Rok 1992 to kamień milowy w świecie seriali animowanych. Właśnie wtedy w branży zaistniał pewien człowiek - Bruce Timm. Zajmował się on produkcją, pisaniem scenariuszy i projektowaniem postaci. W tym roku wziął na warsztat flagowego bohatera komiksów wydawnictwa DC - Batmana.
Powstał serial, który zachwycał (i zachwyca nadal, przynajmniej mnie) nie tylko kreską i animacją, ale również poważniejszym podejściem do tematu inspirowanym
filmem Tima Burtona. Animowany Batman przestał być wesołym ekscentrykiem biegającym po mieście w trykotach i przemalowanym na czarno prześcieradle, walczącym ze
złoczyńcami z uśmiechem na ustach. Nigdy nie zapomnę codziennego oczekiwania na kolejny odcinek wyświetlany na TVP2 o 15:00 i nieśmiertelnej czołówki z logiem Warner
Bros. zamieniającym się w sterowiec z zapalonymi reflektorami przeczesującymi Gotham City. Cztery lata później nadszedł czas na Supermana, który również otrzymał
własny serial. Muszę przyznać, że mimo mojej szczerej niechęci do postaci Człowieka ze Stali, animacje Timma przypadły mi do gustu - zastosowano ten sam styl kreski,
ale tym razem film aktorski nie posłużył jako inspiracja, co serialowi wyszło tylko na dobre.
"Enjoy your reign while you may, Superman. For as surely as night follows day, there comes a time when even gods must die."
I tak dochodzimy do roku 2007, kiedy to emisja zarówno animowanego "Batmana", jak i "Supermana" dobiegła dawno końca, ustępując miejsca "Lidze Sprawiedliwości", a
seriale Bruce'a Timma uznawane są za podwaliny tzw. DC Animated Universe. 18 września prosto na DVD trafił film luźno oparty na historii "The Death of Superman" (
reklamowanej jako "najlepiej sprzedający się komiks w historii", ale nie wiem ile w tym prawdy), opowiadającej, jak sama nazwa wskazuje, o śmierci Ostatniego Syna
Kryptona. Podczas bliżej niesprecyzowanych wykopalisk prowadzonych przez LexCorp, robotnicy odkopują kapsułę pozaziemskiego pochodzenia, z której wydostaje się
bezmyślna istota o ogromnej sile (tytułowy Doomsday), która niszczy wszystko na swojej drodze. Oczywiście nieubłaganie zmierza ku Metropolis, rozbijając po drodze
nie tylko wszelkie stanowiska oporu, ale atakując wszystko, co pojawi się w zasięgu jego wzroku. Do walki z potworem rusza Superman, przerywając błogie chwile
spędzane razem z Lois Lane (która oczywiście nie jest w stanie poznać Clarka Kenta bez okularów) w swojej fortecy na biegunie. W wyniku pojedynku śmierć ponoszą
obaj walczący, a Metropolis zostaje mocno zdewastowane. Cała sytuacja powinna najbardziej cieszyć największego wroga Kal-Ela, Lexa Luthora, paradoksalnie jednak
łysy geniusz zła czuje się oszukany, że to ktoś inny pokonał jego przeciwnika. Jakiś czas po pogrzebie do miasta po prostu znikąd wraca Superman, ale zdaje się być
zupełnie inną osobą...
Film poraża swoim wyglądem. Oszczędna kreska Timma została lekko "zaktualizowana", ale niemal wszystkie postaci można rozpoznać od razu, jeśli tylko oglądało się serial.
Twórcy zastosowali chyba wszystkie możliwe efekty graficzne, jakie są dostępne dzisiejszym rysownikom dzięki dobrodziejstwu komputerów. Mamy świetnie animowany kurz,
rozmycia szybko poruszających się obiektów i niesamowicie płynną animację. Najciekawiej prezentuje się sposób, w jaki przedstawiono pojedynki (w filmie są dwa -
na początku i na końcu). Jestem w szoku, że piszę coś takiego, ale oglądając starcia tytanów, których ciosy rozbijają szyby we wszystkich pobliskich wieżowcach na myśl
cały czas przychodził mi Dragon Ball. Brakuje jedynie przedłużających walkę rozwlekłych rozmów i przemyśleń wewnętrznych bohaterów. Animacja ma nad filmem jedną
zasadniczą przewagę - jest tańsza. Dało to twórcom ogromne pole do popisu w choreografii walk. W pewnym momencie główny bohater zostaje wbity przez ulicę do metra,
a po niedługiej wymianie ciosów pod ziemią efektownie wylatuje przez asfalt wyrzucony w stronę najbliższego budynku, który malowniczo rujnuje.
Kolejnym zaskakującym posunięciem twórców jest ukazanie brutalności Doomsdaya - nie ma mowy o żadnej dosłowności, wszystko dzieje się poza kadrem, ale miałem wrażenie,
że w tym filmie animowanym ginie więcej ludzi, niż we wszystkich filmach aktorskich razem wziętych (to pierwszy film animowany Timma, który otrzymał klasyfikację PG-13).
Ogromnym plusem jest to, że w finałowej walce można obejrzeć alternatywny strój głównego bohatera - czarny ze srebrnymi insygniami, bez peleryny, który moim zdaniem
jest nieporównywalnie lepszy od oryginalnego.
Jak na razie wymieniłem same zalety. Czy są jakieś wady? Styl filmu z pewnością nie spodoba się wszystkim. Sporo scen i dialogów jest, szczerze mówiąc, nieco
infantylnych, ale wystarczy lekko przymknąć oko i powtórzyć sobie pod nosem magiczne słowo "konwencja". Drugą wadę odczują wyłącznie zagorzali fani komiksu,
którzy będą psioczyć na wycięcie ogromnej ilości wątków i zamknięcie wszystkiego w zbyt krótkim filmie.
Podsumowując: według mnie "Superman: Doomsday" jest najlepszym przeniesieniem postaci Człowieka ze Stali na ekran. Film jest radosną naparzanką, która nie ma czasu
znudzić, bo trwa tylko około 75 minut. I nie stara się być pompatyczną historią przekazującą maluczkim uniwersalne wartości moralne, nakręconą za dwieście milionów
zielonych.
Ocena: 7/10
 |

Rok i kraj produkcji: 2007 / USA
Czas trwania: 75 minut
Reżyseria: Bruce Timm, Lauren Montgomery, Brandon Vietti
Scenariusz: Duane Capizzi
Muzyka: Robert Kral
Głosów użyczyli:
| Adam Baldwin | .....Clark Kent / Superman |
| Anne Heche | .....Lois Lane |
| James Masters | .....Lec Luthor |
| John DiMaggio | .....Toyman |
| Ray Wise | .....Perry White |
| Adam Wylie | .....Jimmy Olsen |
| Cree Summer | .....Martha Kent |
|
 |
 |
Autor recenzji: Maciej Poleszak - CIUNIEK |
Klub Miłośników Filmu 04.06.2008 |
|