Strona główna KMF
       

Problem współczesnych polskich komedii, a raczej ludzi za nimi stojących polega na tym, że ciągnąc balast wspaniałej tradycji z poprzedniej epoki, wymyślili, że muszą podtrzymać ten stan rzeczy za wszelką cenę. Albo poprzez bezmyślne dokręcanie dalszych ciągów, albo przez reklamowanie nowości hasłami typu "Zabiją śmiechem". Mowa tu oczywiście o wyładowanym akcją i efektami, lecz spartolonym "śmiechowo" produkcie "Dublerzy". Widzowie chcą śmiać się z polskich tekstów i polskich aktorów, lecz najlepiej to wychodzi im (aktorom), gdy muszą zdubbingować kolejną komputerową bajkę zza oceanu, bo do niej dialogi pisał koleś z głową na karku, a nie pod pachą. No dobra, dodajmy do niego jeszcze Wierzbiętę czy innego Wecsile. Aktorskie produkcje z kraju między Wisłą i Odrą (choć obecnie strefa języka polskiego rozrosła się aż do Norwegii i Irlandii, ale to inna para kaloszy) to na przemian budzone i zaprzepaszczane nadzieje. "Dublerzy" zabijają nudą, "Ja wam pokażę!" płacz i zgrzytanie zębów, a niekomediowy "Plac Zbawiciela" pogrąża psychicznie. Jedynie telewizyjne seriale kryminalne wzniosły się ostatnimi laty na niesłychany, czyli właściwy poziom. I do tego bałaganu przychodzą "Statyści" w reżyserii Michała Kwiecińskiego (notabene producenta doskonałych "Oficerów"), komedia, która, sądząc po oczekiwaniach i wpisach na filmowych portalach, także powinna "zabić śmiechem" i być wreszcie lekiem na całe zło.

Tymczasem "Statyści" to obraz nie z tej półki. To po prostu zwykła komedia obyczajowa, napisana przez Jarosława Sokoła, który kilka lat temu dla Machulskiego napisał podobny w nastroju, choć rzeczywiście śmieszniejszy film "Pieniądze to nie wszystko". To film plasujący się znacznie bliżej stareńkiej "Wiosny panie sierżancie", czyli pogodnej satyry obyczajowej, dziejącej się gdzieś w Polsce B. Oto do małego miasteczka zjeżdża chińska ekipa filmowa, kręcąca ponury kicz pod tytułem "Smutny wiatr w trzcinach". Dlaczego właśnie tu? Mamoru Oshii kręcił w Polsce "Avalon", bo mógł wjechać na odrapane ulice Wrocławia czołgami, co w jego ojczyźnie byłoby nie do pomyślenia. No i znalazł we Wrocku scenograficznego smuta, pasującego do wizji ponurej przyszłości. A Chińczycy przyjechali na nasze zadupie, bo słyszeli gdzieś, że Polacy to najsmutniejszy naród na świecie. A wycinek tegoż narodu ma stanowić tło dla dołującej historii miłosnej o młodych ludziach, którzy nie mogą się pobrać. Po sesji castingowej, będącej zarobkową szansą dla podupadłych finansowo mieszkańców mieściny, zaczynają się zdjęcia. Lecz starannie wyselekcjonowani Polacy, ku rozpaczy chińskiego reżysera, nie chcą przed kamerą być smutni. Denerwuje ich łatka zdołowanych ludzi, choć każdy z nich jest tak naprawdę życiowym rozbitkiem. Tłumaczka Bożena (Kinga Preis) ma męża dentystę (Krzysztof Stelmaszyk) i 10-letniego syna ze związku z lekkoduchem Romkiem (Bartosz Opania), nagle zjawiającym się po siedmioletniej przerwie w jej życiu. Sędziwy pan Józef (Stanisław Brudny), mimo poważnych kłopotów ze zdrowiem i negatywnie nastawionej rodziny, chce się jeszcze na coś w życiu przydać i coś zrobić. Szymon (Łukasz Simlat) mu w tym pomaga, choć sam ma problemy z chorą psychicznie matką, nieśmiało marząc o Dorotce (Małgorzata Buczkowska), uroczej lecz zahukanej siostrze starej panny Eli (Dorota Chotecka). Fotograf Edward (Krzysztof Kiersznowski), odkąd rzuciła go żona walczy z kościołem, ponieważ kiedyś na próbach chóru poznała ona swego nowego faceta. Edzio nieśmiało smali cholewki do księgowej Marii (Anna Romantowska), wdowy żyjącej wspomnieniami o zmarłym mężu-podróżniku. Ich zakręty życiowe wydają się o wiele ważniejsze od kłopotów Chińczyków, którzy licząc na naturalnie zwieszone miny Polaków, dostają furii na widok ich na przekór uśmiechniętych twarzy.

"Statyści" to nie film o kręceniu filmu, choć większość akcji dzieje się na planie filmowym. To kameralna próba opowiedzenia tego, co Boguś Linda wypominał greenpointowskim emigrantom w "Szczęśliwego Nowego Jorku". Mówił on o "tych smutnych mordach", w których można czytać jak w otwartej książce; mordach, od których uciekają inne nacje, nauczone, że mordę trzeba wyćwiczyć, żeby mieć twarz. Uśmiechniętą, optymistyczną, choć w sercu smutno. Bo przecież za dużo było biedy i wojen, jak ripostował "mordziaty" Zamachowski w filmie Zaorskiego. Przyprawiona Polakom gęba wiecznie narzekających ponuraków, którzy wolą się napić, potem siąść i użalać się nad swym losem i złymi kapitalistami otwierającymi hipermarkety, zamiast wziąć się za - no właśnie - własną mordę i polepszyć swój los, przygnała na lokalną prowincję egzotyczną ekipę filmowców. Lecz polska natura bywa zadziwiająco przewrotna. Nie trzeba wyborów do Sejmu, żeby się o tym przekonać. Polak jest biedny, ale ciężko zaciągnąć go do roboty u obcokrajowca, bo działa syndrom parobka (ci, którzy wyjechali za chlebem do Holandii i Irlandii przeczą temu wizerunkowi, ale za porządną kasę za uczciwą robotę można się z powodzeniem wyrzec tego porąbanego kraju). A jeśli obcy będzie chciał jeszcze płacić Polakowi za bycie smutnym, Polak będzie miał go głęboko gdzieś, choć bycie smutnym jest akurat najprostsze. Dziwaczny paradoks. "My po pijaku ze szwagrem nie takie numery robili" - bardzo trafne powiedzonko, pod warunkiem, że po pijaku Polak zostanie podpuszczony tekstem "założę się, że tego nie zrobisz". Bohaterów "Statystów" nikt nie podjudzał w ten sposób. Zakłamanie i robienie dobrej miny do złej gry? Też nie, bo ta galeria indywiduów w swej niedoli chce mieć swój mały kawałek szczęścia, albo - co częstsze - przynajmniej zachować status quo, bez ubierania się w piórka małomiasteczkowych freaków z premedytacją. Jak fotograf Edward, znakomicie grany przez Krzysztofa Kiersznowskiego - prowadzi oldskulowy zakład fotograficzny, uśmiecha się do klientów, mimo bolesnej przeszłości zachowuje pogodę ducha, lecz z niepokojem patrzy na nowootwarty, nowoczesny punkt usługowy Kodaka. Albo walczący ze schizofrenią matki, chorobliwie nieśmiały Szymon (równie znakomity Łukasz Simlat), którego kącik w mieszkanku przypomina lata 80. z proporczykami na macie nad łóżkiem i muzealnym austriackim magnetofonem dwukasetowym na półce. Szymkowi podoba się Dorotka z oczami wielkimi jak orzechy, znalazł jej zgubiony dowód osobisty, lecz zamiast oddać, trzyma go na półce, otwarty na stronie z jej zdjęciem.

Lecz powoli wszystko zaczyna się zmieniać. Chińczycy niechcący zamieszali w tym zarośniętym stawie, bezwiednie uruchamiając silny nurt zmian, dotykających także ich produkcję i smutną puentę kręconego przez nich, melodramatycznego scenariusza. Drugim motorem zmian jest stojący w obu - zagranicznym i polskim - światach na raz Romek, który po azjatyckich wojażach wraca do miasteczka, mając nadzieję na odbudowanie rzuconego niegdyś związku z Bożeną. Nie wiem, czy to wina tak nakreślonej postaci, czy grającego go Bartka Opani, lecz akurat ten wątek trącił fałszywą nutą. Romek chce dobrze, lecz zachowuje się kompletnie nieodpowiedzialne, nagle mówiąc spotkanemu na ulicy chłopcu, że jest jego biologicznym ojcem. Ten motyw pasowałby raczej do kręconego przez Chińczyków filmu, jego telenowelowa toporność kłuje po oczach. Zrozumiałym jest, że Jarosław Sokół potrzebował Polaka w obsadzie, bo z samych Chińczyków, niezainteresowanych przecież duchowymi rozterkami swych polskich statystów, nie dałoby się zrobić moralnych zawracaczy. Ale można to było zrobić subtelniej, tak jak z resztą bohaterów. Może to wina małego doświadczenia reżyserskiego Michała Kwiecińskiego, dla którego "Statyści" to pełnometrażowy debiut reżyserski (choć spektakli Teatru TV wyreżyserował sporo), po wielu udanych latach pracy w polskim kinie i telewizji na stanowisku producenta.

Lecz nie wylewajmy dziecka z kąpielą, bo jego film to udany kawałek kina. Bez fajerwerków formalnych (choć ze świetnymi zdjęciami Arka Tomiaka), bez efekciarstwa, bez udawania że to film o czymś innym i bez rozśmieszania na siłę. Te grzechy były w "Dublerach", gdzie reżyser myślał, że wystarczy siejący bluzgi Grabowski i niezłe, choć pozbawione elementarnej logiki efekty wizualne, by nabrać widza. Kwieciński obszedł się bez wulgaryzmów, bez niepotrzebnych zakrętasów fabularnych (nie licząc postaci, granej przez Opanię juniora), za to dał widzowi kilkadziesiąt minut wytchnienia od codzienności, proponując ekranową... codzienność. Widzimy zwykłych ludzi i ich zwykłe, ludzkie problemy, bez metodycznego dociskania dramaturgicznej śruby, w czym bryluje Krzysztof Krauze. Po prostu taki sielski obyczaj, przyprawiony nienachalnym humorem. W zatłoczonym łysymi karkami, gangsterami, pijakami, dewiantami i popaprańcami wszelkiej maści polskim kinie ostatnich lat, to rzadka okazja do oddechu i opuszczenia seansu bez świadomości, że znów ktoś chciał nas skopać swoją artystyczną szajbą za wszelką cenę. Nie należy się tylko nastawiać na megakomedię, albo komedię romantyczną. Z tym to do Machulskiego i Zatorskiego. "Statyści" to zwyczajnie przyjazne, optymistyczne, świetnie zagrane kino o lepszym życiu i przede wszystkim lepszych Polakach.



STATYŚCI

reżyseria - Michał Kwieciński
scenariusz - Jarosław Sokół
produkcja - Kamil Przełęcki, Michał Kwieciński
zdjęcia - Arkadiusz Tomiak
muzyka - Michał Lorenc
montaż - Rafał Listopad
scenografia - Arkadiusz Kośmider
kostiumy - Paweł Grabarczyk

wystąpili:

Kinga Preis
Bartosz Opania
Stanisław Brudny
Krzysztof Kiersznowski
Małgorzata Buczkowska
Anna Romantowska
Łukasz Simlat
Krzysztof Stelmaszyk
Dorota Chotecka
Ewa Złotowska
Xu Xiao Dong
Dong Yajun
Yang Junjie
Wang Wan Duo
Wang Kun
Du Minghua
(Bożena)
(Romek Plewko)
(pan Józef)
(fotograf Edward Gralewski)
(Dorota)
(księgowa Maria Narożna)
(Szymon)
(dentysta Ochman)
(Ela)
(mama Szymona)
(reżyser)
(asystentka reżysera)
(operator)
(Li)
(Wu)
(filmowy mąż Li)


e-mail
 Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI Klub Miłośników Filmu,   2006. 11. 05