Wyjdźcie z domów!
Po seansie najnowszego filmu Jonathana Mostowa, opowiadającego o ludziach, którzy leżą w domach, a na zewnątrz wysyłają swoich surogatów, żałowałem, że taka technologia nie
istnieje naprawdę. Mógłbym wówczas wysłać swojego surogata do kina na "Surogatów", i nie żałować czasu straconego na seans.
|
 |
|
Producenci zuchwale uznali, że skoro Bruce Willis uratował już cały świat dwa razy ("Piąty element" i "Armageddon"), z powodzeniem może nas wszystkich uratować po raz trzeci.
Niestety, Mostow nie potrafi kreować światów tak odważnie jak Luc Besson, ani tworzyć efektów specjalnych tak, jak Bay. Powstał przez to film
z napisaną na kolanie wizją przyszłości, pozbawioną zupełnie klimatu takich perełek SF jak "Blade Runner", "Matrix" czy choćby "I, Robot", nie mówiąc już
o "Dystrykcie 9". W ostatnim z przywołanych filmów, do wykreowania klimatu rasowego science fiction wystarczył jeden statek kosmiczny zawieszony nad Johanesburgiem i
filmowany w każdej scenie tak, że ciarki szły po plecach. W "Surogatach" twórcy kombinują jak mogą, ale nie są w stanie wciągnąć widza w swoją opowieść. Kilku ucharakteryzowanych
na surogatów statystów i ładowarki do tychże, porozstawiane na mieście - nie wystarczają. Przede wszystkim jednak zawiódł nudny i na siłę zaskakujący scenariusz, choć sama tematyka
filmu trafiła idealnie w swój czas. Niestety, to, co jest bez wątpienia ciekawe z socjologicznego punktu widzenia i znakomicie sprawdziłoby się jako 10-minutowy reportaż UWAGI, nie
musi się sprawdzić w formule kina science-fiction.
Film Mostowa to nic innego jak parabola współczesnej nam rzeczywistości, w której coraz rzadziej wychodzimy z domu, zastępując "real" swoimi cyfrowymi alter-ego. Coraz częściej
młodzi ludzie przyrastają do foteli przed komputerami, by we wszelakich Facebookach, Naszych-klasach, Gronach i innych, prowadzących ludzkość ku zagładzie portalach społecznościowych,
tworzyć sobie profile, pisać co ślina na język przyniesie, zamieszczać tysiące zdjęć robionych aparatem trzymanym we własnej ręce (i czekać z językiem na wierzchu na pozytywne komentarze
w stylu
"ślicznie wyglądasz" - choć na zdjęciu widać tylko błysk flesza w lustrze), gromadzić setki znajomych, których w życiu na oczy nie widzieli, wysyłać eurogąbki i inne prezenty z
księżyca, płacąc za to 6,66zł / netto za SMS, a wszystko po to, by odnieść złudne wrażenie, że są osobą popularną i otoczoną przyjaciółmi z każdej strony, choć "real" jest taki, że siedzą sami jak palec
przed monitorem. Dodawanie znajomego / przyjaciela przez jedno kliknięcie myszką jest tak łatwe jak naciśnięcie spustu w grze komputerowej. W rzeczywistości i jedno i drugie jest
znacznie bardziej skomplikowane. Reasumując mój wywód - kisząc się przed monitorem i klikając codziennie do setek "przyjaciół" na portalach społecznościowych, wcale nie zbliżamy
się do nich. Jak powiedział kiedyś ktoś mądry:
"Siedząc blisko telewizora, nie jesteś bliżej świata, jesteś tylko bliżej telewizora".
|
 |
|
I właśnie o tym jest film "Surogaci" i za to temu filmowi chwała. Pokazuje bowiem w bardzo obrazowy i dosadny sposób, kondycję współczesnego świata. Jesteśmy o krok od całkowitego
uzależnienia się od naszych wirtualnych profili, o krok od położenia się na leżance i siedzenia w domu 24 godziny na dobę. Nasz profil, nasze lepsze
i ładniejsze alter-ego wyjdzie za nas na miasto, anonimowo jeśli zechcemy. My możemy spokojnie zająć się leżeniem i dostawaniem odleżyn (o tym problemie "Surogaci" niestety nie
wspominają). Jednym z takich leżących 24 godziny na dobę, podłączonych do systemu "surogacji" ludzi jest Tom Greer (Bruce Willis), który pewnego dnia traci swojego surogata i
wychodzi na miasto we własnej osobie. To jego oczami poznajemy ten, w założeniu, sterylny i bezpieczny świat. Ciekawym zabiegiem, jaki zastosowali twórcy jest makijaż tytułowych
surogatów, który już na pierwszy rzut oka odróżnia ich od istot ludzkich. Twarze surogatów są przesadnie upudrowane, usta i oczy wyraźnie podkreślone, fryzury elegancko ułożone,
a ubrania bardzo dobrze skrojone. Wypisz wymaluj śliczny avatar z Facebooka jak żywy! I w zasadzie w tym momencie oryginalność i odkrywczość "Surogatów" się kończy.
Temat można było pociągnąć dalej na dwa sposoby - psychologiczny lub rozrywkowy. Mostow zdecydował, że pójdzie... w obydwu kierunkach, przez co rozerwał swój film na dwie części
i nie są zadowoleni ani widzowie szukający w kinie głębi, ani widzowie szukający w filmie akcji. Warstwa psychologiczna tylko ociera się o rozległy i poważny problem, który jest
przecież kręgosłupem scenariusza. Stworzono platformę do rozważań nad kondycją ludzkości i nie skorzystano z niej. Sceny, w których Willis (człowiek) chodzi za żoną surogatką i
płacze jej w rękaw żeby wróciła do rzeczywistości - zamiast wzruszać, śmieszą. Wzniosłe przemowy Vinga Rhamesa jako przywódcy ludzkiego ruchu oporu, zamiast trwożyć, bawią. Może
to przez zupełnie chybioną charakteryzację tego aktora, któremu ktoś założył na głowę mopa i przykleił brodę afrykańskiego świętego Mikołaja - efekt piorunujący, ale nie w tę
stronę co trzeba. Tyle, jeśli chodzi o psychologię, głębię i dramaturgię. Jonathan Mostow "Surogatami" potwierdza, że dobrze wychodzą mu filmy pozbawione emocji ("U-571" 2000r.,
"Terminator 3" 2003r.) a niezwykle emocjonujący "Breakdown" z 1997 roku był tylko wypadkiem przy pracy.
Drugi kierunek filmu to oczywiście akcja, w końcu slogan reklamowy filmu: "Tylko on może nas uratować" do czegoś zobowiązuje. Mamy zatem solidną dawkę pościgów
i strzelanin, trochę biegania i skakania kaskaderów na linkach, kilka rozwalonych samochodów, sporo szybkiego montażu, głośnej muzyki i efektów wizualnych. Szkoda
tylko, że żadna z akcji nie robi większego wrażenia, ale do takiego słabego poziomu zdążył nas już Mostow przyzwyczaić wcześniejszymi filmami (poza genialną sceną
pościgu z "Terminatora 3", której będę bronił do upadłego).
|
 |
|
Podsumowując niniejszą recenzję napisać muszę, że "Surogaci" to spory zawód, film ze zmarnowanym potencjałem, z nieudolnie wykonanymi scenami akcji i malo wciągającym
scenariuszem. Po seansie w pamięci zostają tylko śmiesznostki, takie jak kuriozalna fryzura surogata Willisa, skrzywdzony charakteryzacją Rhames oraz kobieta biegnąca
i skacząca po samochodach w butach na obcasie. Żeby jednak nie kończyć tej recenzji zbyt pesymistycznie, powiem, że finałowa scena - ta, w której
"Bruce Willis ratuje
nas wszystkich", zrobiła na mnie ogromne wrażenie i chyba tylko dla niej warto "Surogatów" zobaczyć na dużym ekranie.