Król purnonsensu
...czyli cyniczne kino wywrotowe
 | |
Stephen Chow urodził się w Hong Kongu roku 1962 i dorastał pod wielmożnym wpływem Bruce'a Lee, którego wzorem zaczął uprawiać sztuki walki, z 'Wing Chun' (jednym ze stylów Bruce'a Lee) na czele. Młody Chow wszedł również na drogę aktorską, występując i zdobywając sławę dzięki telewizyjnemu programowi "Space Shuttle 430". W 1982 towarzyszył w serialu "Sou hat yi" samemu Chow Yun-Fatowi, gwieździe kina akcji wykreowanej przez Johna Woo. W roku 1983 ponownie spotkał się z Yun-Fatem w serialu "But dou san hung", w którym to grał już główną rolę, a w 1989 roku wystąpił w filmie Johna Woo pod tytułem "Yi dan qun ying" ("Just heroes"). Rok 1991 to rola Stephena Chow we "Wściekłych pięściach 2" w reżyserii Chunga-Sing Choha, dzięki czemu 30. letni wówczas aktor mógł dopisać do swojej filmografii tytuł filmu (dodając dwójkę), w którym wiele lat wcześniej zagrał jego idol. Rok 1999 to mała rola w "Gorgeous" ("Wspaniały") Vincenta Koka z Jackie Chanem w roli głównej. Do obecnej chwili Stephen Chow wystąpił w ponad 60. filmach, z których tylko nieliczne znane są polskim widzom, a jeśli mielibyśmy wymienić role pierwszoplanowe, to należałoby się skupić chyba tylko na dwóch tytułach: "Shaolin Soccer" (2001) i "Kung Fu Hustle" (2004). Zostawmy jednak Stephena Chow aktora i zajmijmy się Stephenem Chow - reżyserem. Właściwie... to już do tego tematu przeszliśmy, gdyż obydwa wymienione przed chwilą filmy zostały przez Chow wyreżyserowane. O fenomenie
"Shaolin Soccer" nie trzeba chyba nikomu przypominać; niezwykłe połączenie efektów komputerowych, komedii, kina sztuk walki i piłki nożnej, przyniosło filmowi 60mln $ zysku w samym tylko Hong Kongu (do dziś jest to najbardziej kasowy film tego kraju), a amerykański Miramax wykupił prawa do jego dystrybucji na zachodzie. Kolejny obraz Chow to
"Kung Fu hustle" (deszcz nagród w Hong Kongu), zrobiony z jeszcze większym rozmachem, jeszcze bardziej żywiołowo i zwariowanie niż "Shaolin Soccer". Jednocześnie "Kung Fu hustle" bardziej nastawiony jest na zachodniego widza, przy zachowaniu całej kulturowej otoczki charakterystycznej dla filmów azjatyckich. Humor, nieobliczalność scenariusza, efekty specjalne, sztuki walki, widowiskowość i lekkośc z jaką reżyser opowiada historię - po raz kolejny udowodniły, że Stephen Chow nie ogląda się na panujące w kinie trendy, tylko wzorem japońskiego reżysera Takeshiego Kitano, tworzy kino autorskie, charakterystyczne, posiadające niemal każdorazowo wspólny mianownik, nacechowane indywidualizmem twórcy, i w przypadku hong kongskiego reżysera - nafaszerowane odniesieniami do niezliczonej ilości starych filmów, zarówno azjatyckich jak i zachodnich ("Matrix", "Park Jurajski"). I wychodzi to Stephenowi Chow nad wyraz dobrze, albowiem wtłacza w postaci i scenariusz nietuzinkowy i zabawny ton, który nie pozwala na jego filmach się nudzić, wszak nigdy nie wiadomo co zwariowanego za chwilę się stanie, co takiego powie jego bohater, że wszystkim z wrażenia i śmiechu pospadają czapki. Niech za przykład posłużą nam dwie wybrane sceny z "Shaolin Soccer" i "Kung Fu Hustle". W tym pierwszym, ekipa piłkarzy z Klasztoru Shaolin, dostając się na szczyty popularności, zostaje zaproszona do sklepu sportowego PUMY, żeby gracze mogli wybrać sobie darmowe, nowe buty od sponsora. Skromni dotąd, grzeczni i pokorni gracze karatecy z Shaolin, po otwarciu drzwi sklepu wpadają do środka w dzikim szale, aby tylko dopaść do regału z obuwiem. Właściciel sklepu grzecznie do nich zagaduje, a Stephen Chow (kapitan drużyny) z uśmiechem na ustach, zafascynowany nowymi butami, wali właściciela z całej siły pięścią w twarz i powraca do oglądania butów, nawet nie zwracając uwagi na znokautowanego sponsora - pocieszne i nieprzewidywalne, prawda? W "Kung Fu Hustle" zaś, Stephen Chow jako zadziorny typek próbuje prześladować mieszkańców 'Alei świń' i aby pokazać, że z nim nie ma żartów, wyzywa na pojedynek wybranych przez siebie wieśniaków. Na początek, cwany, acz zupełnie pozbawiony honoru Chow wybiera 'Starą kobietę z cebulą' i każe jej, by uderzyła go pierwsza. Gdy otrzymuje od kobiety niesamowicie silny cios w brzuch i spluwa krwią, nie tracąc rezonu pyta ją pretensjonalnym tonem:
"Czym Ty się zajmujesz?", na co kobiecina odpowiada:
"Pracuję w polu". Wielce urażony Chow każe kobiecie odejść na miejsce, a do wieśniaków krzyczy, żeby więcej nie próbowali go oszukiwać, po czym na kolejnego przeciwnika wybiera starszego okularnika. Okularnika, który po wyjściu z tłumu okazuje się być napakowany jak Arnold Schwarzenegger. I tak przebiera Chow w tym tłumie, usilnie próbując znaleźć słabego oponenta, za każdym razem trafiając w efekcie na kogoś potężnie zbudowanego, kto na pierwszy rzut oka wyglądał na cherlaka. To pierwsza próbka humoru uprawianego przez Stephena Chow, pochodząca z jego zdecydowanie najlepszych i najbardziej znanych filmów.
 | |
Cofnijmy się teraz nieco w przeszłość, gdzie Chow stawiał pierwsze reżyserskie kroki, konsekwentnie uprawiając i rozwijając oryginalne poczucie humoru, własny styl opowiadania, budowania scenariusza i bohaterów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że przez filmy Chow przewijają się często twarze tych samych aktorów, co znaczy, że reżyser trzyma się sprawdzonej ekipy. Od razu na wstępie zaznaczyć muszę, że nie udało mi się obejrzeć pierwszego filmu wyreżyserowanego przez Stephena Chow - "King of destruction" z 1994 roku, zatem omawianie jego twórczości rozpocznę od drugiego -
"From Beijing with love" z tego samego roku. Zresztą dopiero począwszy od "From Beijing with love", Stephen Chow będzie także autorem scenariuszy wszystkich swoich kolejnych filmów, więc omawianie jego twórczości pod kątem autorskim, na niczym nie ucierpi jeśli pominiemy jego debiut. "Pozdrowienia z Pekinu" to śmiała parodia przygód agenta 007. Opowieści towarzyszy zresztą motyw muzyczny niezwykle podobny do tego z oficjalnego cyklu o Jamesie Bondzie (czołówka także stylizowana jest na bondowską), ale bohaterem nie jest przystojny amant w garniturze, z nieskazitelnymi manierami i bezbłędnym podejściem do kobiet. Gdy główny bohater przybywa do taniego hotelu, właścicielka (a właściwie zarośnięty facet w stroju kobiety) pyta się,
czy załatwić mu prostytutkę - jakby to było normalką w tym hotelu. Chow mówi, że tak, jakby to było normalką dla niego, a na pytanie
"Miejscową czy zza miasta?" odpowiada:
"Może być miejscowa". Wtedy paskudna 'właścicielka' klęka na kolana i rozpina Chow rozporek, a ten zaskoczony krzyczy:
"Hej, co Ty robisz?". W odpowiedzi słyszy:
"Jestem prostytutką i jestem dość znana w tym mieście" :). Tu wszystko jest pokręcone, agentem jest sprzedawca wieprzowiny, a jego główną bronią wielki, rzeźnicki tasak. Już tu widać pierwsze oznaki swoistego geniuszu Chow, w kreowaniu absurdalnych sytuacji i dialogów. W "Pozdrowieniach z Pekinu" odpowiednik wynalazcy Q proponuje naszemu agentowi wynalazki tak niezwykłe jak latarka na baterie słoneczne, w razie ciemności zasilana światłem z drugiej latarki, krzesełko agenta, służące do... obserwacji wroga przez długi czas, suszarkę w bucie, golarkę w telefonie, czy wreszcie pistolet strzelający najpierw do tyłu, później normalnie, kończąc na najnowszym wynalazku: śmiercionośnej broni, która ma być siejącym zniszczenie połączeniem 10. zabójczych broni. "Morderca 3000" jak zwie się ten wynalazek, w rzeczywistości okazuje się 10. rzeczami związanymi za pomocą tandetnego sznurka: m.in. nóż, łańcuch rowerowy, proch strzelniczy, kwas, narkotyki, pistolet, granat i maczeta. Jak twierdzi wynalazca, każda z tych rzeczy potrafi zabić, więc połączone razem stanowią tym większą siłę rażenia.
"Jesteś jebnięty" - tak komentuje występ wynalazcy, filmowy czarny charakter: Człowiek ze złotym pistoletem ;).
|  |
Nasz dzielny agent-handlarz wieprzowiną przeżywa wiele przygód, z których cudem wychodzi cało, przy czym - jak już wspomniałem - wydaje się być niezbyt rozgarniętym, i średnio... kulturalnym człowiekiem, który w chińskiej restauracji, siedząc z dziewczyną (agentka 'skazana na zdradę', albowiem jej rodzice agenci zdradzili kiedyś swój kraj ;) po prostu spluwa sobie ot tak, przez ramię, a ślina trafia na spodnie siedzącego obok klienta. I w takich właśnie, nieco dziwnych motywach kryją się nieliczne minusy filmów Stephena Chow, albowiem nagłe charchnięcie w środku ekskluzywnej restauracji, zwieńczone trafieniem śliną drugiego klienta, nie trafia raczej w poczucie humoru każdego widza. Kolejnym problemem "Pozdrowień z Pekinu" jest zbyt nagłe przemieszanie konwencji. Oglądamy zabawne perypetie bohaterów, nieużyteczne gadżety, ogólnie zgrywa na całego, a nagle w środku tej zabawy dostajemy obuchem w głowę, gdy sympatyczna mimo wszystko, niezdarna nieco postać Stephena Chow, podczas akcji w supermarkecie, za pomocą tasaka obcina bandziorowi palce dłoni (wraz z pistoletem) a jego samego masakruje tak, że krew tryska na boki, bynajmniej nie w tonie komediowym. Później dramatyczna scena z wyjmowaniem kuli z uda głównego bohatera, siłą dramaturgiczną przypominająca grzebanie przy tętnicy w "Black Hawk down" Scotta, czy w końcu scena rozstrzelania zdrajców kraju, zdecydowanie utrzymana w poważnym tonie, przywodząc na myśl skojarzenia ze scenami z "Pianisty" czy "Listy Schindlera". I nagle widzimy, że Stephen Chow ratuje się przed egzekucją, wręczając wykonawcom tejże, pojedynczy banknot - łapówkę, czyli znowu powrót do komedii absurdu. Ciężko trochę takie nagłe przeskoki gatunkowe strawić, ale na szczęście takich zabiegów nie ma w "Pozdrowieniach z Pekinu" zbyt wiele, choć będą się zdarzać w niemal każdym kolejnym filmie Chow.
 | |
Zrealizowany 2 lata później
"God of cookery" ("Bóg kucharzy") to przykład na bohatera (oczywiście Stephen Chow w roli głównej) nacechowanego cynizmem, nie liczącego się z nikim i niczym, co będzie charakteryzować także główną postać "Kung Fu hustle". "Bóg kucharzy" to już styl Chow pełną gębą, czyli zupełnie niefilmowa fabuła - kulinarne pojedynki mistrzów kuchni, w oprawie kung fu oczywiście. Charakter humoru uprawianego przez Chow najlepiej oddają retrospekcje z klasztoru Shaolin, gdzie główny bohater nauczył się sztuki walki i gotowania. Stephen Chow z dumą opowiada o tym, jak mnisi wtajemniczali go w arkana kung fu i sekrety klasztornej kuchni, choć w obrazie widzimy tylko raz za razem, jak zblazowani mnisi rzucają się z pięściami na naszego bohatera, spuszczając mu ot tak, regularny wpierdziel, wlokąc go następnie po podłodze twarzą w dół, a po nieprzytomnym Chow pozostaje na ziemi krwawa smuga. Również scena z największą fanką Boga kucharzy, która podczas spotkania z prasą ma wręczyć Chow kwiaty, jest zupełnie irracjonalna - w zabawnym tego słowa znaczeniu. Po pierwsze, fanką okazuje się być jakiś zarośnięty typ ubrany w spódniczkę i szkolny mundurek, po drugie, Stephen Chow widząc 'ją' zbliżającą się, pokazuje palcem w niebo, krzyczy
"O, UFO!", reporterzy odwracają wzrok, a Chow szybkim ciosem z nogi uderza 'dziewczynkę z kwiatami', zmiatając 'ją' z pola widzenia. Poza prostą fabułą i wyolbrzymionymi problemami postaci - Bóg kucharzy, który przez własna pychę spadł z pantałyku, a i tak nie stał się lepszym człowiekiem - Chow wprowadza do swoich filmów...
|  |
brzydkie kobiety. W "Bogu kucharzy" jest to oszpecona właścicielka restauracji, którą Chow z obrzydzeniem odpycha i ucieka przed jej zalotami, by na końcu pokochać ją, gdy ta wraca po operacji plastycznej oczywiście. Obłuda i fałsz najwyższych lotów, ale i tak lubimy postaci grane przez Stephena C. ;). Brzydka kobieta u jego boku pojawi się jeszcze w "Shaolin Soccer", jednak tam od początku dobroduszny bohater zakochuje się w szpetnej dziewczynie, która z czasem dochodzi z urodą do ładu. Nie zabrakło niestety w "Bogu kucharzy" nierównego, niezrozumiałego lub po prostu niekiedy chybionego humoru, jak w momencie, gdy arogancki Bóg kucharzy Chow, będąc u szczytu kariery, każe chętnemu do nauki grubasowi
'walnąć klocka przy windzie' - wtedy przyjmie go na staż, lub w scenie krytykowania potrawy, w której rzekomo znalazł się fragment 'gówna'. Pomijając jednak te stojące na niskawym poziomie teksty, jako całość "Bóg kucharzy" ogląda się po prostu dobrze i z uśmiechem na twarzy, choć film ten nie niesie ze sobą właściwie żadnego przesłania ponad to, że bohater filmowy nie zawsze jest prawy, szlachetny, uczciwy, a jeśli jest to Stephen Chow to w dodatku go za to polubimy.
 | |
Reżyser i aktor, któremu poświęcony jest ten artykuł, to z wyglądu niesamowicie miły i sympatyczny człowiek. Nawet jak się nie uśmiecha, wiemy, że ten koleś jest zabawny i za chwilę coś niedorzecznego dowali. Wygląda Stephen Chow trochę jak wesoła wersja Jeta Li, a że Jetowi Li tylko trochę ustępuje w zakresie sztuk walki, udowodnił hong kongski aktor i reżyser w "Shaolin Soccer" i "Kung fu hustle" - w tym drugim oddając także hołd Bruce'owi Lee. Zanim jednak Chow nakręcił swoje największe hity, wzorem Jeffreya Lau i jego szalonego "Eagle shooting heroes" z roku 1993, kręci w 1996 wuxię
"Forbidden City Cop" i choć jest to w moim mniemaniu najsłabszy film w jego reżyserskim dorobku, to i tu znajdziemy charakterystyczne dla jego autorskiego kina elementy. Chow występuje tu w roli (głównej oczywiście) oszusta-lekarza i wynalazcy w jednym. Jako wynalazca, wynajduje... helikopter, i to w sposób, jakiego pozazdrościłby mu MacGyver. Otóż Chow po prostu kręci ponad głową kijem, obracając go tak szybko, że zaczyna unosić się w powietrze (zresztą scena zamykająca film, to odlatujący 'helikopterem' Chow wraz z kobietą - oczywiście w kierunku zachodzącego słońca). Dodatkowo, unosząc się w powietrzu (towarzyszy temu odgłos prawdziwego śmigłowca - tandetne to wszystko że hej ;) strzela do wrogów za pomocą rurki trzymanej w ustach. Rurki, która strzela z szybkością karabinu maszynowego oczywiście. Stephen Chow ma też okazję
|  |
do pokazania swoich umiejętności karate, jednak nie korzysta z niej, miast tego nabierając prędkości do pokazu, nagle zwalnia i robi tandetny, powolny fikołek i tak turla się po ziemi bez ładu i składu, że to niby sztuka walki jakaś ;). Znajdziemy też w "Forbidden City Cop" jeden dialog perełkę, gdy do Chow-lekarza przychodzi młoda dziewczyna i skarży się, że marzną jej ręce, stopy i cierpi na zawroty głowy. Diagnoza jest o tyle szybka i bezsensowna, co śmieszna:
"Proszę iść do domu i zacząć przygotowywać się do pogrzebu" - słyszy pacjentka od lekarza w aranżacji Stephena Chow. W ogólnym jednak rozrachunku, "Forbidden City Cop" jest zbyt zakręcony, za mało w nim też humoru, a za dużo niedorzeczności, nieczęsto niestety śmiesznych. Jest za to cytat z innego filmu Chow - "From Beijing with love", gdy jeden z bohaterów ma dokonać sekcji zwłok kosmity (sic!) za pomocą takiego samego wielkiego tasaka, jakiego Chow używał w filmie z 1994, wspomagając scenę ową słowami:
"Jestem rzeźnikiem a nie chirurgiem". W "Forbidden City Cop" czołówka również została wystylizowana na podobieństwo Bondów, i oczywiście podana w sosie absurdu.
Kolejny film w reżyserskim dorobku tego świetnego aktora komediowego, to
"King of comedy" z roku 1999. Tytuł jest o tyle nietrafiony, że film to nie opowieść o komiku, tylko o 'pieprzonym statyście' jak z uwielbieniem nazywa Stephena pewna prostytutka, jego przyszła ukochana. Chow idzie w "Królu komedii" tropem Woody'ego Allena i jego "Purpurowej róży z Kairu" czy Clinta Eastwooda i filmu "Biały myśliwy, czarne serce", tworząc film o filmie. I tak wraz z Chow wchodzimy na plan filmowy, na którym oczywiście nasz bohater doprowadza do samych problemów. A to wstanie w środku sceny, choć miał udawać nieżywego, a to w scenie dramatycznego wyznania i pocałunku słynnej aktorki, pochylając się nad nią, zaczyna płakać, a z nosa wylatuje mu wielki glut, niemal docierając do ust aktorki, która z zamkniętymi oczami czeka na pocałunek (jedna z tych niesmacznych scen, które reżyser pakuje do swoich filmów z niezwykłą regularnością). Plan filmowy na który dostaje się nasz bohater, to produkcja filmu, łudząco podobnego do dzieł Johna Woo, z których stylu wizualnego i rozwiązań dramaturgicznych Stephen Chow śmieje się tu pełną gębą. Bo jak inaczej wytłumaczyć kręcenie sceny, w której przeciwnicy stoją od siebie w odległości 1 metra i celują nawzajem w swoją stronę z karabinów maszynowych, czy ostatecznie bazook? A wszystkiemu towarzyszą oczywiście stada gołębi wpuszczane w kadr co i rusz. Na planie filmowym Chow spotyka także Jackie Chana, który doradza mu, aby ten ciężko pracował, to osiągnie sukces w branży ;). Szczególnie zabawne jest ambitne podejście Chow do zawodu aktora. Widzimy go, jak przed rozpoczęciem ujęcia w kapliczce (miejsce wielu strzelanin u Johna Woo), stoi ubrany w strój księdza i dyskutuje z reżyserem o tym, w jakim tonie powinien zagrać swoją scenę, czy tak czy inaczej, czy dramatycznie, czy bardziej stonowanie. W końcu kamera idzie w ruch, a Stephen Chow zostaje w ułamku sekundy wyrzucony z kadru przez wielki wybuch ;). Zabawne są również miłosne perypetie naszego bohatera, na czele ze sceną, w której uczy prostytutkę udawania przed klientami skromnej i niedoświadczonej w sprawach sexu dziewczyny. Na bliskim planie widzimy, jak dziewczyna romantycznie przytula się do naszego bohatera. Nagle kamera zmienia punkt widzenia na plan ogólny i widzimy, że dziewczyna tak naprawdę wisi na Stephenie, oplatając go nogami jak rasowa dziwka.
"I po co?" pyta poirytowany Chow.
"Co po co?" słyszy w odpowiedzi od niepojętej uczennicy ;). Nasz bohater mówi też o 'Szkole Stanisławskiego' i wcielaniu się w rolę całym sobą, po czym aby nauczyć jednego z uczniów wyrażania na teatralnej scenie bólu, depcze mu kilkukrotnie nogę, ten zaczyna wyć z bólu, a Chow przystawia mu do twarzy lusterko i każe zapamietać grymas, do późniejszego odtworzenia na scenie ;). Chow z przyjaciółmi wystawia też na deskach teatru (do którego nie przychodzi nikt poza jego sympatią - prostytutką)
|  |
przedstawienie "Wściekłe pięści" (hołd dla Bruce'a Lee - jeden z wielu w twórczości reżysera z Hong Kongu), w którym grupa aktorów przedstawia na scenie walki z tegoż filmu, polewając się przy tym ketchupem i udając uderzenia w zwolnionym tempie. Gdy dziewczyna wchodzi na scenę by pomóc aktorom w odtwarzaniu bijatyki, Stephen Chow skupiony na roli najpierw wali ją łokciem w brzuch (z grymasem a'la Bruce Lee na twarzy) po czym przerzuca ją przez ramię i wali na podłogę - romantyzm wg Stephena Chow wypisz wymaluj ;). I jak do każdego niemal filmu naszego reżysera, tak i do tego dostało się kilka scen, które uznane mogą zostać za niesmaczne. Pierwsza to moment, w którym bogaty klient burdelu kopie w brzuch i twarz sympatię głównej postaci, a druga to motyw nauki gry aktorskiej pewnego członka gangu, który idzie właśnie odebrać swój pierwszy w życiu haracz. Chow mówi mu jak ma grać twardziela i że będzie mu udzielał wskazówek aktorskich z ukrycia. Pech chce, że akurat do stolika przy którym siada Chow, podchodzi nagi dzieciak w wieku jakichś 5. lat, z siusiakiem na wierzchu. Stephen Chow najpierw patykiem, a później palcem, dotyka malucha w intymne miejsce (może to jakiś rodzaj niewinnej i nie ściganej przez prokuraturę zabawy uprawianej w Hong Kongu - sic!) a nieszczęsny aktor-członek gangu robi to samo z wielkim drabem, któremu oczywiście nie podoba się, że gość przychodzący po haracz zaczyna dobierać się do jego przyrodzenia. I ostatnia bolączka "Króla komedii" to nagła zmiana konwencji filmu, z ciepłej komedii, na aferę policyjną, wepchnięta nagle w ostatnie minuty filmu ni z gruszki ni z pietruszki.
 | |
I w ten sposób prześledziliśmy niekonwencjonalne poczynania filmowe Stephena Chow. Poznaliśmy nieco styl uprawiany przez tego, niesamowicie popularnego obecnie reżysera i aktora.
Jak widać na powyższych przykładach, "Shaolin Soccer" i "Kung Fu hustle" (
nieco więcej o tych dwóch filmach znajdziesz w artykule "Kung fu hustle - rozszyfrowanie") - czyli najlepsze (powtarzam raz jeszcze) filmy Stephena Chow - nie wzięły się znikąd. Są one efektem powstania i konsekwentnego rozwijania pewnego stylu, charakterystycznych rozwiązań formalno-dramaturgicznych, jakie Chow rozwijał na przełomie 10. lat w 6. swoich filmach, z których każdy nosi czytelny podpis autora, z niezmieniającym(!) się pod wpływem wydarzeń głównym bohaterem na czele. Jedynie "Kung fu hustle" przedstawia ewolucję i przemianę bohatera. Reszta filmów jest podobna w konstrukcji do "Kikujiro" Kitano, gdzie bohater jest takim samym złośnikiem na początku i na końcu filmu, nie zmieniając się nic na lepsze - a i tak widz go drania lubi ;). Tymczasem w drodze już "Kung Fu hustle 2" - kicks ass! - i to fajnie, że wiadomo czego się możemy po tym filmie spodziewać :)
 | |
STEPHEN CHOW
"Poh waai ji wong" King of destruction (1994)
"Gwok chaan Ling Ling Chat" From Beijing with love (1994)
"Sik san" God of cookery (1996)
"Daai laap mat taam 008" Forbidden city cop (1996)
"Hei kek ji wong " The king of comedy (1999)
"Siu lam juk kau" Shaolin soccer (2001)
"Kung fu" Kung fu hustle (2004)
"Kung Fu Hustle 2" Kung fu hustle (2006)
 | |
Autor tekstu: Rafał Donica - DUX
|
| |
 |
Klub Miłośników Filmu, 12.02.2006