Bess i Selma Wracają Na Ziemię
Kino zawsze było mniej lub bardziej dokładnym odbiciem rozmaitych postaw
społecznych. Filmy zależnie od czasu i miejsca szokowały, krzepiły,
wzywały do walki, bądź krzewiły pacyfizm. I tak Niemcy przed dojściem
Hitlera do władzy mieli swój narodowy "Gabinet doktora Caligari", w
którym wolność jednostki zestawiana była z widmem władzy wszechobecnej i
totalitarnej. Dzisiaj z kolei widmo krwawej historii - swoisty cień
nazizmu - nie może przestać istnieć w niemieckim pejzażu kulturowym. Z
tym że pokolenie, które interpretuje na nowo hitlerowskie zbrodnie, nie
ma już z wojną nic wspólnego. Tak jak wtedy, tak i teraz srebrny ekran
staje się zwierciadłem narodowych nastrojów i dylematów. Na polskie
ekrany wchodzi właśnie "Sophie Scholl - ostatnie dni" - kolejny po
"Upadku" niemiecki film rozliczeniowy. Z naszej perspektywy niezwykle
kusząca może wydawać się postawa biernego obserwatora. Bo i po co
mielibyśmy podchodzić bliżej do tematu, który mimo upływu czasu wciąż
pozostaje najbardziej wstydliwą kartą historii powszechnej? Lepiej na
wszelki wypadek trzymać się z daleka. Zanim jednak ktokolwiek ominie
szerokim łukiem "Sophie Scholl", wiedzieć musi, że omija FILM WYBITNY.
Niesamowicie wciągający, piekielnie inteligentny i prowadzący
perfekcyjną grę emocjami. Mimo rozliczeniowego charakteru, "Sophie
Scholl" jest bowiem kinem uniwersalnym. Film Marca Rothemunda opowiada o
poświęceniu i walce o własną tożsamość w sposób tak intensywny, nerwowy
i emocjonalny, w jaki potrafi mówić tylko naprawdę wielkie kino.
|
 |
 |
Elżbieta Ciapara nazwała kiedyś
styl Larsa von Triera "kinem trzewiowym". I patrząc na postać Sophie
Scholl, nie sposób wyzbyć się wrażenia, że gdyby tylko krnąbrny Duńczyk
obejrzał film Rothemunda nieuchronnie znalazłby to, czego w swoim "kinie
trzewiowym" szukał przez lata. Hipoteza dobra przekraczającego śmierć -
poświęcenie tak wielkie, że urągające zdrowemu rozsądkowi - właśnie
tutaj znajduje swe wcielenie. Oto niemiecka działaczka antynazistowskiej
"Białej róży" staje w jednym rzędzie z Bess z "Przełamując fale" i z
Selmą z "Tańcząc w ciemnościach". Bo czy to nie ten sam rodzaj
dziewczęcej naiwności, nie ten sam delikatny uśmiech i nie tę samą
wrażliwość odnajdujemy na twarzy każdej z bohaterek? Śmierć, która czeka
na każdą z nich - na poły absurdalna, na poły męczeńska - także ma
podobny wydźwięk. Wszak za każdym razem odbywa się ona przy dzwonach
zwiastujących moralne zwycięstwo - symbolizujących zbawienie. Lecz Selma
i Bess stanowiły jedynie odzwierciedlenie cynicznej hipotezy von Triera.
Duńczyk wokół idei dobra absolutnego uparcie stawiał nawias - jego
bohaterki były szalone, "romantyczne" i literackie. Obok głównego głosu
brzmiał więc także i drugi - na wskroś ironiczny. Dobro von Triera
stawało się teoretycznym założeniem, które w realnym świecie powtórzone
być nie może i powtórzone nie będzie. Bo przecież "ludzie właściwi" to
ci zamieszkujący Dogville i Manderlay - ci którzy każdy idealizm prędzej
czy później zmieszają z błotem. Tymczasem Marc Rothemund z kart
niemieckiej historii odgrzebuje niepozorną dziewczynę, która z
vontrierowskiej hipotezy czyni rzeczywistość. Sophie Scholl - niejako na
przekór Bess i Selmie - naprawdę chodziła po niemieckich ulicach,
cieszyła się życiem, plotkowała z przyjaciółkami i tęskniła za
narzeczonym. Wrażliwość, odwaga i brak zgody na hitlerowski system
represji doprowadziły ją za więzienne kraty. Ale nie tu, a o krok dalej
kryje się istota historii Sophie Scholl. Rothemund w swym filmie nie bez
powodu mocno akcentuje szansę na wyzwolenie - możliwość złagodzenia kary
i uniknięcia śmierci. Szansę z której bohaterka mimo wszystko rezygnuje
choć nie wiąże się ona ani z aktem zdrady, ani z groźbą śmierci
najbliższych. Oficer Gestapo wyciągał pomocną dłoń i można się domyślać,
że był to gest szczery - sam hitlerowiec miał dziecko w wieku Sophie i
instynktownie chciał ocalić Scholl od śmierci. Podpisanie dokumentu ze
złagodzoną interpretacją antynazistowskiej działalności uwolniłoby więc
dziewczynę od gilotyny. Ta jednak odmawia. Czyni tym samym ów niejasny
gest, który von Trier oblókł w szaleństwo, a Rothemund nazywa po prostu
walką o zachowanie siebie - własnych idei i przekonań - w świecie, który
na owe idee i przekonania się nie zgadza. I choć można było z tego
materiału nakręcić obraz męczeński, stworzono film budujący. A historia,
który mogła być czytelna jedynie w Niemczech, zyskała wymiar
uniwersalny. Zekranizowano tym samym dramat, który szokuje wzrusza i
mobilizuje. Film, który miał być jedynie ekranową wersją historii, a
który ową zimną historyczność błyskotliwie przekroczył...
|
 |
 |
Jednak określenie "kino trzewiowe"
dzięki swej zaskakującej językowej fizjologii bardzo silnie zestawiało
owo dobro absolutne z cierpieniem i niesprawiedliwością. Widz von Triera
był niejako prowadzony za rękę. Nasz kinowy bunt był niczym więcej jak
wykalkulowanym sprzeciwem przeciwko kopaniu leżącego. Jednak filmowa
rzeczywistość kopała dalej. Dopiero kiedy emocje sięgały zenitu i
bohaterka musiała umrzeć, przychodził czas na oczyszczenie. To samo
pozbawione litości, brutalne prawo wzięte właśnie z "trylogii złotego
serca" kieruje konstrukcją "Sophie Scholl". Ten sam dobrze znany rodzaj
kinowego buntu towarzyszy nam od momentu pokazowej politycznej rozprawy
członków "Białej róży" aż do sceny egzekucji. Emocjonalne mistrzostwo
scenariusza połączone z nienaganną, dynamiczną realizacją i wspaniałą
grą duetu Julia Jentsch - Alexander Held (Sophie Scholl - gestapowiec
prowadzący sprawę) sprawia, że widz pozostaje bez szans. Rothemund
zastawia na swą publiczność emocjonalną pułapkę. Czyni to jednak niejako
cytując Larsa von Triera, który - świadomie lub nie - zdaje się
patronować tej niemieckiej produkcji. A Trier zwykł mawiać, że "film
powinien być jak kamyk w bucie". I „Sophie Scholl - ostatnie dni” to
wspaniały przykład kina, które uwiera. Polecam go więc tym tylko, którzy
lubią oglądać "niewygodne" filmy. Czasami bowiem ów nieszczęsny kamyk w
bucie przypomnieć może o kilku ważnych sprawach...
OCENA: 6\6
 |
Sophie Scholl - ostatnie dni
(Sophie
Scholl - Die letzten Tage)
NIEMCY, 2005
reżyseria: Marc Rothemund
scenariusz: Fred Breinersdorfer
zdjęcia: Martin Langer
muzyka: Reinhold Heil
OBSADA:
Julia Jentsch (Sophie Scholl)
Fabian Hinrichs (Hans Scholl)
Gerald Alexander Held (Robert Mohr)
Johanna Gastdorf (Else Gebel)
André Hennicke (Doktor Roland Freisler)
Florian Stetter (Christoph Probst)
Johannes Suhm (Alexander Schmorell)
czas trwania: 117 minut
dystrybucja w Polsce: Kino Świat
premiera: 20.01.2006
Klub
Miłośników Filmu | 21 I 2006 |
|
| Autor recenzji:
Jacek Kozłowski -
SENK |