|
Z ulgą donoszę, że "film Finchera o facebooku" jest filmem więcej niż
dobrym. Co więcej, "film Finchera o facebooku" naprawdę jest "filmem Finchera o
facebooku", w takim sensie, że ani nazwisko reżysera, ani migocząca w tle marka
nie są tu przypadkowe. To nie jest kolejny odcinek hollywoodzkiego tasiemca pt.
"American Dreams", chociaż zgnilizna "Obcego 3" czy "Siedem" została zakryta
eleganckimi marynarkami, białymi koszulami, krawatami i wielką bluzą z kapturem
od GAPa (sztuk jeden). Wieszczony na forach internetowych "koniec Finchera" nie
nadszedł i nic nie wskazuje, by nadchodził: chociaż "The Social Network" nie
dorównuje największym dokonaniom reżysera (za które uważam jego dwa pierwsze
filmy, wymienione powyżej), to wciąż kino przemyślane, dorosłe i kapitalnie
zrealizowane. "Fincher perfekcjonista", napisał do mnie kolega. "Fincher
artysta", odpowiedziałam, choć oczywiście te dwa określenia nijak się ze sobą
nie kłócą (wprost przeciwnie). Czyli takie połączenie obrazów i dźwięków, by
sztampa z ulotki dystrybutora przerodziła się w pasjonujący spektakl i komentarz
do zastanej rzeczywistości w jednym. W historii dziecinnej rywalizacji i równie
dziecinnej zdrady odbija się obłędna walka o własny wizerunek i budowany na nim
prestiż. Fakt, iż za główny budulec służy twórcom biografia Marka Zuckerberga,
nabiera w tym kontekście szczególnego znaczenia.
Po dziesięciu latach od realizacji "Fight Clubu", Fincher wraca do chłopięcych
zabaw. Różnice pomiędzy bohaterami tych dwóch filmów są mniejsze niż wydaje się
na pierwszy rzut oka, choć pewnie Tyler Durden potraktowałby dzieciaki z
Harvardu swoją ukochaną nitrogliceryną. "The Social Network" dzieje się w
emocjonalnym przedszkolu. Powracający natrętnie motyw klubów uniwersyteckich
przyłapuje bohaterów na zabawie w stylu "kto ma największego siusiaka?".
Znamienny wydaje się fakt, że kobiety i dziewczyny znajdują się tu cały czas na
drugim planie, podzielone zresztą na dwie grupy: tych rozsądnych, które nie
biorą udziału w chłopięcych przepychankach (Erica) i słodkie kretynki służące
jako automaty toaletowego fellatio (groupies). Granica płci jest wyraźna i
nieprzekraczalna. I abstrahując od argumentu historia-oparta-na-faktach – to
może przeszkadzać, razić natrętnymi skojarzeniami, wedle których dążenie do
hierarchiczności jest cechą typowo męską. Punktem wyjścia jest zresztą wojna
płci, w otwierającej film sekwencji Chłopiec popisuje się przed młodą Kobietą,
która demaskuje jego niedojrzałość, ale on z powodu owej dojrzałości nie jest w
stanie zrozumieć, gdzie poniósł porażkę, i odgrywa się, brnąc dalej w popisy
niedorosłych kogutków. Ta rewelacyjnie rozpisana scena dialogu między
Zuckerbergiem i jego za-chwilę-byłą-dziewczyną charakteryzuje się dynamiką
finału mistrzostw świata w ping-pongu i w pigułce przedstawia motywy, wokół
których Fincher będzie krążył przez kolejne dwie godziny: rywalizację między
godnością a dumą, egocentryzm, wagę własnego wizerunku, kreowanie "twarzy",
którą absolwent polskiego ogólniaka zapewne nazwałby "gębą". Tym światem rządzą
nie pieniądze (te na Harvardzie na nikim nie robią wrażenia), a wizerunek. Twoi
znajomi, twoje związki, twoje poglądy polityczne, poglądy religijne, ulubione
cytaty, zajęcia, muzyka, książki, ukończone szkoły. Brzmi znajomo?
W tym filmie nie ma ani krzty romantyzmu, nawet związek Marka i Eriki określany
jest jako "chodzenie" ("dating"), co mnie kojarzy się trochę z zabawą w doktora.
Namiętności jest jednak wiele, tyle, że jest to namiętność skrajnie
narcystyczna. Zwykliśmy wyrywać sobie kciuki, ogladając rywalizację przyjaciół o
serce jednej kobiety; miłość, wiadomo, rzecz w życiu najważniejsza. Fincher kpi
sobie z widza, angażując go w pojedynek o prestiż budowany na banale,
najniższych, najśmieszniejszych żądzach. Jesse Eisenberg tworzy postać, której
bliżej do skrajnie antypatycznego Walta ze znakomitego "The Squid and the Whale"
Noaha Baumbacha, niż do uroczo nieporadnego w sprawach sercowych Jamesa z "Adventureland".
To Andrew Garfield ma być "tym dobrym", ale jego wkład w projekt i niefortunne
decyzje czynią z Eduardo Saverina figurę raczej ambiwaletną. W "The Social
Network" nie ma zatem komu kibicować, gdyż za błyskotliwymi tyradami kryje się
szczeniacki pojedynek na miny. Kto będzie miał większego siusiaka – i kto
udowodni to przed największą publicznością. Prywatność przestaje być wartością,
liczy się to, co zewnętrzne, to, co wyświetlone na wallu. Facebook to reality
show. Lepienie samego siebie z doboru zdjęć, statusów, komentarzy,
przynależności do grup: od "Antychryst von Triera to mój ulubiony film" po "Smok
Stefan to straszna cipa" (gdzieś po drodze są jeszcze "Fani Witolda
Gombrowicza").
Oczywiście nie chodzi tu o bezsensowną krytykę facebooka, który może być
świetnym miejscem wymiany informacji znacznie bardziej wartościowych niż lajki
pod twoim zerwaniem z dziewczyną czy zaręczynami chłopaka, w którym kochasz się
bez szans od pierwszej klasy podstawówki, albo faktem, że ktoś ze znajomych
"pije wódkę zamiast całować się z laskami, a potem żałuje". Przez pryzmat
największego portalu społecznościowego Fincher pokazuje portret społeczności
("Grupa optymistów"), pokolenia ("Grupa pesymistów") lub świata (Grupa "Po
Baudrillardzie – alkoholizm") skupionych na infantylnych zabawach, skarlałych
wartościach i symulowaniu dorosłości. Nie jest to więc film wesoły, chociaż
opowiada o błyskotliwych umysłach i gigantycznej karierze. Amerykański sen à
rebours bez złotych strzałów, matczynych łez, nowojorskiej mafii i trupa pod
prysznicem. Film złośliwego pana Finchera o facebooku. Patrz niżej.
| |
Autor recenzji: Klara Kukowska - ARTEMIS
[e-mail]
| Klub Miłośników Filmu, 12 października 2010
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
| |