Do ochrony byłej królowej Naboo zostaje przydzielonych dwóch rycerzy Jedi: mistrz Obi-Wan Kenobi i jego uczeń, Anakin. Tymczasem Republika nieuchronnie pogrąża się w chaosie, grozi jej rozpad. Obi-Wan Kenobi odkrywa, że na planecie Kamino hodowane są klony, które będą służyć Republice. Wojna jest nieunikniona. Tak w ogólnym zarysie przedstawia się fabuła Epizodu II i trzeba przyznać, że jest trochę lepiej nakreślona niż w "Mrocznym Widmie", wiadomo jednak, że wielkim krokami zbliża się bezpośrednie nawiązanie do Epizodu VI i intryga musiała nabrać bardziej dynamicznego tempa. George Lucas wyciągnął wnioski z błędów zarzucanych przez fanów po premierze Epizodu I i wprowadził kilka zmian, co nie uchroniło go przed jeszcze większą ilością niedorzeczności. Jar Jar Binksa (to ten z dużymi uszami) już praktycznie nie ma, przemyka po ekranie przez parę sekund i patrząc na niego wspominamy tylko jego wyczyny z "Mrocznego Widma". Następną wymuszoną zmianą jest uboższa garderoba Amidali i zrezygnowanie z tego "wystrzałowego" makijażu. Tutaj Lucas oczywiście ponownie przesadził, ponieważ tym razem byłą królową ubiera wręcz na sportowo, a jej obcisłe ciuszki szybko zostają postrzępione przez jakiegoś potwora, wtedy dopiero wygląda ona conajmniej śmiesznie. Poza tego typu nieścisłościami w "Ataku Klonów" brakuje rzeczy bardzo ważnej- godnego przeciwnika dla głównych bohaterów. Oczywiście Hrabia Dooku jest potężny i niezwyciężony, ale pojedynki z nim nie są w stanie wyzwolić tak wielkich emocji co na przykład walka z Darth Maulem. Wprawdzie jest łowca nagród Jango Fett, jednak jest on przeciwnikiem znikomej rangi. Zostawiając jednak potyczki miedzy poszczególnymi bohaterami, to największą zaletą od strony fabularnej nowego filmu Lucasa jest sprawa konfliktu politycznego. Problemy z rozpadającą się Republika wciągnęły mnie najbardziej, rozważania senatu nad dalszą przyszłością pokoju we wszechświecie są momentami o wiele ciekawsze od dalszego losu Anakina. Reżyser musiał opowiedzieć tę historię w sposób atrakcyjny i zrozumiały dla widza i tutaj już zaczynają się większe problemy. Nie do zniesienia była dla mnie naiwność wielu scen, psucie dramaturgii akcji poprzez jakieś niepotrzebne wątki; chłopięce rozterki Anakina z czasem coraz bardziej zaczynają nabierać nienaturalnych kształtów, a jedyny moment w którym pokazany jest gniew chłopaka, to wypowiadane przez niego słowa: "Zostanę najpotężniejszym Jedi". Jednak gdzie się podziały emocje w poszczególnych sytuacjach; nie widać w ogóle oddziaływania zakazanej miłości, brak tego od samego początku. Również w sposób niezadowalający przedstawiono uczucia między Anakinem, a jego mistrzem Obi-Wanem; zamiast zademonstrowania wielkiego napięcia między nimi, dostajemy krótkie, często komediowe gagi. Przed obejrzeniem filmu słyszałem, że "Atak klonów" wraca do korzeni, myślałem że wydarzenia pokazane w "Mrocznym Widmie" zmuszały do zrezygnowania z elementu który został już przez wielu zapomniany, nie trzeba być bowiem specjalnie spostrzegawczym by stwierdzić, że w Gwiezdnych Wojnach przydałoby się trochę tych gwiezdnych wojen. Jednak nie, Epizod II nie ma tytułowych gwiazd, dostajemy w zamian wielka bitwę oddziału rycerzy Jedi, miecze będą szły w ruch, a moc nie będzie z nami. Uważam, że nowy film Lucasa jest przykładem może nie przerostu formy nad treścią, ale na pewno przerostu formy nad chęcią opowiedzenia ciekawej historii. Jeżeli chodzi o aktorstwo to trudno wskazać większe zastrzeżenia, każda postać jest zagrana poprawnie, nawet Hayden Christensen wypadł dosyć dobrze. Młody Kanadyjczyk potrafił pokazać emocje, chociaż jego mimika twarzy zwłaszcza kiedy patrzył na Natalie Portman nabierała niezdrowo dwuznacznego charakteru, ale ujęcia z konającą na jego ramionach matką zapadają długo w pamięci. Ewan McGregor nakreślił swoją postać bardzo nierównomiernie, tutaj należy nawiązać kolejny raz do Epizodu I; doskonałego Liama Neesona i jego przenikliwego spojrzenia, spokojnego i opanowanego głosu, tego właśnie brakuje McGregorowi. Podobnie wypada Natalie Portman która nie umiała pokazać emocji w odpowiedni sposób, najlepiej wychodziły jej zimne i bezlitosne spojrzenia które w ogóle nie powinny mieć miejsca. Starszy Jedi Mace Windu w wykonaniu Samuela L. Jacksona prezentuje się ciekawie, o talencie Jacksona przekonywać nie trzeba, choć wciąż mam w pamięci jego płaską i wręcz nudną rolę z "Mrocznego Widma". Jeżeli chodzi o czarne charaktery, lub jak kto woli - o przedstawicieli Ciemnej Strony Mocy, leciwy Christopher Lee pasuje doskonale jako Hrabia Dooku, chociaż myślałem, że jego postać będzie bardziej rozbudowana. Jednak bezpretensjonalnie Lee zapisał się na stałe w historii Gwiezdnej Sagi. Musze jeszcze wspomnieć o Yodzie który po raz pierwszy był animowany cyfrowo, zrezygnowano bowiem z kukiełki na rzecz pokazania szermierczych zdolności mistrza. Ja osobiście uważam to za największą głupotę jaką mógł wymyślić Lucas. Mistrz Yoda był zawsze mentorem, jego siłą była mądrość i opanowanie, a nie szybkość machania mieczem, tego też uczył w "Imperium kontratakuje" młodego Luka. Cóż jednak zrobić, pomysły scenarzystów się kończą, więc trzeba było nawet Yodę posłać na pole bitwy... Strona audiowizualna "Ataku Klonów" wypada dobrze, jednak w dzisiejszych czasach kiedy efekty cyfrowe są już pospolite, coraz trudniej być pod wrażeniem tego co widzimy na ekranie. Lucas mający budżet 100 mln dolarów zmieścił się w standardzie dobrego widowiska, ale czy tego spodziewaliśmy się po osobie która była swego czasu pionierem efektów specjalnych... Wielką porażką są zdjęcia, które aż kłują w oczy niepotrzebnymi ujęciami, brakiem zamysłu przedstawienia akcji; kilka scen wymagało wręcz nadzwyczajnej finezji, a my otrzymaliśmy akademickie wyczyny operatora. Podobnie sprawa przedstawia się z montażem, który dla mnie w każdej części Sagi był czymś totalnie niezrozumiałym. Zazwyczaj ważne momenty filmu są bezwzględnie przecinane inną mało znaczącą sceną, np. podczas toczącej się śmiertelnej walki na miecze świetlne, zostajemy ugoszczeni w połowie jakimś mało ważnym ujęciem biegnącej senator Amidali, to właśnie zaprzepaszcza bezgraniczne wciągnięcie widza w wir akcji. Jak już wcześniej wspomniałem, "Atak Klonów" jest bogaty w efekty specjalne i tutaj trzeba napisać o nich coś więcej. Cały film był kręcony cyfrowymi kamerami, bez użycia taśmy filmowej, dlatego też tylko kilka elementów jest realnych, a reszta to iluzja. Jedna, druga, trzecia totalnie niepotrzebna scena która ma tylko pokazać kunszt animatorów z Industrial Light & Magic jest do zniesienia, ale po 140 minutach takiego czegoś miałem dość. Totalnie została zatracona granica estetyki obrazu, szybko zauważyłem wręcz "plastikowość" otoczenia, takiego słowa mógłbym użyć opisując kolejną grę komputerową, a nie film, jednak tutaj podobieństwo jest olbrzymie. Widząc w pierwszym Epizodzie armię droidów byliśmy pod wrażeniem, dlatego tym razem Lucas daje nam.... większą armię droidów i w taki prosty sposób chce nam zamydlić oczy. Jeżeli chodzi o stronę audio to tutaj się trochę rozczarowałem, myślałem, że John Williams kolejny raz zademonstruje swój niebywały talent, jednak otrzymałem tylko dobrą muzykę. Nie pierwsze to rozczarowanie i nie ostatnie, prawie każda minuta nowych przygód niesfornych rycerzy Jedi przynosi zawód. Na koniec muszę napisać, że nie spodziewałem się filmu genialnego, ale takiego na którym rozerwałbym się w pełni, zapomniał o świecie pochłaniając kolejne wyczyny szlachetnych rycerzy Jedi. Nawet tego nie odczułem, patrząc na końcową walkę przez moment myślałem, że to nie są Gwiezdne Wojny, byłem totalnie zdegustowany, chociaż początek seansu zapowiadał się doskonale. Gigantycznym plusem tego filmu jest jedynie pokazanie, że "Mroczne Widmo" było filmem udanym, zarówno od strony artystycznej (aktorstwo, muzyka) jak i strony technicznej (wprost doskonała realizacja końcowej walki na miecze świetlne). "Atak Klonów" jest filmem mającym zaledwie kilka scen które posiadają głębię, reszta to efektowna nijakość. |