jest
ciężki. 20 października 2007, godzina 1:40 nad ranem. Na skutek
odniesionych obrażeń George W. Bush, 43. prezydent Stanów Zjednoczonych,
w wieku 61 lat umiera w szpitalu Northwestern w Chicago.
|
 |
 |
Wydawałoby się, że o niektórych kwestiach
nie sposób jest dyskutować na głos. Wydawałoby się, że są jeszcze
tematy, które moglibyśmy określić mianem tabu. Wydawałoby się wreszcie,
że bardzo trudno jest w obecnych krwawych, brutalnych i niespokojnych
czasach wzbudzić kontrowersje na większą skalę. Jak się jednak okazało,
dwóm brytyjskim dokumentalistom udało się przekroczyć wszelkie granice
dobrego smaku – napisali scenariusz, a następnie na jego podstawie
stworzyli paradokumentalny film o zamachu na piastującego obecnie urząd
prezydenta USA George’a W. Busha. Pomysł sam w sobie niedorzeczny i
absurdalny, groteskowa pseudo-dywagacja o przyczynach, motywach i
skutkach hipotetycznej największej politycznej zbrodni XXI wieku, jednak
film w założeniu ambitny. Ale tylko w założeniu, gdyż nie sposób oprzeć
się wrażeniu, iż został wyprodukowany jedynie w celach zarobkowych,
wstrzeliwując się w ogólnoświatowe anty-bushowskie nastroje poprzez
wzbudzenie taniej sensacji. „Śmierć Prezydenta” to film skandalizujący,
lecz jednocześnie taki, na jaki czekali widzowie na całym świecie.
Wystarczy przytoczyć sytuację z festiwalu filmowego w Toronto, gdzie
zainteresowanie premierą było tak duże, że bilety niemal natychmiast
zostały wykupione z kas, a i tak tłumy ustawiały się przed kinem mając
nadzieję, że ktoś w ostatniej chwili z seansu zrezygnuje i będzie można
wskoczyć na jego miejsce. Zachowanie widzów w Toronto jest niezwykle
znaczące – udowadnia, że ludzie nie czekają już na filmy ambitne, ale
raczej takie, które odwołują się do najbardziej prymitywnych instynktów.
Produkcja paradokumentu Gabriela Range’a jest niestety zabiegiem czysto
populistycznym, ku uciesze gawiedzi, a rozpaczy krytyków.
|
 |
 |
Odstawmy jednak na bok owianą otoczką
skandalu tematykę, a skupmy się na samym wykonaniu. Otóż „Śmierć
Prezydenta” to realizatorski majstersztyk. I nie chodzi tu tylko o
mistrzowskie połączenie autentycznych materiałów z tymi stworzonymi na
potrzeby dokumentu. Przez pierwsze trzydzieści minut filmu, Range
umiejętnie buduje napięcie, przykuwając ciekawskiego widza do ekranu
m.in. budzącymi podziw i przerażenie scenami, w których doskonale
skoordynowani statyści pełnią rolę rozwścieczonego tłumu, z uspokojeniem
którego mają problem nawet używający siły policjanci. Nastrój
oczekiwania wzmaga się, widz czeka na zapowiadaną w tytule oraz na
plakatach nieuchronną śmierć Busha. Wreszcie scena zamachu – kamera
znajdująca się w centrum wydarzeń pokazuje nam prezydenta, jakiego nie
znamy: otwartego, zabawnego i przyjacielskiego człowieka z krwi i kości.
Pokazuje też spojrzenia komputerowo wstawionych w archiwalne zdjęcia
ochroniarzy, na twarzach których maluje się niepokój. Widz zaczyna
kurczowo trzymać się fotela. Głowa państwa zmierza spokojnie ku swojej
limuzynie; już ma do niej wsiąść, tak niewiele brakuje do chwili
wytchnienia od spragnionego uścisku prezydenckiej dłoni tłumu. I
wreszcie, jakby znikąd, padają dwa strzały. Ludzie wpadają w panikę, a
zdezorientowana obstawa z Secret Service wrzuca rannego Busha do
limuzyny, która z piskiem opon odjeżdża w kierunku szpitala. Widzimy
szok nawet na twarzach demonstrantów. Limuzyna mknie przez miasto,
omijając inne biorące udział w ruchu wozy, wreszcie dojeżdża do
szpitala. Wieść o zamachu roznosi się z prędkością błyskawicy. Poruszeni
telewizyjni prezenterzy przekazują światu wstrząsającą wiadomość. Część
ludzi zaczyna wiwatować… To po prostu trzeba zobaczyć.
|
 |
 |
Niestety, tylko i wyłącznie to. Dalej
bowiem jest już znacznie gorzej. Jakby nie zdając sobie sprawy z
potencjału materiału jakim dysponował, reżyser zaczyna knocić. Miast
pokazać skutki, jakie wywarłby na historii świata ewentualny zamach,
Range postanawia pokazać nam polowanie na wiedźmy. A gdy po kilkunastu
rozwleczonych minutach i chaotycznym pościgu udaje się schwytać
domniemanego sprawcę, realizatorzy skazują widzów na oglądanie
przesłuchań i długiego procesu, którego wynik jest z góry przesądzony. I
pomimo dość niespodziewanego zwrotu akcji w końcówce, od sceny zamachu z
ekranu wieje nie sensacją, a nudą. Następstwa zabójstwa 43. prezydenta
Stanów Zjednoczonych zostają streszczone w ciągu kilku minut, z czego
większość następuje dopiero w napisach końcowych. Nie wiadomo do końca,
w jakim celu brytyjski reżyser przez prawie godzinę prezentuje nam
szablon działania amerykańskiej policji, służb federalnych, czy władz
sądowniczych. Podobne schematy znamy z wielu innych filmów, które nawet
nie starają się być wiarygodne, a które z kolei robią to znacznie lepiej
i ciekawiej. Co prawda w prezentowane niuanse amerykańskiego systemu
ścigania wplecione są pełne emocji wypowiedzi zwykłych obywateli, którzy
znaleźli się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Ale nawet
one nie ratują obrazu Range’a, który w końcowych minutach zaczyna nie
tylko nużyć, ale nawet i męczyć.
|
 |
 |
„Death of a President” to filmowa
ciekawostka, która pomimo zakazu wyświetlania w większości kin na całym
świecie, zwróci się z nawiązką. Tak to już jest ze wzbudzającymi
sensacje opowiastkami – niepoprawne i obrazoburcze są znacznie chętniej
oglądane wtedy, gdy się o nich mówi. Gdyby „dzieło” Gabriela Range’a
zostało przemilczane, gdyby gazety nie narobiły niepotrzebnego szumu
wokół tej produkcji, zapewne przepadłaby ona wśród zalewu innych,
konspiratorskich, często amatorskich wypocin sfrustrowanych twórców
marzących o rozgłosie. Teraz jednak, kiedy jedna z telewizji zdecydowała
się na pokazanie zamachu na prezydenta Busha, o tym stosunkowo kiepskim
filmie będą niestety mówić nawet w podstawówkach.
 |
"Śmierć
Prezydenta"
"Death of a President"
Reżyseria: Gabriel Range
Scenariusz: Simon Finch, Gabriel Range
Muzyka: Richard Harvey
Zdjęcia: Graham Smith
Obsada:
Hend Ayoub .... Zahra Abi Zikri
Brian Boland .... Larry Stafford
Becky Ann Baker .... Eleanor Drake
Robert Mangiardi .... Greg Turner
Jay Patterson .... Sam McCarthy
Jay Whittaker .... Frank Molini |
 |
| Autor recenzji
: Michał Fedorowicz - hOPS |
|
Klub Miłośników Filmu |
27.X.2006
|