Bez wodotrysków
Amerykańska moda na odgrzewane kotlety trwa. Co prawda można tylko pozazdrościć
fantazji hollywoodzkim producentom, którzy źródła zysków szukają już nie tylko w
sequelach i prequelach, ale nakręcony wcześniej materiał od razu tną na kilka części. Nieco
innym, ale bazującym na tym samym schemacie, zjawiskiem jest powrót wielkich wytwórni
filmowych do znanych, kręconych masowo seriali sprzed lat. Bo cóż przyciągnie widza do
kina skuteczniej niż sentyment do starych, sprawdzonych produkcji? Na tej czułostkowości
Amerykanów bazowały już "Aniołki Charliego", "Rewolwer i melonik" czy "Maverick". Nie
trzeba chyba dodawać, że czyniły to z mizernym raczej skutkiem. I chociaż producenci
kolejnego filmu opartego na legendzie amerykańskiej telewizji lat 70. zarzekają się, że
korzenie ich produkcji nie tkwią w kasowym sukcesie trzech krągłych aniołków, to raczej
ciężko w te deklaracje uwierzyć. Sprawiedliwości jednak musi stać się zadość, więc mimo
wrodzonej zgryźliwości jestem zmuszony przyznać, że "Starsky i Hutch" to film utrzymany
w zupełnie innej stylistyce, niż przygody niepokalanych niewiast wujka Charliego. Tyle że
w "innej" nie znaczy od razu, że w "lepszej"...
A wszystko zaczęło się w roku 1975 i trwało okrągłe cztery lata. Wtedy to obdarzeni
skrajnie różnymi temperamentami gliniarze: spokojny służbista David Starsky i niepokorny,
lecz skuteczny Ken "Hutch" Hutchinson opanowali amerykańską telewizję. Poczesne miejsce
w serialu zajmował też samochód legenda – czerwony Ford Gran Torino z
charakterystycznym białym pasem. Dwóm gliniarzom i autu towarzyszył oczywiście tak
zwany "Przytulas", czyli Huggy Bear – dość oryginalny policyjny informator, a w gruncie
rzeczy wszystkowiedzący cwaniak z ulicy. I w ten oto sposób powstała w latach
siedemdziesiątych mieszanka wybuchowa – jeden z pierwszych popularnych seriali
policyjnych zza oceanu. W kinowej wersji A.D. 2004 ta mikstura okazuje się być jednak
zwyczajnym niewypałem. O dziwo ten oto niewypał ma nawet fabułę. I to fabułę całkiem
sensowną. Starsky i Hutch będą bowiem musieli udaremnić dość nietypową, narkotykową
transakcję wartą – jakżeby inaczej – miliony dolarów. W grę wchodzi oczywiście również
morderstwo, które miało chyba wprowadzić do filmu odrobinę dramatyzmu. Daremne to
jednak starania. Oczywiście przez resztę naszej sensacji w stylu retro toczyć się będzie
śledztwo, na żadnym jego etapie nikt nie będzie nas jednak niczym zaskakiwał. Nie będzie
tu ani zwrotów akcji, ani zaskoczenia. Znajdziemy natomiast całą masę kiepskich
filmowych schematów, banalne rozwiązania fabularne, nudę i – największy grzech –
przewidywalność.
Nie o to jednak toczyć się powinna gra w kinowej wersji znanego serialu. Sama fabuła jest
tu z założenia mało istotna. Liczy się co innego – klimat. I trzeba być naprawdę "zdolnym"
reżyserem, żeby z tak kolorowej epoki, jaką były lata siedemdziesiąte zrobić okres szary i
nijaki. Pan Todd Philips ("Ostra jazda") pokazuje, że jest to jednak możliwe i szczerze go za
to podziwiam, proponując jednocześnie powrót do komedii młodzieżowej. Mimo wszystko jednak
dość sensowne wydają się być początkowe zamierzenia twórców, którzy pragnęli zrobić coś na kształt
pilota serialu, mającego wyglądać tak samo, jak film kręcony w tamtych czasach. Zbyt ambitne były to plany.
W efekcie przeszliśmy ze skrajności w skrajność, a mianowicie od ferii barw i parady
dźwięków "Aniołków Charliego", do szarości "Starsky`ego i Hutcha", gdzie faktycznie brak
jest wszelkich przerysowań, dynamiki i szaleństwa . Gdzie istotnie nie widać całego
hollywoodzkiego technicznego blichtru, gdzie ciekawe ujęcia kamery pojawiają się tylko w
momencie powietrznych akrobacji Forda Gran Torino. Miało być więc oryginalnie, a wyszło blado...
Wyrok brzmi: winny. "Ja, Ben Stiller czuję się winny zarzucanych mi czynów. To ja
zagrałem rolę Davida Starsky`ego w sposób godny najwyższego wymiaru kary. Duch lat
siedemdziesiątych objawiał się tylko w mojej trwałej." – ten kpiący ton jest tutaj chyba na
miejscu, biorąc pod uwagę, że (tu prawdziwy cytat) według założeń trzeba to było zrobić "z
maksymalną prostotą, a ironia wynikająca z dystansu czasowego (...)powinna sama się
pojawić." Otóż niestety nic nie dzieje się samo. Czasem trzeba dołożyć starań, żeby
osiągnąć pożądany efekt. Tym bardziej jeśli producent zapewnia, że "zderzenie osobowości
bohaterów (...) jest siłą napędową nowej wersji". Otóż bohaterowie tejże wersji pozbawieni
są osobowości, nie za bardzo jest więc co ze sobą zderzać. Brak tu tej iskry humoru, która
występuje zawsze w tego typu duetach: "dobry – zły", "mądry – głupi", "poważny –
wyluzowany". Filar filmu legł więc w gruzach i został pochowany zaraz obok równie
istotnego klimatu. Jest to wina dwóch głównych gwiazd filmu, którzy mimo doświadczenia
we wspólnych duetach komediowych nawet nie próbują stanąć na wysokości zadania.
Zawiedli też scenarzyści, których było – o zgrozo – aż trzech, a którzy umieścili w filmie
może trzy zabawne sceny. Średnia: jeden dowcip na osobę. I paradoksalnie z szalonego
kwartetu budującego serial najlepiej spisuje się Ford (choć marny jego los na końcu) oraz
Huggy Bear w osobie Snoopy Dogga, który nic sobie nie robi ze starań producentów i
scenarzystów, aby "ironia pojawiła się sama". I chwała mu za to. Jest on jednym z niewielu
jasnych punktów w czarnej otchłani tego filmu.
Być może fanatycy serii wyszukają tutaj smaczki, znajdą klimat, a nawet się (trzy razy)
uśmiechną. Być może zachwycą się prostotą fabuły. Być może spodoba im się trwała Bena
Stillera. Dla mnie pozostaje to w sferze domniemań. Zamiast ekscytować się walką z
bezprawiem Bay City, ziewnąłem sobie od czasu do czasu, popatrzyłem na zegarek i gdy
tylko pojawiły się napisy końcowe, spokojnie, a nawet niemrawo wyszedłem z kina. Bo
nowy "Starsky i Hutch" usypia.
Gorąco... odradzam.
3\10
AUTOR RECENZJI:
Jacek Kozłowski - SENK

Reżyseria:
Todd Phillips
Obsada:
Ben Stiller...............David Starsky
Owen Wilson...............Ken "Hutch" Hutchinson
Vince Vaughn..............Reese Feldman
Fred Williamson...........Kapitan Dobey
Juliette Lewis............Kitty
Snoop Dogg................Huggy Bear
Jason Bateman.............Kevin
Carmen Electra............Staci
Amy Smart.................Holly
Ford Gran Torino .........Ford Gran Torino
Scenariusz: John O"Brien, Todd Phillips, Scott Armstrong według noweli filmowej Stevie
Longa i Johna O' Briena opartej na postaciach stworzonych przez Williama Blinna
Zdjęcia: Barry Peterson
Muzyka: Theodore Shapiro
Montaż: Leslie Jones
Scenografia: Edward Verreaux
Dystrybucja w Polsce: Forum Film Poland
Premiera światowa: 26.02.2004 r.
Premiera w Polsce: 30.04.2004 r.
Czas: 101 minut