STEAMBOY


Czy rozwój nauki dla dobra ogółu musi wiązać się z eskalacją działań zbrojnych?
"Steamboy", czyli wielki powrót twórcy "Akiry"...



Technologiczny postęp w filmach kinowych od drugiej połowy lat 80. odmierzany jest obrazami Jamesa Camerona. Na poletku filmów anime odpowiednikami szorstkiego Kanadyjczyka, są Mamoru Oshii oraz Katsuhiro Otomo. Mniej znany od twórcy "Ghost in the Shell", Otomo, to postać niezwykle ciekawa. W pierwszej kolejności jest on mangaką, a w przemyśle anime udziela się właściwie incydentalnie. Dziełem jego życia okazał się komiks, a następnie film "Akira", czyli opus magnum mangi i anime lat 80. Rozbudowany i poważny scenariusz, tematyka pozbawiona wpływów amerykańskich tamtego okresu oraz fantastyczny poziom rysunków, to w całości zasługa Otomo. Kiedy mangaka zbliżał się powoli do zakończenia historii obrazkowej, postanowił własne dzieło zekranizować. Ciąg dalszy jest już doskonale znany: powstał epokowy film science-fiction, okupiony najwyższym wówczas budżetem dziesięciu milionów dolarów. Po ogromnym artystycznym i komercyjnym sukcesie "Akiry", Japończyk udzialał się już rzadziej i krócej. Niewielka ilość jedno lub kilkutomowych mang, fotel producenta przy kompilacji filmów średniometrażowych pt. "Memories" (reżyserował jeden segment), sprawował także pieczę nad kinowymi "Sprigganem" i "Metropolis". Przy okazji wymienionych projektów dało się zauważyć nowy fetysz Katsuhiro, czyli fascynację steampunkiem. Ten specyficzny podgatunek cyberpunku posiada duże tradycje, zwłaszcza w literaturze, nie może się jednak pochwalić popularnością choćby zbliżoną do nurtu cyber-terrorist. Koncept, którym Otomo doskonale bawił się przy okazji "Cannon Fodder" (jednej z trzech nowelek "Memories"), w pełni rozwinął w swoim kolejnym pełnometrażowym filmie. "Steamboy" powstawał łącznie przez siedem lat (!), a jego budżet osiągnął astronomiczną (jak na film anime) kwotę dwudziestu dwóch milionów dolarów, do dziś okupując piąte miejsce na liście najdroższych anime wszech czasów.


  


Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1863, którego alternatywność względem naszej rzeczywistości podkreśla wszechobecna technologia bazująca na potędze pary i stali. W jednej z islandzkich jaskiń leciwy doktor Lloyd Steam oraz jego syn, Edward, dokonują odkrycia cieczy, która może stanowić niewyczerpalne źródło dla silników parowych. Eksperyment w jednej z fabryk na Alasce kończy się jednak niepowodzeniem, poważnie raniąc Eddy'ego. Następnie przenosimy się do Manchesteru 1866. Ray Steam to kilkunastoletni syn Edwarda, który z pasją pracuje w jednej z miejscowych fabryk. Wolne chwile Ray spędza w domowej pracowni, konstruując tam własne wynalazki. Pewnego popołudnia chłopiec odbiera przesyłkę od dziadka, która zawiera mało czytelne plany oraz dziwną, czarną kulę wielkości arbuza. Chwilę później w jego domu pojawiają się osobnicy, którzy za wszelką cenę pragną odzyskać przedmiot, zwany kulą parową. Kula ta pozwala na sprężenie pary pod niewyobrażalnym ciśnieniem, co w prostej linii oznacza stworzenie mniejszego i bardziej wydajnego silnika parowego. Ray nie ma wyjścia i zostawiając za sobą zniszczony dom oraz poobijanych jegomościów, uchodzi... Jego zadanie to dostarczyć kulę parową słynnemu wynalazcy, Robertowi Stephensonowi, oraz uciec przed koncernem O'Hara. Tymczasem okazuje się, że ojciec chłopca żyje, a Londyn z niecierpliwością czeka na otwarcie Wystawy Światowej. Młody Steam zostanie z czasem zmuszony do wyboru pomiędzy ojcem a dziadkiem, którzy prezentują zgoła odmienne podejście do zagadanienia i roli nauki. Będzie się to wiązać z weryfikacją poglądów na temat tego, dlaczego rozwój techniki sprzężony jest z militariami, czy istnieje sens, aby sprzeciwiać się takiemu "układowi" oraz czy dla naukowców, świadomych przecież powyższej zależności, istnieje jakieś usprawiedliwienie.


  


"Steamboy" jest pozycją unikatową, głównie za sprawą konstrukcji scenariusza oraz oprawy. Pierwsza godzina filmu, mimo że niepozbawiona akcji, ma charakter ekspozycyjny. Widz ma szansę bliżej poznać świat przedstawiony i prawa nim rządzące, otrzymując ramy, w których kolejne wydarzenia są w miarę prawdopodobne. Osobiście niejedną lekcję fizyki w liceum opuściłem, dlatego nie potrafię określić, jak bardzo wodze fantazji popuścił tutaj Otomo, nie ma to jednak aż takiego znaczenia - otrzymujemy w końcu opowieść osadzoną w świecie alternatywym i tak do "Steamboya" należy podchodzić. Równo od połowy obrazu, czyli przez ponad godzinę czasu, film wrzuca najwyższy bieg i nie zwalnia aż do samego końca. Nie znaczy to, że nagle skręca w stronę samej tylko akcji. W dalszym ciągu ma miejsce sporo dialogów, pojawia się motyw zdrady i dwa nagłe zwroty akcji, mimo to kwestia preferencji i podejścia do drugiej połowy filmu, jest tym "być albo nie być", które zadecyduje, czy "Steamboy" komuś się spodoba lub nie. Mimo że w filmie akcji jest pod dostatkiem, nie jest to pozycja brutalna. Krew naturalnie się pojawia, jest jednak logicznym następstwem nielicznych scen przemocy czy wypadków, dlatego nic nie stoi na przeszkodzie, aby film obejrzały także dzieci. Z drugiej strony bardzo młody człowiek wiele z seansu straci, chyba że dobrze orientuje się w twórczości Juliusza Verne'a, potrafi odczytać i docenić wykorzystanie faktów i postaci historycznych (Wielka Wystawa Przemysłu Wszystkich Narodów, postać wynalazcy Roberta Stephensona) oraz wyłapie wiele innych aluzji i mrugnięć w kierunku widza. Jeśli ktoś nie zrozumie konwencji i przesłania, będzie psioczył na dość schematycznych i mało atrakcyjnych bohaterów, ale taki był zamysł scenarzysty/reżysera, który przedstawił ich bardziej jako "chodzące postawy", niż faktyczne postaci z krwi i kości. Obraz pana Otomo przypomniał mi także o bardzo ważnej rzeczy - film kończy się wraz z wygaśnięciem napisów. Piękne ilustracje, przedstawiające późniejsze wydarzenia, w tym desant na wojennym froncie oraz nienachalną symbolikę lampy, zapadają w pamięci na długo i dają do myślenia.


  


Astronomiczny budżet oraz sekwencje pełne akcji, które zajmują większą część filmu, mogły dać tylko jeden efekt - kapitalnie wyglądające widowisko, które na poletku anime wyznaczyło nowe standardy. Pierwsze, co uderza w oczy, to fenomenalnie zaprojektowane i wyglądające tła. Renderowane obiekty, od Crystal Palace po pojedynczą śróbkę w silnikach Steam Tower, robią piorunujące wrażenie, i mimo że stworzone są w całości za pomocą komputerów (łącznie ponad 440 ujęć CG), doskonale komponują się z modelami postaci. Te zaś zaprojektowano bardzo starannie, z ogromną dbałością o szczegóły, jak np. zmarszczki, piegi czy elementy strojów. Przy tej okazji reżyser pozwolił sobie na mały żart, gdyż np. Ray to wykapany Tetsuo z "Akiry", na szczęście tylko powierzchownie, bo młody Steam to rewers antagonisty ze wspomnianego filmu. Inne zdumiewająco wykonane elementy to z pewnością obłoki, które występują tutaj w takiej ilości i różnorodności, od smug pozostawianych przez Steamboya po chmury na tle czerowonego nieba, że można by obdzielić nimi kilka innych produkcji o podobnej tematyce. Ogromne pieniądze dostrzec można także w animacji. Jest ona tak płynna i szczegółowa, że jedynym filmem mogącym stawać pod tym względem w szranki ze "Steamboyem", jest "Ghost in the Shell 2: Innocence" (co ciekawe, także z 2004 roku). Film Katsuhiro Otomo nie byłby jednak tym samym bez doskonałej muzyki ilustracyjnej spod ołówka/klawiatury Steve'a Jablonsky'ego. Klimatyczny soundtrack, z kapitalnym motywem przewodnim na czele, w brawurowy sposób dynamizuje i dramatyzuje sceny akcji, pozwala także na krótkie chwile refleksji. W japońskiej wersji językowej głosy postaci podłożyli nie tylko zawodowi seiyuu, ale także "zwykli" aktorzy. Otomo, podobnie jak wielu innych reżyserów kinowych anime, chciał uniknąć pewnej maniery, jaką mają aktorzy głosowi odpowiedziali na voice-acting w masowo produkowanych serialach. Raz na sto lat zdarza się, że Amerykanie także wykonają ten element na poziomie, stąd obecność takich gwiazd, jak Patrick Stewart, Alfred Molina czy Anna Paquin. Mimo to, polecam oczywiście wersję japońską.


  


"Steamboy", jak większość produkcji rodzących się w bólach, nie jest pozycją bez wad. Druga połowa filmu, mimo że diablo efektowna, może u niektórych spowodować uczucie znużenia - jest po prostu przeładowana akcją. Dla otaku obraz Otomo wyda się mało japoński (kreska, miejsce akcji, muzyka), jeszcze inni nie polubią postaci. Mnie wymienione "usterki" wcale a wcale nie przeszkadzają, jeśli w ogóle można je nazwać uchybieniami. Oprócz nieco przekombinowanej końcówki filmu, ostatnim pełnometrażowym dziełem twórcy "Akiry" jestem w pełni usatysfakcjonowany. "Steamboy" przypomina, że film to przede wszystkim sztuka opowiadania obrazem, stanowi przy tym wcale nie pustą, bardzo atrakcyjną rozrywkę.

P.S. Z powodu permanentnych problemów finansowych, film powstawał aż 7 lat. Z pomocą przyszły studia Sunrise oraz Studio 4°C.

P.S. 2. W kinach w USA puszczana była wersja z angielskim dubbingiem, która trwała tylko 106 minut. Recenzowana przez mnie wersja, jedyna i słuszna, trwa 126 minut.




STEAMBOY

Rok produkcji: 2004, Japonia
Czas trwania: 126 minut
Reżyseria: Katsuhiro Otomo
Scenariusz: Katsuhiro Otomo
Muzyka: Steve Jablonsky
Produkcja: Shinji Komori, Hideyuki Tomioka

Głosy podkładali:

Anne Suzuki (Ray), Manami Konishi (Scarlett),
Masane Tsukayama (dr Edward Steam), Katsuo
Nakamura (dr Lloyd Steam), Kiyoshi Kodama
(Robert Stephenson), Ikki Sawamura (David)

Przeczytaj recenzję soundtracku - KLIKNIJ TUTAJ
e-mail Autor recenzji: Michał Włodarczyk - ANIELSKI PYŁ Moja ocena: 8,5/10 
Klub Miłośników Filmu, 6.01.2012 STRONA GŁÓWNA KMF | WIĘCEJ RECENZJI ANIME



Podziel się