Opowieści o policjantach i złodziejach
to bardzo nośny temat w kinie. Nakręcono zatrzęsienie filmów
przedstawiających bliżej i tych pierwszych, i tych drugich. Niektóre z
nich mają formę sensacyjnego filmu akcji, pełnego pościgów, strzelanin i
bijatyk, nie zawsze podawanych z wyczuciem i umiarem. Są też takie,
które starają się zajrzeć do głów bohaterów, przeanalizować motywy ich
działania. W tej masie "Stander" wyróżnia się tym, że opowiada o
gliniarzu, który został złodziejem, a tego się często nie spotyka.
Andre Stander, bo o nim mowa, był kapitanem policji mieszkającym i
pracującym w Johannesburgu. W latach siedemdziesiątych brał udział
tłumieniu zamieszek podczas pochodu studentów protestujących przeciwko
wyzyskowi mieszkańców RPA. Bardzo krwawego pochodu zresztą. To na zawsze
odmieniło jego życie. Zdał sobie sprawę, że będąc stróżem prawa ma za
zadanie chronić niewinnych, a nie tłuc ich pałą po potylicy. Wtedy
postanowił, że zacznie okradać banki. Chciał się w ten sposób odegrać na
panującej tam władzy, czyli monarchii brytyjskiej. Stander był niezwykle
sprawnym złodziejem, a do tego mistrzem mistyfikacji. Charakteryzował
się tak dobrze, że gdy po przerwie obiadowej, podczas której dokonywał
rabunku wracał na miejsce przestępstwa jako śledczy, świadkowie nie byli
w stanie go rozpoznać. Pracę ułatwiała mu doskonała znajomość procedur
policyjnych i metod działania. Zrabowane pieniądze najczęściej oddawał
przypadkowym mieszkańcom Johannesburga. Tak było do czasu, aż nie został
schwytany przez kolegę po fachu. Trafił do więzienia, z którego niedługo
potem uciekł i wyciągnął ze sobą dwóch gości. We trójkę stworzyli gang
Standera, który przez długi czas był nieuchwytny dla policji.
|
 |
 |
Film Bronwena Hughesa to obraz
biograficzny, opowiada autentyczną historię i do tego mocno trzyma się
faktów. Jednak ze względu na barwną postać Standera i jego brawurowe
poczynania jest to bardziej komedia sensacyjna. Niektóre sytuacje są tak
nieprawdopodobne lub tak komiczne, że trudno uwierzyć, iż miały miejsce
na prawdę. Działania złodziei przypominają bardziej zabawę niż poważną
pracę, jak to ukazuje się w większości filmów kryminalnych. Z jednej
strony gang Standera działa spontanicznie, bardzo na luzie, członków
nigdy nie opuszcza poczucie humoru, a jednocześnie robią wszystko na
tyle rozsądnie i ostrożnie, żeby nie dać się złapać. Wszystko to jest
bardzo niewinne, ale jak zwykle do czasu. Zupełnie niczym w bajce, która
kryje w sobie jakąś naukę. Zawsze pogodny Stander, który dzięki pokaźnym
kwotom wynoszonym z banków, może pozwolić sobie niemal na wszystko, w
stosunku do władz i ich organów zachowuje się bezczelnie, śmieje im się
w twarz. Jednak wchodząc na przestępczą ścieżkę opuścił najbliższych,
żonę i ojca. Stracił przy tym coś bardzo cennego, ale sam uświadamia to
sobie za późno.
Pisałem na początku, że film stara się zajrzeć do głowy bohatera.
Szkoda, że na staraniach się kończy. Motywy, którymi kierował się
Stander zostały potraktowane po macoszemu. Poświęcono temu zaledwie
kilka minut, dając widzowi do zrozumienia, że winna jest monarchia
brytyjska panująca w nieswoim państwie i uskuteczniająca wyzysk.
Wszystko to jednak bez rozwinięcia. Stander ogląda to wszystko podczas
demonstracji studentów, uświadamia sobie pewne rzeczy i coś w nim pęka.
Wraca wściekły do domu, co rusz to dając ujście emocjom. Ale gdy zaczyna
rabować banki wszystko rozpływa się w powietrzu. Jakby ta namiastka
wolności była lekarstwem na ucisk. Nie jest powiedziane, czy jego
poczynania odniosły jakiś większy skutek, czyli to, na czym mu
najbardziej zależało. Zamiast bliżej na tytułowej postaci, twórcy
skupili się na widowiskowości scen kradzieży i na poupychaniu różnych
scen akcji, jakby trochę zapominając, że to wszystko dzieje się nie bez
powodu. I ostatnia rzecz, która jednak boli najbardziej. Świat oczami
Andre Standera jest czarno-biały. Ludzi, których napotyka na swojej
drodze można poupychać w dwóch szufladkach. Podobnie jest z filmem samym
w sobie. Nie ma sytuacji niejasnych, niepewnych, jest albo dobrze, albo
źle. Twórcy ciekawie zapowiadającą się historię, która stwarza pole do
poruszenia kwestii moralnych, sprowadzili do najprostszego mianownika.
|
 |
 |
Realizacyjnie "Stander" jest wzorowy.
Świetnie zostały oddane realia tamtych czasów, stroje, fryzury, pojazdy.
Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte są wręcz namacalne. Film
stylistycznie jest zbliżony do słynnego teledysku grupy Beastie Boys do
utworu "Sabotage". Cała historia jest zgrabnie nakręcona, dużo tu
szybkich, zdecydowanych ujęć, ładne kadry i bardzo czytelny, dynamiczny
montaż. Wcześniej narzekałem na brak podtekstu, ale nie ma tu mowy o
dłużyznach, nieustanna akcja to wszystko rekompensuje. Refleksja na
temat głównego bohatera i ewentualne rozczarowanie tym, że wątek nie
został dostatecznie rozwinięty przychodzi dopiero po seansie, a ten jest
bardzo wciągający. Można więc potraktować ten film czysto rozrywkowo,
zapomnieć całkowicie o autentycznym rodowodzie historii i dobrze się
bawić.
Nie jest to film wybitny, ale sprawnie opowiedziana historia człowieka,
który mimo pozornej bezsilności znalazł sposób na to, jak dogryźć
zbytnio panoszącej się władzy, która w ferworze rządzenia zapomniała o
zwykłych ludziach. To obraz, który mógłby być czymś więcej niż tylko
zlepkiem strzelanin i pościgów poprzeplatanych humorystycznymi
dialogami. Brakuje mu naprawdę niewiele...
Ocena: 6.5/10
 |
STANDER
Reżyseria: Bronwen
Hughes
Scenariusz: Bima Stagg
Zdjęcia: Jess Hall
Muzyka: David Holmes
Czas trwania: 116 minut
Produkcja: 2003 Kanada / Niemcy
/ RPA / Wielka Brytania
W rolach głównych:
Thomas Jane
David O'Hara
Dexter Fletcher
Deborah Kara Unger
Marius Weyers
Klub
Miłośników Filmu | 09 X 2005 |
|
| Autor recenzji:
Tomasz Stankunowicz -
PHONIK |